Przejdź do głównej zawartości

ATOMOWY POKER 212

 

05.07.1946, wieczór - Argentyna, Buenos Aires, hotel „Miramar”.

 

Już drugi raz w ciągu ostatnich trzech dni Henryk wyciągnął Wirtha do hotelowej restauracji, obficie racząc go alkoholem i proponując damskie towarzystwo.

Nie można powiedzieć… Rudolf nie stronił od mocnych trunków, ale co z tym drugim? Czy naprawdę był zbyt pijany na takie harce, czy też rzecz się miała nieco inaczej? Nie zamierzał jednak rozstrzygać tego dylematu, bo właśnie zaczynała się gra, której pomysłodawcą był Orawa. Wiedział, że jeden z członków przybyłej z Ameryki i osłaniającej go grupy był wytrawnym kieszonkowcem, który po wykonanym zadaniu, ze względów bezpieczeństwa już jutro rano odleci do USA, ale musieli czekać na sygnał. Sygnał od człowieka, który za kilka minut powinien zejść ze schodów.

 

Mężczyzna w szarym, niczym nie wyróżniającym się garniturze, zajmował pokój na tym samym piętrze, na którym mieszkali Henryk i Wirth. Na palcach przeszedł po grubym chodniku korytarza, rozejrzał się na obie strony, kiwnął głową do gościa zapalającego papierosa przy zejściu na schody i wyciągnął z kieszeni wytrych. Kilka sekund później cichy szczęk zamka otworzył mu drogę do pokoju Wirtha, gdzie od razu skierował się w stronę łóżka. Na dłonie wciągnął cienkie, skórzane rękawiczki, przykląkł przy szafce na której stała nocna lampka i niewielkim śrubokrętem odkręcił pokrywkę jej podstawy. W wolną przestrzeń miedzy kablami a obudową, wsadził złożoną na cztery niewielką kartkę. Założył pokrywkę, pozostawiając lekko niedokręconą jedną z dwóch śrubek, po czym równie cicho jak wszedł, opuścił pokój, staranie zamykając drzwi za sobą. Ponownie skinął na palącego papierosa gościa, po czym jak jakiś duch zniknął w głębi korytarza.

 

Gość, który właśnie zszedł ze schodów, nie miał już w ustach papierosa. Zdjął kapelusz, przeszedł niedaleko ich stolika i usiadł blisko drzwi, za którymi znajdowało się przejście do recepcji i do toalety. A potem zamówił wino.

 

- No, Rudolf! Jeszcze jednego! Za zdrowie i za naszą świetlaną przyszłość! - Henryk uniósł w górę trzeciego już drinka, a Waltz i Rosenberg poszli w jego ślady.

- Może jednak wystarczy? - Wirth wyraźnie miał już dość. - Lać mi się chce, jak cholera!

- To idź do toalety, ale zaraz wracaj. Tego, co tu podają, nie pije się na ciepło.

- Może i masz rację - Wirth podniósł się zza stolika, odprowadzany spojrzeniami całej trójki. Przeszedł jedynie kilka metrów, gdy nagle wydarzyło się coś nieoczekiwanego.

 

            Facet, który wcześniej zszedł ze schodów, swoje zadanie wykonał wręcz perfekcyjnie. Podniósł się nagle z kielichem wina w dłoni i jakby się za kimś rozglądając, wykonał pół obrotu dokładnie w momencie, gdy Wirth przechodził obok niego. Zderzenia nie dało się już uniknąć i zawartość szkła rozchlapała się po garniturach obu mężczyzn.

- O cholera! Bardzo pana przepraszam - nieznajomy gość odstawił kielich, wyciągnął chusteczkę z kieszeni i lewą ręką począł intensywnie wycierać prawą połę i rękaw marynarki Wirtha.

            Skręcając głowę w stronę wycieranego ramienia, zaskoczony i zdezorientowany Wirth nie mógł już zobaczyć, jak prawa ręka wycierającego, oparta dotąd na jego lewym ramieniu, zjeżdża na klapę marynarki i do kieszonki brustaszy wsuwa mu niewielki rulonik. Sekundę później gość schował chusteczkę i skłoniwszy się lekko, zniknął za drzwiami. 

 

            - Widzieliście to? - chociaż ruch ręki nieznajomego powinien być dla nich doskonale widoczny, Henryk wolał mieć pewność. - Okradł go, czy coś mu tam wsunął?

- O kurwa! - Waltz wyprostował się pierwszy. - Rosenberg, pilnuj szefa. Ja pójdę za tym typem.

- Nie! - głos Henryka osadził go w miejscu. - Tamten już zwiał. Bierzcie Wirtha. Jeżeli nic w tej kieszeni nie ma, jest czysty. Ale jeżeli tylko ma…

 

            Dziesięć sekund później, w pomieszczeniach toalety Waltz wyjął Wirthowi półmetrowej długości zwitek cienkiej bibułki pokrytej kolumnami cyfr.

- Szefie, chyba jakiś szyfr! - łapy obu członków ochrony w jednej chwili unieruchomiły Wirtha. - Co robimy?

- W łeb go, aby nie kwiczał i na górę z nim. Jakby się ktoś pytał, wypił za dużo i odprowadzacie go do pokoju. Szyfr schowaj do kieszeni i nie waż się go zgubić.

            Mógł sam wziąć szyfr, ale na razie nie chciał tego robić. Jak zna życie, zjadą tu ludzie Manfelda, a może nawet i on sam. I na pewno padnie pytanie, kto szyfr u Wirtha znalazł i kto go zabezpieczył. Lepiej, aby to był ktoś inny niż on i z tą myślą udał się w ślad za postępującą z przodu dwójką, z bezwładnym ciałem pośrodku. 

            W korytarzu już się nie bawili. Wyciągnęli klucz z kieszeni Wirtha, otworzyli drzwi do pokoju i po prostu wrzucili go do środka.

- Co dalej, szefie?

- To wy jesteście specjalistami, chociaż ja na waszym miejscu najpierw bym go związał i zakneblował. A potem dokładnie przeszukał jego pokój.

            Trwało to blisko pół godziny i Henryk już zaczął się niecierpliwić, gdy wreszcie Rosenberg raczył zauważyć poluzowaną podstawę nocnej lampki.

- Czy te śrubki powinny być tak luźne?

- Czy ja wiem? Odkręć i sprawdź - Waltz wciąż jeszcze przeszukiwał łazienkę. Po chwili przerwał jednak tę czynność, zwabiony do pokoju podnieconym głosem Rosenberga.

- Jest! Jest!

- Co? - spytali prawie jednocześnie.

- Jakiś papier - Rosenberg rozwijał kartkę, na której równo prezentowały się litery alfabetu i przyporządkowane im cyfry.

- Wiec mamy tu szpiega… - głos Waltza stał się nagle tak lodowaty, jak zima pod Stalingradem. - Dla kogo pracujesz, ty świnio? - potężne kopniecie w bok wywołało żałosny jęk Wirtha. 

- Zostaw! - Henryk starał się powściągać emocje. - Przecież jest zakneblowany, więc ci nie odpowie. Lepiej postarajmy się odczytać to, co wsunięto mu do kieszeni. 

- Ale jak? - Rosenberg wciąż jeszcze oglądał znalezioną kartkę.

- Jak? Komisyjnie! Żeby potem się z nas nie śmiali, jak coś spieprzymy. Co trzy głowy to nie jedna - Henryk wciągał ich w tę grę, wycofując się na drugi plan. Niech wspólnie to odczytają. Niech potem nikt nie wątpi, co to za ptaszek wpadł im w ręce.

            Podkładanie kolumn cyfr pod tabelę szyfrową oraz odczytywanie tekstu zajęło im blisko godzinę i choć Henryk znał od Orawy przybliżoną treść przechwyconego u Wirtha materiału, nie poganiał obu kompanów. Wysłuchiwał odczytywane przez Rosenberga cyfry, z tabeli odczytywał litery i dyktował je Waltzowi. Aż w końcu wyszedł im tekst, który poraził obu jego aniołów stróżów.

 

            „05.07.1946. „Wlad”” do „Alexa”. Pilne!

1.     Dokładnie określić możliwości bezpośredniego dotarcia do Martina Bormanna. Dążyć do ustalenia jego kryjówek /miejsc pobytu/ i używanych w Argentynie tożsamości.

2.     Wyjaśnić charakter powiązań pomiędzy Fritzem Mandlem a Bormannem oraz środowiskami zbiegłych tu hitlerowców.

3.     Ustalić możliwości fabryk Mandla w zakresie ewentualnej produkcji broni dla w/wym. Dążyć do ustalenia rodzaju i ilości tej broni.

4.     Kompleksowo rozpracować doktora Heinricha Reschke. Zdobyć jego zaufanie celem podjęcia działań specjalnych w stosunku do osoby wymienionego.

Termin wykonania - do końca miesiąca.

W przypadku wcześniejszego ustalenia danych dotyczących punktu 1 - kryjówki, tożsamości - wywołać spotkanie w trybie alarmowym.

                                                                                                      „Wlad”.

 

            - No, panie Wirth! - po kilku sekundach milczenia Waltz pierwszy zabrał głos. - Będziemy sobie musieli wiele wyjaśnić.

- Spokojnie - Henryk studził sytuację. - Mamy czas. A tak naprawdę, to myślę, że najpierw powinniśmy powiadomić Manfelda. To zbyt poważna sprawa, abyśmy mogli sami decydować.

- Jawohl, szefie - Waltz mało nie stanął na baczność. - Zaraz idę zadzwonić, ale to trochę potrwa.

- Dlaczego?

- Standartenführer by się wściekł, gdybym zrobił to z tego hotelu, a poczta jest już zamknięta. Dla bezpieczeństwa będę więc musiał zadzwonić z dworca kolejowego.

- W porządku. Bierz samochód i jedź. A my tu obaj przypilnujemy ptaszka.

 

08.07. 1946, wieczór - Argentyna, Buenos Aires, hotel „Cristal Palace”.

 

            - No, to wiemy już wszystko - Manfeld z wyraźną ulgą przysiadł się do ich stolika.

- Szybko poszło - z udaną obojętnością Henryk upił drinka. - Powiedział coś ciekawego ? 

- Nie tutaj, doktorze! - Manfeld znacząco rozejrzał się dookoła. - Niech pan dopije resztę i przejdziemy się trochę Tam, na ulicy, nikt nas nie podsłucha.

            Płaszcz, który Henryk niedbale zarzucił na ramiona, już po chwili przestał chronić go przed chłodem. - Nic dziwnego - pomyślał. Niby to Argentyna, Buenos Aires, ale tu też jest zima. Nie taka sroga jak u nas, bo o tej porze roku potrafi być tu średnio nawet 10 stopni na plusie, ale jednak. Wcisnął więc głębiej kapelusz na głowę, założył płaszcz tak jak jego towarzysze i znacząco spojrzał na Manfelda.

- Więc śpiewał?

- Jeszcze jak! Zabraliśmy go do letniego domu jednego z naszych miejscowych towarzyszy. Blisko morza. Stoi tam trochę takich, a o tej porze roku wszystkie są puste.

- Czyli spokój i cisza?

- Cisza była do chwili, gdy odpaliliśmy palnik acetylenowy i przejechaliśmy mu ogniem po podeszwach stóp.

- Pomogło?

- Jak cholera. Na początku usiłował zgrywać twardziela. Wmawiał nam, że to wszystko jest prowokacją jakiegoś zdrajcy spośród nas. Ale gdy tylko płomień odciął mu duży palec u stopy, zaczął śpiewać jak w operze.

- I co powiedział? - Rosenberg nie mógł opanować ciekawości.

- Był sowieckim agentem i to już od roku 1935 - go. Miał skłonności homoseksualne, a Sowieci z ukrycia zrobili mu prawdziwą sesję fotograficzną. Po ujawnieniu czegoś takiego, wylądował by u nas w obozie koncentracyjnym z różowym trójkątem cwela na pasiaku. Poszedł więc na współpracę i niestety pracował bardzo wydajnie. Jego obecność tutaj, to też sprężyna sowieckiego wywiadu, a z przechwyconej przez was kartki jasno wynika, że już zdążył narobić wiele szkód.

- Wiedział już coś o naszym programie?

- Na szczęście powierzchownie. Ale dowiedział się o Bormannie, Mandlu i o panu. Z tym, że co do reichsleitera, z początku zaprzeczał. Tak samo jak w sprawie pseudonimów „Wlad” i „Alex”.

- „Aleks” to oczywiście on. To przecież jasno wynika z tego, co przechwyciliśmy - Waltz wtrącił swoje trzy grosze.

- Niby tak, ale na początku zaprzeczał. I dopiero gdy porządnie potraktowaliśmy go palnikiem, zmienił zdanie. 

- Nie przywiązywał bym się zbytnio do informacji wydobywanych w ten sposób - Henryk postanowił zachwiać ich pewnością siebie. - Ofiary torturowane przez Świętą Inkwizycję też przyznawały się do wielu rzeczy. Nawet do spółkowania z diabłem. A na przykład tacy templariusze? Niejeden pod wpływem tortur wyznał, że czcili bożka zwanego Bahometem, a przy obrzędzie przyjmowania do zakonu pluli na krzyż i oddawali się czynom homoseksualnym.

- A zna pan jakieś inne rozwiązanie? - Manfeld wyglądał na lekko urażonego. - To niby co by pan zrobił?

- Ja? Nie wiem. Nie jestem specjalistą od takich spraw. Ale niewątpliwie zaczął bym od psychologii.

- Czyli jak?

- Normalnie. Poczęstował bym go historyjką, że może zmazać swoje winy. Że żywy, cały i zdrowy oraz pracujący przeciwko swoim dotychczasowym mocodawcom będzie dla nas bardziej cenny, niż jako zakrwawione i zmasakrowane zwłoki. Oczywiście z zastrzeżeniem, że powie wszystko.

- Mógłby ukryć pewne sprawy.

- Tak. Ale byłby trzymany na krótkiej smyczy. Na przykład w postaci taśmy filmowej z jego szczegółowymi zeznaniami. Sfilmował bym go podczas zeznań, a potem jeszcze mu to odtworzył. Wtedy jeden jego podejrzany ruch czy jakaś informacja, którą powinien znać, a którą zataił, spowodowała by, że taśma znalazła by się u sowietów, a on sam wystawiony by im został na odstrzał. Jak myślicie? Zaryzykował by wtedy zdradę?

- Raczej nie powinien - Manfeld tym razem z zainteresowaniem przyjrzał się Henrykowi, widząc jednocześnie pełne podziwu spojrzenia Rosenberga i Waltza. - Pan, doktorze, chyba pomylił profesje. Byłby pan doskonałym śledczym.

- Nie sądzę. W ogóle mnie to nie interesuje.

- A szkoda. Już reichsleiter Bormann wypowiadał się o panu w samych superlatywach. Jak widzę, nie na darmo.

- Żarty, standartenführer - Henryk udał sceptyka. - Już to widzę… Proszę lepiej powiedzieć, co dalej. Zdradził jakieś swoje kontakty?

- Oczywiście. Jest taki jeden, który spotkał się już z nim w Cordobie, a teraz ma być w Buenos. Wiemy jak wygląda i wiemy, jak wywołać z nim spotkanie. Niestety do spotkania potrzebny byłby Wirth. Łącznik znał go osobiście, a do spotkania miało dojść na ławce w parku. Bez niego, w ogóle tam nie podejdzie.

- Czyli dupa, standartenführer. Kontakt się urywa.

- Owszem, ale w dalszą grę nie było już po co się bawić. Najważniejsze, że wyrwaliśmy chwasta.

- A ten cały Wirth?

- Wirth? To już przeszłość. Kiedy już powiedział co trzeba, wywieźliśmy go łodzią kilkaset metrów od brzegu i w pizdu za burtę. Oczywiście, z przywiązanym  do nóg odpowiednim ciężarem.

- Żywego?

- A co pan myślał, doktorze? Że będziemy się litowali nad zdrajcą? Co prawda zesrał się ze strachu i zanieczyścił nam pokład, ale takie coś wliczamy w koszty własne. Teraz opieprzają go ryby albo jakieś inne kraby, kilkanaście metrów pod powierzchnią wody.

- No to sprawę mamy z głowy.

- Nie całkiem, doktorze. Pozostaje jeszcze pan.

- Co ja? - nagły dreszcz niepokoju przebiegł Henrykowi po plecach.

- Jak to co? Zarówno z przechwyconych zadań jak i z zeznań Wirtha wynika, że to pan na chwilę obecną jest ich priorytetowym celem. Poszukują pana już od stycznia ubiegłego roku. A teraz wiedzą, gdzie pan jest!

- To pewne?

- Jak najbardziej. Trzeba się więc będzie zastanowić nad powiększeniem pańskiej ochrony.

- Co? Nie ufa pan Waltzowi i Rosenbergowi? Opiekują się mną jak jakimś dzieckiem!

- Wiem i dziękuję im za to. Dobra robota, chłopaki! - Manfeld odwrócił się do nich i uśmiechnął półgębkiem. - Niemniej jednak sytuacja jest poważna. Nie rozstrzygniemy jej jeszcze dzisiaj, ale myślę, że po kontakcie z reichsleiterem podejmiemy odpowiednie decyzje. A teraz może już wrócimy do tej waszej restauracji? Zimno się robi, więc warto jeszcze czegoś się napić. Rozgrzać się nieco i oblać sukces!

 

Komentarze