09.07.1946, południe - Argentyna, Buenos Aires, siedziba firmy „Morano”.
Spławiwszy jak zwykle Waltza i Rosenberga do restauracji po drugiej stronie ulicy, nonszalanckim krokiem przeskoczył dwa schodki i zadzwonił do drzwi. Orawa widać już czekał, bo nie upłynęło nawet pięć sekund jak szczęknęła klamka i wymienili mocny uścisk dłoni.
- Chodź, opowiadaj - pociągnął Henryka do pokoju obok, pełniącego rolę swoistego saloniku.
- Tak, jak przewidywałeś. Wirth nie żyje, a Manfeld będzie konsultował z Bormannem wzmocnienie mojej ochrony.
- Oooo… Ale masz skłonności do skracania!
- Więc traktuj to jako wstęp. Co chcesz wiedzieć?
- Wszystko!
- Przepraszam - pół godziny później Orawa jakby się zreflektował. - Napijemy się czegoś? Bo jeszcze trochę i zaschnie nam w gardle.
- Jeżeli masz pod ręką, to kawy. Alkoholu mam ostatnio jakby dość.
- Zrobi się - Orawa odwrócił się do telefonu, wykręcił numer i krótko zadysponował. - Dwie kawy proszę. Do pokoju gościnnego.
- Z mlekiem - dodał Henryk i zostało to również przekazane.
- Więc mówisz, że Wirth najpierw się stawiał? Że to prowokacja zdrajców w waszych - przepraszam – w ich szeregach? - Orawa wrócił do tematu.
- Tak mówił Manfeld. I dopiero gdy acetylenowym palnikiem zaczęli odcinać mu palce u stóp, zaczął śpiewać.
- Skurwysyny! Wiedzą, jak wydobywać informacje. Zastanawia mnie jednak co innego. Dlaczego nie pociągnęli tej gry? Dlaczego nie usiłowali wyjść na łącznika?
- Powodów było kilka. Po tym spacerze, o którym ci opowiadałem, Manfeld wziął jeszcze butelkę z baru i przyszedł do mnie na górę. Tam rozgadał się bardziej.
- Co mówił?
- Po pierwsze, na takie gierki nie mają tu jeszcze sił i środków. Po prostu za mało odpowiednio wyszkolonych ludzi, a ci, którymi dysponują, do dziś miotają się bezowocnie, usiłując wyjaśnić akcję w górach Hartzu i utratę złota z Inalco.
- Nie skojarzyli cię z tymi sprawami?
- Myślę, że nie. Jak dokładnie policzyli, lokalizację laboratorium w górach znało ponad czterdzieści osób. Większość nie wiedziała o co tam chodzi, ale miejsce jako takie znała. Szczęśliwie się też złożyło, że Bormann nie powiedział mi o swojej decyzji, aby tam wrócić. Jestem więc poza wszelkim podejrzeniem.
- A Inalco?
- Nigdy tam nie byłem i oficjalnie nigdy nie poznałem lokalizacji kryjówek ze złotem. To również wyklucza mnie z kręgu podejrzanych. Chociaż…
- Co?
- Zastanowił mnie w tej chwili jeden fakt. Już u mnie w pokoju, Manfeld zaczął mówić o Bormannie. Taka niby luźna gadka miedzy dwoma starymi nazistowskimi bojownikami, ale w pewnej chwili padło pewne nazwisko.
- Jakie?
- Juan Keller. Według Manfelda, takim właśnie nazwiskiem posługuje się tu Martin Bormann.
- I dopiero teraz mi o tym mówisz?
- Nie gorączkuj się. Bo niby z jednej strony Manfeld był już zdrowo napity i mógł stracić czujność, ale miał w głosie coś dziwnego. Myślę, że mogła to być prowokacja.
- Sprawdzał cię?
- Jestem prawie przekonany, że tak. Celowo puścił farbę i teraz będą czekali. Bo jeżeli taką informacją poczęstowano tylko mnie, to gdyby kiedykolwiek wypłynęła, będzie wiadomo kto zdradził.
- Cholera jasna! Trzeba będzie jeszcze dziś powiadomić Browna!
- O czym? Przecież powiedziałem ci przed chwilą, co o tym sądzę. To jest informacja nie do wykorzystania. Musisz ją zatrzymać tylko dla siebie.
- Nie o to chodzi. O tym nazwisku wiemy już od grudnia ubiegłego roku. Informację taką zdobył jeden z agentów SIS.
- SIS?
- Tak. To taka amerykańska Specjalna Służba Wywiadowcza. Powołana w roku 1940, działa w ramach FBI, czyli Federalnego Biura Śledczego i ukierunkowana jest właśnie na operacje przeciw nazistom w Ameryce Łacińskiej. A zdobyte dane przekazaliśmy już kilkunastu pracującym tu naszym ludziom.
- O kurwa ! Wiec jeżeli to nazwisko gdzieś wypłynie, mogą dorwać właśnie mnie!
- I dlatego cała nadzieja w Brownie. Musi zablokować wszelki przepływ informacji na ten temat. Zmienić zadania dla naszych źródeł. Że to nazwisko niby już nieaktualne. Przynajmniej na jakiś czas, dopóki nie znikniesz.
- No to właśnie uciekłem spod topora…
- I całe szczęście. A wracając do Wirtha i jego łącznika?
- W Argentynie spotkali się tylko raz i to w Cordobie. Tu nie zdążył odbyć żadnego spotkania. System był taki, że jeżeli Wirth sam chciałby wywołać spotkanie, to w swoim pokoju miał zostawić kotarę zaciągniętą na lewą stronę okna, patrząc od zewnątrz. Potem o 17.00 miał czekać na ławce w parku przed Uniwersytetem. Nieważne na której, bo to już nieaktualne. Ważne, że jest widoczna z ulicy, którą przechodzą setki osób. Wtedy łącznik podszedł by do niego, siadając na drugim końcu ławki i udając, że czyta gazetę. Krótki przekaz załatwili by na miejscu, a co do dłuższego, łącznik wskazał by inne, odosobnione miejsce.
- A odwrotnie? Gdyby to łącznik chciał wywołać spotkanie?
- To też proste. Niedaleko fabryki Mandla jest niewielki cmentarz i kaplica pogrzebowa. Od strony ulicy stoi tam gablota, w której pracownik cmentarza umieszcza nekrologi i intencje mszalne. Jeżeli wisiała by tam informacja o mszy za duszę Marty Papas, to nawet nie zwalniając zbytnio kroku łatwo dostrzec zaznaczony wytłuszczonym drukiem dzień i godzinę. Termin rezerwowy uzgodniono na 20 godzin później.
- No, ale zawsze można przycisnąć pracownika cmentarza.
- Niekoniecznie. Jest ich dwóch, a rodziny wrzucają nekrologi do skrzyneczki obok, gdyż gablota ma szybę i jest zamykana na kluczyk. Skrzyneczka otwierana jest w południe, a pracownik wywiesza to, co w niej znajdzie. Można by oczywiście wychwycić osobę, która wrzuca te intencje, ale przy stosunkowo rzadkich spotkaniach trzeba by na to poświęcić wiele miesięcy nieustającej obserwacji. Tu i teraz jest to praktycznie niewykonalne. A swoją drogą…
- Co?
- Warto by sprawdzić, czy już tam nie wisi intencja mszalna za duszę pani Papas, z terminem spotkania.
- Faktycznie! Masz rację. Jeszcze dziś kogoś poślemy. Ale dziwi mnie fakt, że nie wykorzystali Wirtha. Mogli by wywołać spotkanie i podstawić go na przynętę. Dopadli by wtedy i łącznika.
- Gdyby byli mniej gorliwi i żądni sukcesu, to może by tak zrobili. Ale z tego, co mówił Manfeld, od razu rzucili go na podłogę i obili gumowymi pałkami. Skopali go przy tym i to tak niefortunnie, że złamali mu nogę. To oczywiście przesądziło sprawę. Myślisz, że łącznik podszedł by do Wirtha, widząc go obitego jak śliwkę i z nogą w gipsie albo na szynie?
- Ale chyba mają jakiś jego rysopis?
- Niby tak, ale bardzo ogólny. Pasuje do połowy ludzi na ulicy, a łącznik nie ma prawa dwa razy przyjść na spotkanie tak samo ubrany.
- No, tak… Ale to stwarza następny problem. Wirth jako zagrożenie został wyeliminowany, ale z jego wyjaśnień wynikało, że już przekazał jakieś informacje dotyczące twojej osoby.
- Tak mówił Manfeld. Dziwił się też, że na początku Wirth nie chciał się przyznać, iż powiadomił Rosjan o pobycie Bormanna. Zmienił zdanie dopiero pod wpływem palnika.
- Więc albo Manfeld uznał, że ty jesteś mniej ważny, albo…
Poczekali chwilę, aż sekretarka wniosła dwie kawy i kontynuowali rozmowę.
- Albo co?
- Albo to ty jesteś najważniejszy, a Bormann bez ciebie niewiele znaczy. I to ciebie dotyczyła informacja, którą Wirth przekazał jeszcze w Cordobie, Bormanna zaś pozostawił na deser.
- Mało mnie to przekonuje…
- Ale mogło tak być. A w sytuacji, gdy to ty stałeś się dla Rosjan pierwszym celem, trzeba cię ewakuować. „Ende, herr doktor”, jak mawiają twoi niemieccy „przyjaciele”. Jeszcze dzisiaj porozmawiam z Brownem, jak to zrobić w białych rękawiczkach.
- To znaczy?
- Nie możesz zniknąć, ot, tak sobie. Jeżeli już, to z przytupem i wprowadzając ich w błąd.
- Czyli?
- Po pierwsze, twoje znikniecie nie może wywołać podejrzeń, że z jakichś powodów zdecydowałeś się sam, czy też miałeś z tym cokolwiek wspólnego. Musi u nich wywołać szok i przerażenie. Strach przed nieznanym i nieuchwytnym oraz nieuniknionym, gdzie dodatkowo nie zna się dnia ani godziny. A po drugie, wygodniej dla nas będzie skierować ich podejrzenia pod obcym adresem.
- Rosjan?
- Oczywiście. Przecież wszystko ładnie się składa. Wirth jako rosyjski szpieg i pozostawiony w twoim pokoju rosyjski nabój.
- Co? Jaki znowu nabój? O czym ty mówisz?
- Nabój, 7,62 x 25 milimetrów do rosyjskiego pistoletu Tokariew Tuła. Strzelają z niego też ich automaty. Na dnie łuski cyrylicą wybity jest symbol ich wytwórni. Takich naboi nikt tu nie używa, więc automatycznie podejrzenie padnie właśnie na nich. Natomiast my, dalej będziemy mogli działać w cieniu. To cholernie wygodne.
- A jakieś szczegóły?
- Nic z tego. Lepiej wiedzieć jak najmniej, bo numeru z palnikiem, prawdopodobnie nie wytrzymał byś ani ty, ani ja!
09.07.1946, popołudnie - Argentyna, Buenos Aires, zaplecze sali widowiskowej „Tango Argentino”.
Szczupły mężczyzna średniego wzrostu, równie nijaki jak jego nieco sfatygowany szary płaszcz i kapelusz, jeszcze raz rozejrzał się dyskretnie i szybko zapukał w prowadzące na zaplecze drzwi. Otworzono mu niemal natychmiast, bowiem już chwilę wcześniej jego sylwetka została dostrzeżona przez warującego przy znajdującym się z boku okrągłym okienku obserwatora. Wpuszczający rozejrzał się jeszcze na boki, zamknął drzwi i rzucił tylko trzy słowa. - Tędy. Major czeka.
Szary człowiek przeszedł długość korytarza, skręcił w prawo, pokonał jedenaście stopni w dół i wreszcie znalazł się pod sceną.
- I jak?
- Dziś też nie przyszedł.
- No to co jest, do kurwy nędzy? - major Aleksander Jeromin nie mógł opanować narastającej w nim wściekłości. - Coście spieprzyli?
- Nic nie spieprzyłem, towarzyszu majorze - pełniący funkcję łącznika szary człowiek wyprostował się nagle. - Jestem starym pracownikiem i wiem, że błędu nie było. Pracuję z nim już od 1941 - go i zawsze wszystko działało.
- Ale teraz jakoś nie działa…
- Ja swoje zrobiłem i to tak, jak trzeba. Zawiadomienie o mszy za duszę Marty Papas wisi już od trzech dni. Termin widoczny jak na dłoni. Nie mógł tego nie zauważyć.
- Więc co? Zapił, czy jak?
- Nie wiadomo, towarzyszu majorze. W Cordobie wszystko było w jak najlepszym porządku. Podał ścisły termin przybycia do Buenos i pierwszej wizyty w fabryce Mandla.
- To może nie przyjechał? Może z jakichś powodów zmienił plany?
- Przyjechał. Sam go sprawdziłem tego pierwszego dnia i osobiście widziałem, jak wchodził do tej fabryki.
- A potem?
- A potem miał czekać na sygnał. Uznaliśmy, że powinien tu pobyć parę dni, zanim umówimy jakieś następne spotkanie. Przez ten okres miał się zaaklimatyzować i rozejrzeć oraz zebrać pierwsze informacje. Ta fabryka jest szalenie dziwna i tajemnicza.
- I co z tego, że tajemnicza, jak nasz agent wsiąkł? Do tego nie wiemy, co się z nim stało!
- Wszystko się mogło zdarzyć. Równie dobrze mógł zachorować na grypę, jak i na ich polecenie nagle gdzieś wyjechać.
- I tylko tyle macie mi do powiedzenia?
- Nic mądrzejszego tu nie wymyślimy. Trzeba niestety czekać.
- Jasne! - pomyślał Jeromin. - Czekać … Gdybyś ty chłopie wiedział, jak trzeba było stawać na głowie, aby zmontować tę akcję. Ludzi z naszych służb, dobrze mówiących zarówno po hiszpańsku jak i po niemiecku, po wojnie domowej w Hiszpanii mieliśmy ponad setkę. Tyle, że po stalinowskich czystkach z lat 1939 – 1941 została z nich garstka. Może tylko kilkunastu... Lata tak zwanej wojny ojczyźnianej też zrobiły swoje i gdy w końcu przyszło zebrać ekipę, pod jego dowództwem znalazło się raptem jedynie pięciu ludzi. Z góry odrzucono tych ze wschodniosłowiańskimi, szerokimi, chłopskimi twarzami oraz tych, którzy mieli choć trochę skośne oczy. - Nie wyróżniać się z tłumu - brzmiała zasada i trzymano się jej z żelazną konsekwencją. W wariackim tempie skompletowano ich w jedną całość, podrobiono odpowiednie dokumenty oraz przerzucono do Hiszpanii i Portugalii, skąd oddzielnymi samolotami polecieli do Brazylii. Tam znów dostali nowe dokumenty, broń i dwa samochody, którymi dotarli aż tutaj. Zamelinowali się w wydzierżawionej przez przedstawicielstwo handlowo - kulturalne sali widowiskowej i czekali na swój cel. Cel, którego imię brzmiało Heinrich Reschke!
Tak… Czekali. Ale ile można siedzieć bezczynnie, gdy ich misternie skonstruowany plan właśnie się wali? Trzeba działać i po chwili namysłu Jeromin już wiedział jak.
- Dobrze. Czekać, to możemy tylko na śmierć, a i to nie bezczynnie. Tu trzeba działać i wasza w tym głowa. O której nasz agent pojawia się w fabryce?
- Przychodzi na ósmą.
- To jutro obserwacja pod fabryką, od godziny siódmej trzydzieści. Sprawdzicie czy przyszedł i od razu meldunek.
- A gdyby go nie było?
- Przestańcie tu krakać! Gdyby jednak nie pojawił się do dziewiątej, zwijacie obserwację i natychmiast do mnie.
Komentarze
Prześlij komentarz