Przejdź do głównej zawartości

ATOMOWY POKER 214

 

09.07.1946, wieczór - Argentyna, Buenos Aires, hotel „Cristal Palace”.


            Telefon w pokoju Henryka zadzwonił tak niespodziewanie, że ten aż się zdziwił. O tej porze? Kto? Wstał jednak z kanapy, podszedł do aparatu i rzucił jedno enigmatyczne słowo.

-  Słucham!

- Pan Schlegel?

- Tak. To ja - Henryk natychmiast poznał głos Orawy.

- Tu Joseph Brandt. Tak, jak się umawialiśmy, chciałem poinformować, że zakończyliśmy sprawdzanie pierwszej partii łożysk. Tej, którą zaczęliśmy wczoraj. Wszystkie sprawdzenia pozytywne. Oznaczamy je na pudełkach czerwoną farbą, aby nie pomieszały się z innymi.

- Dziękuję. Proszę je przygotować i jutro dostarczyć do fabryki. Proszę też zacząć sprawdzanie drugiej partii.

- Oczywiście. Wszystko według zapisów kontraktu. Do zobaczenia.

- Do zobaczenia - Henryk odłożył słuchawkę i i odetchnął głęboko. Więc jednak… Orawa uruchomił ludzi i ci przy gablocie sprawdzili, że spotkanie z Wirthem wyznaczono na wczoraj. Dziś  minął termin zapasowy i sowiecki agent też się go nie doczekał. Co to oznacza? Najwyższy stopień alarmu, jak czerwień, którą Orawa każe oznakować pudełka. To również znak, że wzmacnia się jego amerykańską ochronę. Dotychczas działali tylko po dwóch i trzymali się z dala, aby Waltzowi czy Rosenbergowi nie wejść w oczy. Jak będzie teraz? Przecież nie mają czapek - niewidek i wcześniej czy później ktoś na nich zwróci uwagę. A może i nie zwróci? Przecież to być może już tylko kilka dni…

            Ciche pukanie do drzwi zrazu umknęło jego uwadze, ale nieco głośniejsza powtórka przerwała tok myślenia. Nie musiał pytać kto, bo sposób pukania składający się z sekwencji puknięć i przerw znała tylko jego ochrona. Otworzył więc drzwi i obok Waltza zobaczył też Manfelda.

- Wolny! - krótkie polecenie sprawiło, że Waltz zniknął jak duch. - Można?

- Oczywiście. Proszę, standartenführer - Henryk nie miał wyboru.

- Ciszej! - Manfeld przyłożył palec do ust. - Jeszcze ktoś usłyszy.

- Przecież mówię cicho - usprawiedliwił się Henryk zamykając drzwi i gestem wskazując stojący obok okna fotel. - Stało się coś? 

- I tak, i nie. Co prawda przyszło mi to do głowy dopiero dziś w południe, ale lepiej późno, niż wcale.

- To znaczy?

- Posłałem jednego z moich ludzi pod tę gablotę przy kaplicy. Wie pan jaką przyniósł wiadomość?

- Nie wiem, ale postaram się zgadnąć. Wisiało tam ogłoszenie o mszy za duszę Marty Papas.

- Brawo. Spotkanie wyznaczone było na wczoraj, a dziś upływał termin rezerwowy.

- I co? Posłał pan ludzi w to miejsce? Zauważyli kogoś podejrzanego, kto mógłby być łącznikiem?

- Niestety nie.

- Więc rzecz praktycznie zamknięta. Prawdopodobnie za jakiś czas ukaże się jeszcze jedno ogłoszenie. Wirth ponownie się nie zjawi i sprawa umrze śmiercią naturalną.

- Nie do końca, doktorze. Bo widzę, że nie zdaje pan sobie sprawy z konsekwencji tego, co się stało.

- Nie rozumiem…

- To proste. Z jednej strony Wirth już z Cordoby przekazał o panu pewne informacje.

- Niewiele wiedział.

- Ale ruscy już wiedzą, że pan tu jest. Nie wiemy, jakie zamiary mają wobec pańskiej osoby, ale z przechwyconej przez Waltza i Rosenberga oraz odczytanej  przez was wspólnie wiadomości, zdaje się, że jest pan niewiele mniej ważny niż nasz reichsleiter. Przecież kazali pana rozpracować. Jest tam jeszcze napisane, że celem podjęcia działań specjalnych.

- Może to po prostu taki rutynowy skrót myślowy?

- Nie lekceważył bym tego, doktorze. To zbyt poważne. Zarówno dla pana osobiście, jak i dla naszej wspólnej sprawy.

- No, ale co ja osobiście mogę?

- Osobiście, to niewiele. Skoro jednak wiemy, że jest pan dla Rosjan cholernie ważny, a zniknięcie Wirtha niewątpliwie wywoła u nich najwyższy stan alarmowy, to sytuacja może się wymknąć spod kontroli. Mogą więc pójść na całość i bez względu na koszty próbować pana porwać. Nawet nie chcę myśleć, jakim byłby pan dla nich źródłem informacji.

- Nic bym im nie powiedział.

- To się tylko tak mówi. Jestem jednak pewien, że gdyby tak jak my, użyli palnika acetylenowego i zaczęli odcinać nim palce u pańskich stóp, powiedział by pan wszystko.

- Tego się nie da wykluczyć - Henryk tego typu dywagacje wolał przerwać już w zarodku. 

- I właśnie o tym mówię. Ja prawdopodobnie też zaczął bym mówić - Manfeld widocznie miał chwilę szczerości - ale mnie takie porwanie raczej nie grozi. Natomiast panu…

- Dobrze. Więc co w związku z tym?

- Nie będę czekał na zgodę Bormanna. Od jutra do Waltza i Rosenberga dołączy dwóch moich ludzi. Alfred Lipmann i Edwin Grau. Pozna ich pan rano. Zostawię ich wraz z jednym z samochodów, którymi przyjechaliśmy. W tym waszym Buicku trudno by było jeździć w piątkę. Ja muszę już wracać do Bariloche. Tam na spokojnie się zastanowimy, jak uchronić nasz program przed próbami infiltracji.

 

            10.07.1946, rano - Argentyna, Buenos Aires, okolice fabryki Fritza Mandla. 

           

            Tkwili tu już pięćdziesiąt pięć minut i nic się nie działo. Tkwili, gdyż w ostatniej chwili Jeromin nie wytrzymał. Wysłać łącznika i bezczynnie oczekiwać na jego ustalenia? To nie leżało w jego charakterze i tuż przed wyjazdem dołączył do szarego człowieka, ubranego tym razem w delikatne odcienie brązu. Z początku nic się nie działo. O 07.45 boczną bramą wpuszczono pracowników, otworzono drzwi recepcji i zdjęto kłódkę z bramy głównej. Dochodziła ósma, gdy pojawiły się dwa samochody, na widok których portier od razu podniósł szlaban, wpuszczając je do środka. Inne auta pozostawiono na zewnątrz i po kilkunastu minutach sytuacja wróciła do punktu wyjścia.

- I co? - Jeromin popatrzył na łącznika. - Gówno! Nie ma go.

            Wzruszenie ramion było jedyną odpowiedzią, gdy nagle zza najbliższego skrzyżowania wyłonił się zielony Buick i podążający tuż za nim czarny Ford. Krótki sygnał klaksonu sprawił, że portier od razu podniósł szlaban i oba samochody, po niespełna sekundowym zatrzymaniu wjechały do środka.

- Widziałeś go? - Jeromin mało nie podskakiwał na siedzeniu.

- Nie. To jacyś obcy.

- Nie o tym mówię. Chodzi mi o tego, który siedział w zielonym Buicku obok kierowcy.

- A ten… Blondyn, tuż po czterdziestce, krótko ostrzyżony? Myślicie, że to on?

- Tak. Na zdjęciu, którym dysponujemy, jest o kilkanaście lat młodszy, ale to musi być on. Nasz cel, Heinrich Reschke!

- To co robimy?

- Na razie wracamy do tej naszej tancbudy. Nie możemy tu zbyt długo siedzieć, bo w końcu zwrócimy czyjąś uwagę. Do której oni tu pracują?

- Normalnie, po osiem godzin. Więc wychodzi, że do szesnastej.

- W porządku. Wrócimy tu na piętnastą trzydzieści. Jeżeli nie wyjadą wcześniej, przechwycimy ich i spróbujemy śledzić. Musimy wiedzieć gdzie pojadą. A na razie odpalaj wóz i spadamy stad.

 

            10.07.1946, południe - Argentyna, Buenos Aires, fabryka Fritza Mandla.

           

            Mimo, ze łożyska dotarły na 10.00 i przyjechał z nimi sam Orawa, dopiero teraz mieli okazję, aby porozmawiać na osobności.

- Od dzisiaj zwiększyli moją ochronę. Przyjechaliśmy tu już w dwa samochody. W tym drugim jest dwóch nowych.

- Wiem. Nasi ludzie złożyli już meldunek. Też jest ich już czterech.

- Robi się tłoczno…

- Nic nie poradzę. Trzeba dmuchać na zimne. A ponadto taki rozkaz wydał Brown. Obawia się o ciebie.

- Raczej o siebie i swoją dalszą karierę. Dlatego się ubezpiecza.

- Jak zwał, tak zwał. A teraz słuchaj uważnie. Od dziś ubezpieczamy cię nie tylko podczas przejazdów miastem. W hotelu zamelduje się dwóch nowych gości. Chcemy mieć oko na wszystko i to również wewnątrz.

- Tylko niech będą ostrożni. Ci dwaj nowi też zajęli pokój obok mojego. Teraz mam obstawę z obu stron.

- Dobrze. Coś jeszcze? 

- Właściciel hotelu to dobry znajomy Manfelda. Już dwa razy przysiadał się do naszego stolika, a Manfeld mówił do niego po imieniu.

- To świetnie, bo…

- Co?

- Nic. Zastanawialiśmy się nad pewną sprawą z Brownem i McFarlandem. Już chyba wiem, jak to zrobić.

- Ale co?

- Jeżeli nic się nie zmieni, prawdopodobnie dowiesz się w piątek. Bo już w sobotę, powinniśmy zakończyć tę szaloną grę.

 

            10.07.1946, godzina 15.47 - Argentyna, Buenos Aires, okolice fabryki Fritza Mandla.

 

            Tym razem było odwrotnie. Pierwszy wyjechał czarny Ford z dwoma ochroniarzami, a dopiero za nim zielony Buick z dwoma następnymi eskortującymi Heinricha Reschke.

- Za nimi! - rozkazał Jeromin i w chwilę później w ich aucie również zagrał silnik. Pojechali w sporej odległości, nie chcąc faszystowskim gadom rzucać się w oczy i ta ostrożność prawie im się opłaciła.

            Prawie, bo nie zauważyli jednego. Pojechał za nimi jeszcze jeden samochód, a ponieważ jego pasażerom trasa do "Cristal Palace" była znana, nie musieli przez cały czas wystawiać się na widok. Po przejechaniu kilku ulic, obok parku skręcili w bok, skąd po kilku sekundach wyjechało już inne auto i podjęło przerwaną obserwację. Obserwację, która nie zakończyła się pod „Cristal Palace”.

 

            10.07.1946, wieczór - Argentyna, Buenos Aires, lokal konspiracyjny Wywiadu Armii USA.

 

            - Macie coś? - na widok dwóch wchodzących ludzi, nie tylko McFarland, ale i Brown, poderwali się na równe nogi.

- Wiemy już wszystko, albo prawie wszystko, bo dotarliśmy do właściciela. Salę widowiskowo - taneczną „Tango Argentino”, tydzień temu wynajęło sowieckie przedstawicielstwo handlowo - kulturalne. Rzekomo chcą tam zrobić jakieś przeróbki przed planowanymi na początek sierpnia występami ich zespołu ludowego. Ludzie, którzy śledzili Niemców od fabryki do hotelu, później pojechali właśnie tam. Samochody zostawiają w przyległych do budynku garażach należących do obiektu, wchodzą zaś od zaplecza. Nasi ludzie widzieli tam dwóch wchodzących, później jeszcze wychodził jeden, ale inny. Ponieważ mają dwa samochody, można przypuszczać, że jest ich co najmniej trzech, a maksymalnie sześciu czy siedmiu.

- Dobrze. Załatwiliście już jakiś punkt obserwacyjny ? 

- Tak. Naprzeciw zaplecza wynajęliśmy małe mieszkanie. Jest tam teraz dwóch naszych z aparatem fotograficznym i reporterskim teleobiektywem. Łączność jest radiowa, ale mają tam też telefon. Będą meldować o wszystkim.

- W porządku. Idźcie teraz odpocząć.

 

- I co pan o tym sądzi, majorze? - zwrócił się Brown do McFarlanda, gdy tylko za wychodzącymi zamknęły się drzwi.

- Nie mam wątpliwości, że to ruscy. Śledzenie podjęli dzisiaj, więc mogą tu być dwa, maksymalnie trzy dni. Prawdopodobnie działają niezależnie od tego ich niby przedstawicielstwa, które tylko miało wynająć salę i resztą się nie interesować. Przynajmniej ja bym tak zrobił. Ich celem jest oczywiście Reschke. Już wiedzą, że przyjeżdża do fabryki i wiedzą gdzie przebywa w wolnym czasie. Wiedzą też, że ma obstawę czterech ludzi. Jeżeli będą chcieli go dorwać, to na pewno nie po to, aby go po prostu zabić. Nie przeprowadzą akcji w fabryce, wiec zostaje im trasa hotel - fabryka lub też sam hotel.

- Wyjął mi pan to z ust, majorze, ale ja tu widzę jeszcze jedną sprawę.

- Tak?

- Będą się musieli spieszyć. Stracili źródło informacji i nie mają pewności jak długo Reschke będzie jeszcze w Buenos. W każdej chwili może wyjechać i to na długo.

- Racja. Myślę też, że trzeba natychmiast powiadomić Orawę. Do końca tygodnia ma bywać w fabryce, więc bez problemów skontaktuje się z „Janusem”. Musi go ostrzec o ruskich i przygotować na natychmiastową ewakuację.

- To jasne - z niechęcią, ale i ze świadomością tej konieczności Brown już powoli wewnętrznie się godził. - Szlag mnie jednak trafia, gdy pomyślę o tych ruskich. Wpakowali się nam w sam środek akcji i wszystko spieprzyli.

- W środek?

- A tak. Zdobyliśmy co prawda wielką ilość informacji o wadze nie do przecenienia, ale mnóstwo jeszcze zostało do zrobienia. Nie wiemy, gdzie przechowywane są przywiezione tutaj zapasy uranu, ile tego jest i jaki jest stopień ich wzbogacenia. Nie wiemy, gdzie w Chile planują uruchomić wytwórnię sarinu. Mimo dość dokładnych wskazówek, do dzisiaj nie zlokalizowaliśmy kryjówki w Misiones, gdzie przebywać ma sobowtór Adolfa oraz przechowywane ma być złoto z jednego z U - Bootów. O złocie z czwartego U - Boota nie wiemy nic. Nie wiemy też, gdzie aktualnie jest Bormann i na jakich papierach będzie jeszcze funkcjonował. Nie mamy również pojęcia, co stało się z Ewą Hitler i jej córką. Mało?

- Obawiam się, panie generale, że poza sprawą uranu, większość z tych informacji pozostanie poza zasięgiem „Janusa”. Nie sądzę, aby zdradzono mu losy czy miejsce pobytu Ewy i jej dziecka, tak samo jak miejsca kryjówek czy tożsamości Bormanna. Tożsamości te niewątpliwie co jakiś czas będą zresztą zmieniane. O złocie z czwartego U - Boota też mu nie powiedzą, tak samo jak o sarinie. To  nie jego działka. Kryjówkę w Misiones w końcu zlokalizujemy i jest to już tylko kwestia czasu. Co do uranu, to przecież już wiemy, że wirówki wyprodukowane tutaj pojadą do Cordoby. W tamtejszej fabryce Mandla wydzielą lub wybudują jakąś halę i tam to wszystko będzie się kręcić. A co do „Janusa”, możliwości zdobywania przez niego informacji będą się systematycznie kurczyć. Za parę miesięcy, „de facto” zamkną go w tej Cordobie i nie wypuszczą, dopóki im tych bomb nie zbuduje. A na to, nie możemy już sobie pozwolić.

- Może i racja - Brown jakby chciał coś dodać, ale po krótkim wahaniu ostatecznie zrezygnował. - Na razie skontaktuj się z Orawą, a najlepiej się spotkajcie. Najpóźniej jutro wieczorem chcę też mieć szczegółowy plan, jak bezpiecznie ewakuować „Janusa”.

 

Komentarze