Przejdź do głównej zawartości

ATOMOWY POKER 208

 

- A ta zimna fuzja?

- To tylko teoria, przewidująca fuzję, czyli syntezę lekkich pierwiastków w temperaturze ograniczonej odpornością dostępnych na ziemi materiałów. Ale jest z tym tak, jak już mówiłem. Obecnie to sprawa niewykonalna.

- Pozostaje więc reaktor jądrowy?

- Tak. Z naszych informacji wynika, że pierwsi zbudowali go Amerykanie. Wiosną ubiegłego roku byliśmy dwa kroki za nimi, ale Heisenberg nie zdołał go uruchomić. Może to i dobrze, bo z tego co wiem, z braku czasu i możliwości nie przewidywano w nim żadnego systemu do wyhamowania strumienia neutronów. Więc gdyby mu się udało i doszło do zainicjowania samopodtrzymującej się reakcji łańcuchowej, mogło by również dojść do niezamierzonej eksplozji atomowej. Mielibyśmy w kraju i to na znacznym obszarze prawdziwą katastrofę i skażenie promieniotwórczymi izotopami na wiele, wiele lat. Z tego co wiem, innych prób na świecie dotychczas nie podejmowano.

- A zasada działania i sterowanie takim reaktorem?

- To już jest znacznie bardziej proste. Rozszczepieniu podlegają jądra ciężkich pierwiastków. Takich jak uran, którego - jak potwierdził to już reichsleiter - pewien  zapas tu przywieziono. W otoczeniu czystego grafitu albo ciężkiej wody, reakcja powinna zaistnieć bez żadnych problemów. Natomiast co do sterowania, trzeba by zastosować materiał pochłaniający neutrony. Zrobić jakieś, opuszczane do reaktora pręty kontrolne, na przykład ze stopów srebra czy kobaltu. Dobre powinny być też ind, kadm i bor.

- Ile może potrwać budowa czegoś takiego?

- U nas Heisenberg pracował nad tym kilka lat i nie doprowadził projektu do końca. A przecież to laureat nagrody Nobla!

- Ale my nie musimy przecież zaczynać od zera! Naukowo stoimy przecież znacznie wyżej niż na przykład w 1940 - tym…

- Niby tak, reichsleiter, ale raz jeszcze powtórzę to, o czym mówiłem już chyba ze dwa razy. Argentyna to kraj bez odpowiedniej infrastruktury. Pod względem fizyki jądrowej jest zwykłą pustynią. Nawet wytwarzanie broni palnej i zwykłych materiałów wybuchowych musimy zaczynać od przestawiania produkcji  części fabryki rowerów!

- Torpeduje pan nasze projekty, doktorze… - jakieś dziwne i nie do końca przyjazne tony zabrzmiały w głosie Bormanna.

- Wyjątkowo, pozwalam sobie nie zgodzić się z taką opinią. Po prostu mówię jak jest. Wiem, że prawda zwykle jest niewygodna, ale…

- Już dobrze, doktorze. To jeszcze dwa pytania. Czy w reaktorze rozszczepiającym uran można produkować pluton? I czy reaktor uranowy może wytwarzać prąd?

- Obie te opcje są możliwe, reichsleiter. Z tym, że co do prądu, nie będzie się go produkować bezpośrednio. Tu potrzebna jest inna infrastruktura. Ciepło reaktora podgrzeje wodę, zamieniając ją na parę wodną. Para będzie poruszać łopatki turbin, a dopiero te poruszą generatory prądotwórcze.

- I to właśnie chciałem usłyszeć! Oficjalnie więc, Richter będzie tu budował elektrownię atomową.

- Tutaj? Richter? A ja?

- Spokojnie, drogi doktorze. Dla pana też znajdzie się miejsce. Pan będzie dalej budował nasze bomby, korzystając z przywiezionego przez nas uranu i wytwarzanego tu plutonu. Ale tym razem już za argentyńskie pieniądze.

- Jak to za argentyńskie?

- Postaram się panu objaśnić w skrócie. Chociaż jeszcze w Europie i zaledwie wstępnie, ale skontaktowaliśmy doktora Richtera z Argentyńczykami, a ja, tu na miejscu i osobiście, chociaż w tajemnicy, już rozmawiałem z Juanem Peronem.

- Pan? Z samym Peronem?

- A co się pan dziwi? To germanofil z krwi i kości. Od lat jest naszym przyjacielem. Cichym, ale wypróbowanym. Teraz objął urząd prezydenta i ma ambicję, aby unowocześniać swój kraj. Jest cholernie zainteresowany naszymi specjalistami, począwszy od konstruktorów silników odrzutowych i napędzanych nimi samolotów, a skończywszy na specjalistach od fizyki atomowej. W ten sposób podsunęliśmy mu Ronalda Richtera.

- I Richter naprawdę będzie tu budował elektrownię atomową?

- Oficjalnie tak, ale upieczemy dwie pieczenie na jednym ogniu. Na pierwszy rzut on zbuduje eksperymentalny reaktor, a potem pan, po cichu, wyprodukuje w nim pluton. Dalej chyba nie muszę mówić?

- Oczywiście, że nie. Trzeba będzie jednak wybrać odpowiednie miejsce, zapewnić ochronę prac i dużo wody do chłodzenia reaktora.

- A wyobrazi pan sobie, że wstępnie dokonaliśmy już wyboru? - tu Bormann przelotnie spojrzał na milczącego führera. - Był pan tam niedawno…

- Nie kojarzę…

- To tam, skąd pan przyleciał. Hydroplan stał koło wyspy?

- Zgadza się. Wiec to na tej wyspie?

- Oczywiście. Według miejscowego nazewnictwa  to Isla Huemul. Niewielka, ale przez to łatwa do ochrony. Ma około kilometra długości i pół kilometra szerokości. W sam raz wystarczy na budowę reaktora i całej pozostałej infrastruktury.

- Ale to przecież tuż pod nosem Beriloche! Widać stamtąd tę wyspę! A tam przecież mnóstwo naszych…

- I bardzo dobrze. My bez trudu będziemy wszystko nadzorować, a ochronę całości zapewni argentyńska armia. Całości, czyli również Bariloche. Nikt nas tam już nie dopadnie.

- Znowu nie rozumiem…

- Nie szkodzi, doktorze. Może kiedyś panu powiem, jak utraciliśmy część zasobów. Jak jednak pan widzi, odrobimy to przy pomocy naszych argentyńskich przyjaciół i ich pieniędzy.

- A oni zdają sobie sprawę, ile to wszystko będzie kosztowało?

- Są zdeterminowani i mają zasoby. Jak będzie trzeba, wyłożą nawet i siedemdziesiąt milionów dolarów!

- Tylko? Za takie pieniądze nic tu nie powstanie. Od miesięcy przemierzam ten kraj wszerz i wzdłuż. Orientuję się jak chyba nikt z naszych, w miejscowych cenach i możliwościach. Więc jeżeli ma tu powstać to, o czym rozmawiamy, będą musieli wyłożyć co najmniej dwa, a najprawdopodobniej i trzy razy tyle.

- Zaraz… Siedemdziesiąt milionów dolarów to przecież aktualnie około pięćdziesięciu dwóch ton złota! Pan twierdzi, że trzeba to powiększyć do stu, a może nawet do stu pięćdziesięciu ton? Jest pan tego pewien?

- Tak jak tego, że tu jestem. A przy okazji… W jakim przedziale czasowym Richter chce zbudować ten reaktor? Bo elektrownia atomowa i cała infrastruktura późniejszej przesyłki prądu, to zupełnie inna bajka.

- On twierdzi, że na reaktor wystarczą mu dwa lata, a na całość najwyżej cztery.

- Co? Kompletna bzdura! Na reaktor może tak, ale i w to bym powątpiewał. A reszta? Jestem pewien, że wywalą kasę, a nic z tego nie będzie. Ogołocą tylko budżet państwa, a jak już to wszystko pieprznie, to najdalej za dziesięć lat obalą i Perona. 

- Kracze pan, doktorze…

- Ja kraczę? Proszę pamiętać, że nim powierzono mi budowę ładunków jądrowych, pełniłem w SD obowiązki analityka. I wszystkie moje prognozy się sprawdziły.

- No dobrze, herr doktor. Przyjmijmy, że będzie tak, jak pan mówi. Ale zanim to wszystko pieprznie, przecież zdążymy zbudować swoje ładunki? Bo reszta niezbyt nas interesuje.

- Czy zdążymy? - Henryk aż przełknął ślinę, zdając sobie sprawę, że struny nie może przeciągać. - Myślę, że tak. A jeżeli przy okazji argentyńska armia chciałaby zbudować własną bombę atomową, to my nie powinniśmy jej w tym przeszkadzać. Przy nich zbudujemy i swoje, tyle, że dwa razy szybciej i trzy razy więcej. A później…

- Tak?

- A później można by położyć łapę na tych ich bombach. Bombach, a przez to i na całej Argentynie! - szarżował, widząc okrąglejące oczy siedzącej naprzeciw dwójki.

- Ooo…!!! - wystękał tylko führer, zagłuszony po chwili entuzjastyczną reakcją Bormanna.

- Brawo, doktorze! Brawo! Głośno powiedział pan to, co od pewnego czasu zaczęło już chodzić nam po głowach. To się nazywa prawdziwie niemiecki rozmach i myślę, że będzie to nasza nowa strategia. Mogę stwierdzić, że była to niezwykle konstruktywna rozmowa, dająca nam prawo, aby z optymizmem patrzyć w przyszłość. Zapraszamy więc pana na wspólny obiad o 16.00. Zasłużył pan na to. Zjemy i jeszcze sobie porozmawiamy, a potem już będzie miał pan wolne. Odlot do Bariloche przewidziany jest dopiero na jutro wieczorem. A na razie, do zobaczenia przy obiedzie, doktorze Reschke.

 

18.04.1946, wieczór - Argentyna, San Carlos de Bariloche.

 

            Siedząc w wygodnym fotelu i z nogami na stole, popatrzył w stronę zachodzącego słońca. Leniwie nalał sobie drugą już lampkę koniaku i powoli sącząc złocisty trunek, wrócił myślami do ostatnich dwóch dni. A było o czym myśleć.

            Już przy pierwszym obiedzie - bo na pierwszym bynajmniej się nie skończyło - podochocony Bormann po dwóch większych kielichach wina, pochwalił się Henrykowi kilkoma bieżącymi przedsięwzięciami. Już rozciągnięto nazistowskie macki na większość krajów Ameryki Południowej, oplatając je siecią wzajemnych powiązań oraz zależności. Jak to powiedział Bormann? Jesteśmy jak wielki  ale niewidzialny pająk i tak dziś działa cała nasza organizacja. A sieć, jaką zarzucamy zarówno tu jak i na sąsiednie kraje, jest jak pajęczyna. Kto w nią wpadnie, ten już nie powinien się wyplątać. Tak jest w Argentynie, ale też już po części w Chile, Paragwaju i Urugwaju, a następna na celowniku jest Brazylia.

            Rozmarzył się Bormann snując te wizje, wsparte nadzieją na broń atomową i obiad upłynął im tak, jakby już byli władcami tej części świata. Nie inaczej było i dnia następnego, gdy Bormann wspomniał o niemieckich skupiskach w Paragwaju, dając do zrozumienia, że obecna kryjówka jest jedynie tymczasowa. Co prawda i tam tworzy się zapasową, ale już chyba tylko na wszelki wypadek. Jeszcze rok, jeszcze dwa i wrócimy do gry. A jak już będziemy mieli bomby i wyprodukowany w Chile sarin …

- Gdzie? - wyrwało się wtedy Henrykowi.

- W Chile. Mamy tam wpływy niewiele mniejsze niż w Argentynie, a zintegrowana niemiecka społeczność pod przywództwem jednego z właśnie przybyłych z Niemiec starych towarzyszy, już buduje kilkanaście naszych, praktycznie niezależnych od oficjalnych władz, enklaw. W jednej z nich będą laboratoria i niewielkie, ale starannie zakamuflowane zakłady, gdzie wyprodukuje się ten śmiercionośny środek.

- A czy to jest bezpieczne? Bo przecież wystarczy jeden większy wyciek i w promieniu kilku kilometrów żywy duch się nie uchowa. 

- Nie ma obaw, doktorze. Produkowaliśmy już sarin i tabun w należących do IG Farbenindustrie zakładach „Anorgana” w Dyhernfurth, około trzydziestu  kilometrów na północny wschód od Breslau. Co prawda, na koniec o mało nie wydarzyła się tam prawdziwa katastrofa, ale sytuację opanowaliśmy.

- Więc jakiś wyciek jednak był…

- Nie o to chodzi. Po prostu nie zdążyliśmy w pełni ewakuować fabryki i zatrzeć wszelkich śladów, bo już 26 stycznia miasto zajęli Rosjanie. Na szczęście nie zorientowali się co tam produkowaliśmy i zakłady przez ponad tydzień praktycznie stały pozostawione samym sobie. Zorganizowaliśmy więc specjalną grupę bojową pod dowództwem wyjątkowo bojowego, a zarazem najmłodszego w naszej armii generała, zaledwie 34 - letniego Maxa Sachsenheimera. Awansowany na ten stopień w grudniu 1944 roku, wcześniej był czołowym absolwentem kursu Akademii Wojennej, a potem przez krótki okres komendantem twierdzy Glogau. I to właśnie on zaplanował oraz osobiście  przeprowadził operację pod kryptonimem „Brunhilda”. Piątego lutego jego grupa odbiła interesujący nas teren, ewakuowała dwóch ukrywających się tam jeszcze naszych profesorów oraz oficera wojsk chemicznych wraz z grupą wykwalifikowanych robotników. Przejęła i ewakuowała wszelką dokumentację, wypompowała do Odry pozostałe zapasy sarinu oraz wysadziła w powietrze kluczowe dla produkcji instalacje. Tym co pozostało, Rosjanie mogli już tylko podetrzeć sobie dupę! Sam zaś Sachsenheimer odznaczony został Krzyżem Rycerskim Krzyża Żelaznego z Liśćmi Dębu i Mieczami.

- Pan to mówi poważnie? I nie było skażenia?

- Jakieś tam oczywiście było, ale sarin w wodzie szybko się neutralizuje. Dla nas najważniejsze w tym wszystkim jest to, że zabezpieczenia w tamtych zakładach zdały egzamin, więc i w Chile powinno być dobrze. Mamy ludzi z doświadczeniem, którzy już tam są, a produkcja powinna ruszyć nie później, niż za dwa lata.

- Ale w jakich ilościach?

- W jakich? Po następnym półtora roku powinniśmy mieć tego tyle, aby wytruć cały Nowy Jork. Czyli wtedy, gdy będziemy mieli pierwsze pańskie bomby. A wtedy, nikt już się nam nie oprze!

- Do tych bomb to jeszcze daleka droga…

- Wiemy. Uświadomił nas pan, ale i doktor Richter powiedział co nieco.  Już teraz powinniśmy wejść w produkcję wirówek, aby nasz uran był jak najbardziej wzbogacony. Zajmą się tym zakłady Mandla w Buenos Aires.

- To nie takie proste. Trzeba by mieć dostęp do specjalnych, najlepszych na świecie łożysk. A takie produkowano chyba tylko u nas. No i w neutralnej podczas wojny Szwecji.

- Zgoda, herr doktor, ale znaleźliśmy alternatywną drogę. Sprowadzimy łożyska amerykańskie.

- A mamy dostęp do takich? Będą wystarczająco dobre?

- Zdziwi się pan, ale tak. Istnieje tu od kilkunastu lat firma „Morano”. W ubiegłym roku kupił ją Niemiec, niejaki Joseph Brandt. Sprawdziliśmy go i wydaje się być dobrym Niemcem, niemniej jednak wszystkiego nie musi wiedzieć. Od dwóch miesięcy sprowadza łożyska z Chicago i to akurat dla fabryki Mandla. Podobno są świetne, więc powinny zdać egzamin i w naszych wirówkach. Wystarczy tylko podać mu rozmiary.

- A projekt wirówek?

- Z tym też nie powinno być problemów. Zabezpieczyliśmy i przywieźliśmy na pokładzie jednego z wcześniejszych U - Bootów rysunki techniczne firmy „Anschutz”, która produkowała je u nas. Te rysunki są już w Bariloche. A skoro już je mamy, wystarczy dodać fabrykę, paru dobrych inżynierów i…

- Rozumiem. Nasz projekt, herr Brandt i jego amerykańskie łożyska oraz fabryka Fritza Mandla. A potem?

- A potem pojedzie pan do Cordoby. Na dłużej. I tam, w miejscowych zakładach Fritza i pod jego czujnym okiem, wykona pan to, co do pana należy!

 

Komentarze