- I mało i dużo na raz. Nalejcie sobie trochę i posłuchajcie. Wiecie, że od czasu do czasu jakiś rusek ucieka z tego swojego, komunistycznego raju?
- Nie nowina. Żaden normalnie myślący człowiek nie chce żyć w takim gównie.
- Racja. W czasie wojny domowej w Hiszpanii, wolność wybrało trzech ruskich. Najważniejszym z nich był Aleksander Orłow, pochodzenia żydowskiego. Jego prawdziwe nazwisko to Lejba Feldbin, rezydent i szef NKWD na całą Hiszpanię. W roku 1936 odznaczył się tym, że wywiózł stamtąd do Sowieckiej Rosji 7900 skrzynek złota!
- Co?!!!
- To, co powiedziałem. Była to zapłata, jaką rząd republiki uiścił za sprowadzaną do nich broń. Hiszpania posiadała wtedy czwarty na świecie zasób tego drogocennego kruszcu i to nim niestety zapłaciła. Wywieziono wtedy z Hiszpanii 510 ton o ówczesnej wartości 574 milionów dolarów. Żeby było śmieszniej dodam, że gdy tylko złoto się skończyło, ruscy natychmiast wstrzymali transporty broni. Tacy to z nich ideowi rewolucjoniści.
- O kurwa! - Orawie zabrakło innych słów.
- Tak, panowie. Zasoby, jakich pozbawiliśmy Niemców, są o wiele mniejsze.
- Ale też znaczne, a w ich przypadku o wiele ważniejsze - oponował McFarland. - Zwinęliśmy im całe 14 ton złota, lub mówiąc inaczej, aż 14 tysięcy kilogramów. Licząc po dzisiejszych cenach, czyli nieco ponad 38 dolarów za uncję, daje to blisko 19 milionów dolarów. To dla nich potężna suma. A przecież brylantów z tych czterech skrzyń, do dzisiaj nie udało się nam w pełni oszacować. Niektóre z nich to wspaniałe, niepowtarzalne wręcz okazy, godne koron królów i cesarzy. Są warte co najmniej następnych siedem milionów.
- Zgoda majorze, ale wróćmy do Orłowa. Odznaczyli go wówczas Orderem Lenina i kazali wracać do Hiszpanii, ale wkrótce sytuacja uległa zmianie. Zażądali jego podróży do Antwerpii i wejścia tam na sowiecki statek, rzekomo celem spotkania z wysłannikiem Centrali. Orłow wiedział, że może to oznaczać tylko porwanie, kajdany i śmierć. Zabrał więc całą, będącą w jego dyspozycji kasę NKWD wraz najważniejszymi archiwami i zniknął.
- Jak to zniknął?
- Normalnie. Miał wielkie pieniądze, wiedzę, materiały kompromitujące komunistów i setki autentycznych paszportów do dyspozycji.
- Autentycznych?
- Jak najbardziej. Ochotnikom zgłaszającym się do hiszpańskich, tak zwanych Brygad Międzynarodowych, już na „dzień dobry” zabierano dokumenty tożsamości.
- Po co?
- To proste. Miedzy innymi po to, aby walczyli bardziej zaciekle i nigdy się nie poddawali. Człowiek wzięty do niewoli bez żadnych dokumentów, ale za to z bronią w ręku, to albo szpieg, albo bandyta lub najemnik. Zwłaszcza, jeżeli jest to cudzoziemiec. We wszystkich takich przypadkach z reguły najpierw były najbardziej brutalne i wyrafinowane tortury celem zdobycia informacji, a potem kula w łeb i to najczęściej bez sądu. Ponadto, człowiekowi bez dokumentów w razie czego trudniej zdezerterować. Przy tym, jeżeli już ktoś zginął, to jego papiery trafiały do specjalnej sekcji NKWD. Tam wykorzystywano je, aby legalizować różnych sowieckich szpiegów. Niełatwo bowiem podejrzewać kogoś, kto w niepodważalny sposób legitymuje się autentycznymi dokumentami.
- I ten Orłow nie przeszedł do nas?
- Nie. Do dzisiaj nikt nie wie jak i gdzie się zaszył. W końcu trudnego zadania nie miał. Był znakomicie wyszkolony, a ponadto zabrał ze sobą 68 tysięcy dolarów, czyli ówczesną równowartość około 60 kilogramów czystego złota. To spokojnie wystarczy na kilkanaście, czy nawet dwadzieścia parę lat dostatniego życia.
- To po co o nim rozmawiamy?
- Abyście znali kontekst sytuacji. Takich jak Orłow było jeszcze dwóch, z tym, że ci bezpośrednio zgłosili się do nas. Jeden w Paryżu, drugi natomiast dotarł do ambasady w Lizbonie.
- I zaczęli sypać?
- Jednego prawie od razu zdemaskowaliśmy jako prowokatora. Pewno już nie żyje.
- Jak to pewno? To też nie wiemy, co się z nim stało?
- Wiemy tylko jedno. Został wyrzucony z samolotu nad ich terytorium.
- Jak to? Tak po prostu?
- No, nie całkiem. Może i byliśmy nieco perfidni, ale zagraliśmy ich własną bronią. Kiedy już zorientowaliśmy się z kim mamy do czynienia, pewnej nocy w okolicach Pietropawłowska Kamczackiego pojawił się nasz samolot startujący z bazy na Aleutach. Na jego pokładzie leciał prowokator, któremu założono spadochron z wymuszonym otwieraniem i wyekspediowano go w dół, w pobliżu ważnych zakładów zbrojeniowych. Dodatkowo zaraz obok, był obóz pracy strzeżony przez NKWD i placówka ich wojsk pogranicznych. Spadochroniarzowi wciśnięto do kieszeni niezłe, ale nie perfekcyjnie spreparowane rosyjskie dokumenty, a w kołnierzu kurtki, bez jego wiedzy zaszyto mapę okolic wydrukowaną na jedwabiu, szklaną ampułkę z cyjankali i kilkaset dolarów w niewielkich nominałach. Zaraz po nim, na drugim spadochronie zrzucono starszego typu radiostację wraz z tabelą kodową do łączności szyfrowej i pistolet Colt 1911 z dwoma w pełni załadowanymi magazynkami. Jak przypuszczamy, schwytali go już kilkanaście minut po wylądowaniu.
- Zaraz… A dlaczego pistolet osobno?
- Po wylądowaniu niewątpliwie musiał być zdesperowany. Mógłby wtedy po prostu palnąć sobie w łeb. A my chcieliśmy, aby w ich ręce dostał się żywy.
- I żeby potraktowali go jak odwróconego na naszą stronę szpiega?
- Mamy nadzieję, że tak się stało. We wszystkich służbach specjalnych takie wieści wcześniej czy później rozchodzą się jak pożar w suchym lesie. Wtedy naprawdę rzadko kto chce ryzykować i decyduje się na powtórkę takiego numeru.
- Czyli tego mieliśmy już z głowy. A ostatni?
- Ostatni naprawdę wybrał wolność. Był szczery i przekazał mnóstwo ciekawych danych. Między innymi zdekonspirował sześciu agentów, których w Hiszpanii miał na kontakcie.
- I był wśród nich ten Wirth?
- Jak najbardziej. W 1938 roku pojawił się w „Legionie Condor”, gdzie wraz z kilkoma specjalistami przeprojektował parę rozwiązań stosowanych przy silnikach Messerschmitta 109. Latały tam wtedy egzemplarze pierwszej serii produkcyjnej i okazało się, że są z nimi problemy w wysokich temperaturach. Silniki się przegrzewały. Wirtha oddelegowano do Legionu jako specjalistę od mechaniki płynów. Chodziło głównie o układy chłodzenia, zasilania oraz doładowanie silników poprzez wtrysk wody i metanolu.
- I Wirth tam właśnie został pozyskany do współpracy?
- Nie. Musiał być już wcześniej sowieckim szpiegiem, bo tam, w Hiszpanii, po prostu przekazano go na kontakt.
- Wiemy kto, kiedy i na jakiej podstawie go pozyskał?
- Niestety, nie. Ale w oczywisty sposób musiało to być przed rokiem 1938.
- Czyli jego fanatyzm i ostentacyjne oddanie jako członka NSDAP były tylko przykrywką! - Orawa nie miał żadnych wątpliwości. - Jeżeli też jeszcze w Berlinie donosił na kolegów i współpracowników z uczelni, to prawdopodobnie usiłował się wkraść również w łaski Gestapo czy SD. Kto wie, czy i przez nich nie został pozyskany…
- Na to wychodzi - Brown dopił do końca i znów nalał sobie pół szklanki whisky. - To co z tym zrobimy?
- Trzeba natychmiast powiadomić „Janusa”. Bo jeżeli…
- Natychmiast się nie da - Orawa trzeźwo ocenił sytuację. - Pojechał na dwa tygodnie do Cordoby i możemy tam dotrzeć najwcześniej za 24 godziny. Dopiero wtedy go powiadomimy.
- Jak?
- To już jest proste. Zarezerwowaliśmy pokój przez ścianę, a oba pokoje mają balkony obok siebie. Jednym susem można je przeskoczyć.
- Rozumiem. Bezpośrednio więc po naszym spotkaniu trzeba ruszyć do Cordoby. Tym bardziej, że…
- Tak?
- Skoro ten Wirth pracuje dla Rosjan, to miał już dwa tygodnie, aby powiadomić swoją centralę. Pamiętacie, co mówił Rogozin na kilka godzin przed swoją śmiercią?
Czy pamiętali? Jak mieli nie pamiętać, skoro taśmę z nagraniem analizowali wspólnie i to kilka razy? Reschke był w ścisłej czołówce poszukiwanych przez Rosjan naukowców. Polowali na niego już od stycznia ubiegłego roku, a Rogozinowi tylko dlatego się nie udało, iż zdecydował się działać na własną rękę. Zgubiła go urażona duma, ale co będzie z takim Wirthem? Oczekiwać można było najgorszego i dlatego część grupy chroniącej Henryka w Buenos Aires, już godzinę później skierowana została do Cordoby.
30.06.1946 - Argentyna, Cordoba.
Ponad dwutygodniowy i praktycznie bezczynny pobyt w Cordobie dobiegał już końca i Rudolf Wirth wreszcie odetchnął pełną piersią.
A była ku temu właściwa okazja! Już na początku , jak ze ścianą zderzył się z potężną sylwetką Heinricha Reschke i mało go szlag nie trafił. Że nigdy go nie lubił, to mało powiedziane. Już od 1937, kiedy to poznał go w Berlinie, zapałał do niego jakąś dziwną, niewytłumaczalną niechęcią. Czy to była tylko zazdrość, spowodowana koneksjami i splendorami sypiącymi się na rówieśnika? A może i problem kompleksu niższości na tle osiągnięć naukowych? Jak było, tak było, ale Wirth nie znosił Henryka i już! Tym bardziej, że po napisanym do NSDAP donosie, praktycznie nic się nie wydarzyło. A właściwie wydarzyło, bo sam wpadł jak śliwka w gówno. Wezwali go do SD, postraszyli, podsunęli pięść pod nos i zrobili z niego kapusia. Jakby mało było tego, że zaszantażowany na tle swojego pochodzenia i orientacji seksualnej, musiał już pracować dla Rosjan! Niech to szlag trafi! Mieć Żyda za pradziadka i jeszcze trafić do homoseksualnej speluny, gdzie zrobiono mu kompromitujące zdjęcia? To już chyba tylko się powiesić, ale Wirth jakoś nie wykazywał takiej ochoty. Miał przecież taką delikatną szyję…
Pracował więc dla obu nieświadomych sytuacji stron i miał taką cichą nadzieję, że wraz z końcem wojny zerwie te więzy. Zniknie w tłumie, rozpłynie się w powojennym chaosie i wreszcie będzie mógł żyć po swojemu.
Nie dało się. Rosyjskie macki sięgały daleko, a współpraca z Richterem wywołała żywe ich zainteresowanie. Przeprowadzili więc kombinację operacyjną, w wyniku której znalazł się aż tutaj i sam już nie wiedział, czy to dobrze, czy źle. Źle, bo dalej się narażał, ale jeśli tylko uwzględnić tego Reschkego… Już trzy dni po przybyciu do Cordoby dotarł do niego łącznik, którego powiadomił o swoim odkryciu.
Nie! Wbrew wszelkim oczekiwaniom nie był to meldunek dotyczący obecności w Argentynie Martina Bormanna! Tego Rudolf Wirth pozostawił sobie na deser. Kto wie, ile kasy uda mu się wyciągnąć za taką informację. Na razie zaś, Moskwie musi wystarczyć Heinrich Reschke! To najpierw jego trzeba złapać w złotą klatkę. Na Bormanna przyjdzie jeszcze czas. Oczywiście nie później, niż ujęty i odpowiednio przyciśnięty Reschke zacznie mówić. Ale i nie wcześniej. Trzeba wykazać swoją przydatność i to w dłuższej perspektywie. A dzisiaj? Odetchnął pełną piersią, bo wkrótce wyruszy do Buenos. A ekipa, którą niewątpliwie montują już w Moskwie, nie będzie kazała na siebie długo czekać.
01.07. 1946 - Argentyna, Cordoba.
- Co? Wirth sowieckim szpiegiem? Od kiedy? - Henryk nie posiadał się ze zdumienia.
- Nie wiemy - Orawa niczego nie owijał w bawełnę. - Co najmniej od roku 1938, ale pewno i wcześniej. Cholera wie jak, przez kogo i na jakiej podstawie został pozyskany, niemniej jednak jest to pewne i grozi ci śmiertelne niebezpieczeństwo. Bo jeżeli Wirth nawiązał już kontakt ze swoimi mocodawcami, to wiedzą nie tylko o Bormannie, ale i o tobie. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby już montowali jakąś ekipę, która będzie chciała cię dopaść.
- Jeżeli już, to raczej Bormanna. To on wie wszystko i to on tu pociąga za wszystkie sznurki.
- Błąd, Henryku. Jeżeli zaczną, to od ciebie. Jesteś po prostu łatwiejszym celem, a kto wie, czy nie ważniejszym. Nawet bez Bormanna jesteś w stanie zbudować bombę, natomiast bez ciebie, Bormann jej tu nie zbuduje. Ponadto, nie sądzę, aby Wirth, ot tak i na dzień dobry, poznał lokalizację jego kryjówek. Ty natomiast jesteś na widelcu. Widać cię ze wszystkich stron, a ta twoja dwuosobowa obstawa, w razie potrzeby może być wystrzelana w trzy sekundy.
- Więc co? Mam stąd wiać?
- Tak, jak już rozmawialiśmy, tylko we dwóch i bez przekazywania tego innym. Ty chcesz do swojej kobiety, ale i ja chcę już do rodziny, a to, co się tu dzieje i to głównie dzięki tobie, może jeszcze potrwać lata. Trzeba to przerwać i to tak, abyś przynajmniej dla Niemców, umarł!
- Łatwo powiedzieć…
- Wiem, ale musimy uruchomić swoje mózgownice. Bo inaczej, przyjdzie się nam tu po prostu zestarzeć.
- Zgoda. Masz już jakiś pomysł?
- Ryzykowny, ale mam. Z tym, że jeżeli zadziała, możesz być już tak pilnowany, ze każda próba samodzielności będzie bliska samobójstwu.
- Trudno. Więc jak to mówią - „Wal pan śmiało. Pies szczepiony”!
Komentarze
Prześlij komentarz