Przejdź do głównej zawartości

ATOMOWY POKER 209

 

            A więc to tak! - pomyślał Henryk, ponownie sięgając po koniak. -Wszystko rozplanowane i w toku realizacji. Na razie jeszcze w fazie wstępnej, ale za rok czy dwa… Trzeba to wszystko jak najszybciej przekazać Brownowi i Orawie. Niech pomyślą, pociągną za odpowiednie sznurki albo gdzieś uderzą. Póki jeszcze nie jest za późno.

            Upił łyk i znów się zamyślił. Przecież to nie wszystko, bo jeszcze wieczorem pierwszego dnia spotkał się z Voglem. I od razu zwrócił uwagę na jego utykanie.

- To z kim miałeś aż taki zatarg? - zapytał po pierwszych słowach powitania. - Komu skopałeś dupę? Bo widzę, że bez szwanku z tego nie wyszedłeś.

- A, daj spokój - Vogel z rezygnacją machnął ręką i przez chwilę jakby nie wiedział czy kontynuować rozmowę. - Właściwie, to chyba nie powinienem o tym mówić.

- Żartujesz sobie? To mnie nie powiesz, czyja dupa ucierpiała?

- No, dobrze - Vogel dyskretnie rozejrzał się wokół z jakimś takim lękiem w  oczach. - Uszkodziłem kolano przy ucieczce.

- Przy czym? - Henryk udał niezrozumienie i kpiąco popatrzył na swego  rozmówcę. - Co? Kajmany cię goniły?

- Gorzej. Powiem ci, ale zachowaj to tylko dla siebie. Byłem z führerem w pewnej posiadłości, niedaleko Bariloche. I tydzień temu, w środku nocy musieliśmy stamtąd wiać. Jakaś grupa czy oddział, diabli zresztą wiedzą kto, napadł na posiadłość od strony lasu. Musieliśmy stamtąd spieprzać pod ostrzałem i to jak zające przed wilkiem. Ledwo dobiegliśmy do motorówki, którą Manfeld wraz z jeszcze jednym takim wywieźli führera, jego żonę, dziecko i mnie. Wtedy właśnie uszkodziłem kolano, gdy z pomostu skoczyłem na pokład.

- Więc i tu na führera był jakiś zamach?

- Czy ja wiem? Jeszcze w trakcie ucieczki do Bariloche, Manfeld zastanawiał się nad tym. Z kilku zdań, jakie zamienił z tym drugim zrozumiałem, że mogło chodzić o złoto. Nawet nie wiedziałem, że tam jest.

- O cholera! A dużo tego było?

- Mnie oficjalnie nic nie powiedziano. Ale z ich rozmowy wynikało, że był tam pełen ładunek z dwóch U - Bootów. Razem kilkanaście ton, plus jakieś brylanty.

- Chyba śnisz…

- Mówię poważnie. Kiedy dobiliśmy do Bariloche, Bormann szalał. A już wieczorem wsadzono nas w hydroplan i przewieziono tutaj. Führera, Bormanna i mnie. Nawet nie wiem, gdzie właściwie jesteśmy.

- Pominąłeś żonę i córkę führera.

- Nie pominąłem. Jeszcze w południe, tam, w Bariloche, wsadzono je w samochód i gdzieś wywieziono. Manfeld wspomniał, że w bezpieczniejsze miejsce.

- Führer tak zdecydował?

- Nie wiem, ale to wszystko jest jakieś dziwne. O wszystkim decyduje teraz Bormann. Führer milczy i jakby zamknął się w sobie. A jeszcze teraz, gdy nie ma przy nim Ewy i dziecka…

- No, nie mów mi, że była taka ważna. Przecież führer nie może być jakimś tam zwykłym pantoflarzem, uzależnionym tylko od jednej dupy. To samiec alfa!

- Zdziwił byś się, ale nigdy nie widziałem ich razem w sypialni. Ani u Eichhornów, ani u Mandla, ani nawet tam, gdzie ostatnio byliśmy. Mimo, iż przecież są małżeństwem, nawet na U - Boocie mieli osobne kabiny.

- Na U - Boocie, to ona była w ciąży.

- Owszem, ale…

- Co, ale?

- Tak się nie zachowują ludzie bliscy sobie i sam już nie wiem, co o tym myśleć.

- Co myśleć? Nie myśl za wiele, bo myśliwym zostaniesz - Henryk postanowił to wszystko obrócić w żart. - Chodź do mnie i coś wypijemy. Od razu humor ci się poprawi.

            Owszem, wypili i to nieźle, ale Vogel jakby upodabniał się do swego pryncypała. Mówił niewiele, upijał się na smutno i mimo wysiłków Henryka nic więcej nie dało się z niego wydobyć. Odprowadził go więc do jego kwatery i wrócił do siebie. Zbyt trzeźwy, aby od razu zasnąć i zbyt pijany, aby logicznie myśleć, postanowił odłożyć na później analizę tego wszystkiego. Analizę, do której następny dzień, obiad z führerem i powrót z Bormannem do Bariloche nie wniosły już nic szczególnego.

            - Nie? - zastanowił się przez chwilę. Może nie tak całkiem, bo już w hydroplanie praktycznie przekonał Bormanna, że zamrożenie rozpoczętych działań nie wniesie nic dobrego. Zmarnowane zostaną dotychczasowe wysiłki i włożone w przekształcenia pieniądze, rozpoczęte inwestycje generować będą koszty, a program budowy bomb poważnie odsunie się w czasie. Nie na rok czy dwa, ale na cztery czy nawet pięć. Oczywiście nie mógł dodać, że kontynuacja dotychczasowych działań da mu możliwość pełnej kontroli nad programem, poruszania się po całym kraju i co najważniejsze, wykończy ich ekonomicznie. Ekonomicznie, bo ten swoisty wyścig zbrojeń z wolnym światem musi ich doprowadzić do krachu finansowego. A wtedy, kiedy już wyczerpią wszelkie środki, zostanie im wieczne krycie się w mroku, bez większego wpływu na otaczającą ich rzeczywistość. I oczywiście bez broni atomowej, którą mogli by zaszantażować świat.

            Inne wnioski były już mniej ważne. Nadal nikt się nie zorientował w mistyfikacji Bormanna, a sam sobowtór począł być odsuwany w cień. Jeszcze trochę i nie będzie potrzebny. A Ewa i jej dziecko? Miały odgrywać jakąś rolę w planach Bormanna? Tu Henryk nie widział możliwości rozstrzygnięcia tego dylematu i na razie postanowił go pominąć, bo najważniejsze było co innego. Richter, Bormann, wirówki, Cordoba i reaktor. A właściwie on sam, spinający to wszystko w jedną całość.

 

24.04.1946 - Argentyna, Buenos Aires, fabryka Fritza Mandla.


            - Senior Joseph Brandt – zaanonsowała sekretarka, a widok mężczyzny wchodzącego do gabinetu spowodował, że filiżanka z kawą mało nie wypadła Henrykowi z dłoni.

- Poznajcie się panowie - dyrektor zakładu przedstawił ich sobie nawzajem. - Pan Antonio Schlegel i pan Joseph Brandt, właściciel firmy „Morano”, na chwilę obecną nasz ważny kontrahent i dostawca łożysk.

            Podali sobie dłonie, wymieniając zdumione spojrzenia. Znając całokształt sytuacji, teoretycznie Orawa mógł się tu spodziewać obecności Henryka, ale ten o tej drugiej i zaskakującej roli Orawy pojęcia nie miał. Potrząsnął więc mocno prawicą rzekomego Brandta, powoli dochodząc do siebie.

- Proszę usiąść, panowie - widząc koniec powitania dyrektor wskazał dwa przepastne fotele. - Pan Schlegel pije właśnie kawę, ale może zdecyduje się na coś mocniejszego. A co dla pana? - zwrócił się do Orawy.

- Może również kawę?

- Panno Inez! Kawa dla pana Brandta! Dla mnie również.

            Interes jaki ubijali, obu wprawił w dobry nastrój. Na tyle dobry, iż można było ich podejrzewać o potajemne spożywanie alkoholu. I gdyby tylko mogli, obaj by parsknęli gromkim śmiechem. No bo jak się tu nie śmiać, gdy zupełnie oficjalnie i jawnie agent może się spotykać ze swoim oficerem prowadzącym? Ba… Jeszcze zachęcano ich do współpracy! Co prawda nie takiej, o której obaj myśleli, ale liczył się efekt. Bez przeszkód więc i bez stałej obecności obstawy oraz rzekomo celem oblania udanej transakcji, na wieczór mogli się umówić w modnej restauracji, a część tego, o czym później rozmawiali, pozostało już tylko miedzy nimi.

 

25.04.1946 - Argentyna, Buenos Aires, lokal konspiracyjny Wywiadu Armii USA.

 

            - Więc to tak… - Brown potrząsnął głową, kończąc lekturę ostatniej już strony notatki ze spotkania.

- Właśnie. Doszło do sytuacji, gdy możemy mieć stały i w miarę bieżący kontakt. 

- Myślę o czym innym. Ten - jak to nazwał „Janus” - wyścig zbrojeń z wolnym światem. To naprawdę ich wykończy.

- Niewątpliwie tak. Jeszcze parę lat i zostaną z gołą dupą na wietrze.

- Miejmy nadzieję. A swoją drogą, ciekaw jestem, ile im jeszcze zostało.

- Ładunek z dwóch pozostałych U - Bootów to prawdopodobnie również kilkanaście ton złota. Nie wiemy, czy nie  było tam również brylantów, tak jak w Inalco. Nie mamy też pojęcia, ile aktywów przetransferowali podczas wojny. Mogą to być dziesiątki, a może nawet i ponad sto milionów dolarów.

- Tak… A te cztery skrzynki pełne brylantów, oznaczone symbolem podwójnej swastyki? Skąd oni tyle tego nabrali?

- Myślę, że to akurat jest proste. Część zgarnęli jeszcze w roku 1940 - tym, gdy najechali Belgię i Holandię. Bądź co bądź, to właśnie Antwerpia i Amsterdam stanowiły wówczas światowe centra obróbki diamentów, więc właśnie tam musieli się obłowić. A reszta, to mienie zrabowane osobom indywidualnym, często pożydowskie, zagarnięte w gettach i obozach śmierci. Sprawdzano tam ubrania, walizki, torby, pakunki. Słyszałem, że były też specjalne komanda, które po zagazowaniu szczegółowo przeszukiwały trupy. Wyrywano im złote zęby, wyjmowano protezy z ust, macano nawet w odbytnicach, a kobietom dodatkowo w pochwach.

- Straszne. A swoją drogą… Orientuje się pan, jak zaczęła się historia żydowskich gett?

- Ja? - Orawa był wyraźnie zdezorientowany.

- Tak. Zna pan historię ich powstania?

- Przyznam się, że nie.

- I nic dziwnego. Ja, jako protestant, zostałem z nią zapoznany. Pan, jako katolik raczej nie. Kościół rzymsko - katolicki bardzo nie lubi przyznawania się do swoich - delikatnie mówiąc - mało chwalebnych pomysłów.

- Chyba nie chce mnie pan obrazić?

- Broń Boże. Ale nic co ludzkie, nie powinno być nam obce.

- W takim razie słucham… 

- Wiec dobrze. Już w średniowieczu, kiedy to papież Innocenty III w roku 1215 zwołał IV Sobór laterański, nakazano odseparowanie Żydów od chrześcijan. Z kolei pierwszym nowożytnym miastem europejskim, w którym utworzono getto, była Wenecja. Uciekając przed zagrożeniem wojennym, w roku 1509 dotarła tam duża ilość Żydów. Dla miasta i jego gospodarczego rozwoju było to korzystne, ale obawiając się tak zwanego „gniewu bożego” zdecydowano o odizolowaniu ich od miejscowego społeczeństwa. Z tego powodu już w 1516 roku utworzono tam tak zwane „Ghetto Nuovo”. Z początku było to działanie odosobnione, ale niewiele lat później, bo już w roku 1555 papież Paweł IV wydał bullę „Cum nimis absurdam”. Potępił w niej fakt zamieszkiwania Żydów pośród chrześcijan i nakazał w Rzymie utworzyć pierwsze oficjalne getto, które istniało aż do roku 1870. I tak to się wszystko zaczęło, bo na tej podstawie getta zaczęły powstawać jedno po drugim. A naziści po prostu przejęli ten pomysł. 

- Nie wiedziałem.

- Całe życie się uczymy, majorze. Zaś co do brylantów, to  raczej nigdy się już nie dowiemy skąd je zrabowali. 

- Niestety.

- Wiem. A wracając do sedna sprawy, zainteresowała mnie w pańskim raporcie jeszcze jedna rzecz. Ten reaktor termojądrowy. Na pewno jest niewykonalny?

- „Janus” twierdzi, że teoretycznie jest to możliwe, ale za dobre sto lat. Może w pierwszej połowie XXI wieku, ale raczej pod koniec tego okresu, niż w jego początku. A na chwilę obecną, Argentyńczycy przy pomocy tego Richtera mogą próbować zbudować tylko zwykły reaktor na uran.

- Zadziała?

- Tu znów odwołam się do „Janusa”. Twierdzi, że to mocno wątpliwe. Richter to wizjoner, ale i hochsztapler. Ma wspaniałe idee, lecz w obecnych warunkach utopijne. W Rzeszy nie dostał pieniędzy, a tu, nawet gdy dostanie, też niewiele zdziała. A już na pewno nie wyprodukuje plutonu.

- To pozostaje poza wszelką dyskusją i nigdy do tego nie dopuścimy - Brown mocno zaakcentował ostatnie słowa. - Jakby co, mamy tutaj kilku wysoko postawionych przyjaciół, którzy zrobią wszystko, aby temu przeszkodzić. 

- Mają takie możliwości?

- Panie majorze - Brown znów pokiwał głową. - W tym kraju, jak zresztą i w wielu innych, niewiele jest kobiet, które nie rozłożą nóg i niewielu mężczyzn, którzy nie zrobią tego co trzeba, na widok zielonych banknotów z wizerunkami naszych prezydentów. Oczywiście w odpowiedniej ilości.

- Czyli możemy być w miarę spokojni?

- W miarę? Myślę, że tak. Bo skoro dodamy do tego nasz największy atut w postaci pańskiego agenta, to wszystko jest na dobrej drodze. Niemniej jednak…

- Tak?

- Dziś jeszcze sporządzę odpowiednią szyfrówkę. Musimy pilnie zebrać co tylko się da, na temat doktora Ronalda Richtera!

 

Komentarze