Przejdź do głównej zawartości

ATOMOWY POKER 215

 

11.07.1946, południe - Argentyna, Buenos Aires, fabryka Fritza Mandla. 


            - Więc mówisz, że śledzą mnie ruscy? - Henryk był wyraźnie wstrząśnięty. Do dzisiaj bowiem często wspominał indywidualną akcję Rogozina, dotykając ręką szramy na głowie. - A co będzie, jeżeli zorganizują nową akcję i to w kilku?

- To już jest zorganizowana akcja. Dziś rano jechali za tobą od hotelu. Jeszcze dwie czy trzy obserwacje i zaatakują.

- A my?

- Nie możemy do tego dopuścić. Jeszcze wieczorem wraz z Brownem i McFarlandem omówimy szczegóły planu, jak wyciągnąć cię z tego gówna. Jutro dowiesz się wszystkiego. A propos… Masz przy sobie jakąś broń ?

- Jasne! - Henryk uchylił połę marynarki ukazując rękojeść potężnego pistoletu. - Dostałem go od Waltza, na samym początku naszej znajomości.

- To go dzisiaj jeszcze sprawdź. Przeczyść, pociągnij jakąś oliwką. Bo jakby co, musisz być gotowy na wszystko – Orawa niczego nie chciał pozostawić przypadkowi.

- Nie przesadzasz?

- Ani trochę. No, ale głowa do góry! Jak to mówią, nigdy nie jest tak do dupy, aby nie mogło być bardziej do dupy!

 

11.07.1946, wieczór - Argentyna, Buenos Aires, zaplecze sali widowiskowej „Tango Argentino”.


            - Czyli co? - Jeromin rozłożył na stole plan miasta i staranie wyrysował trasę. - Poruszają się tylko tą drogą?

- Tak jest, towarzyszu majorze. Hotel fabryka i fabryka hotel. Przynajmniej od wczorajszego popołudnia.

- Acha. A ta fabryka…  W sobotę też pracuje?

- Ustaliliśmy, że tak. Tylko trochę krócej, bo sześć godzin. Od 08.00 do 14.00.

- Tak… - Jeromin jeszcze raz obejrzał plan i przez chwilę się nad czymś zamyślił. - Więc mówicie, że w hotelu praktycznie nie mamy szans ?

- Tak jest. W pokoju mieszka sam, ale w obu sąsiadujących ma po dwóch ludzi z obstawy. W barze dobrze widać, jak każdemu z nich odstaje marynarka pod lewą pachą. Widać, że jakby co, będą strzelać bez ostrzeżenia.

- Jednym słowem, zostaje tylko trasa dojazdowa?

- Tak jest!

- Nie stukajcie mi tu kopytami, tylko myślcie! – Jeromin rozejrzał się po swojej piątce. - Gdzie najlepiej zorganizować zasadzkę?

- Może tutaj? - jeden z nich pokazał palcem na planie. - Tylko jedno skrzyżowanie i prosta. Z jednej strony park, z drugiej wysoki mur jakichś zakładów. Ludzi mało, więc ryzyko niewielkie.

- W porządku. Jutro jeszcze raz przeprowadzimy obserwację z rana i po południu. W międzyczasie, koło południa zrobimy rekonesans tego miejsca. Jeżeli uznam, że pasuje, to w sobotę nie jecie śniadania.

- Jak to? - zdziwił się jeden z nich, lecz natychmiast umilkł pod kpiącymi spojrzeniami pozostałych.

- A co? Chciałbyś dostać kulkę w brzuch przy pełnym żołądku lub pełnych kiszkach? - zripostował Jeromin i towarzystwo zaniosło się od śmiechu.

 

            12.07.1946, południe - Argentyna, Buenos Aires, fabryka Fritza Mandla.


            - Słuchaj uważnie - pochylający się nad kolejną paczką łożysk Orawa przyciszył głos. - Ewakuacja nastąpi jutro.

- Gdzie, kiedy i w jaki sposób?

- Wieczorem, w hotelu. Wyciągniesz tych swoich ludzi do baru i trochę popijecie.

- Znowu?

- Niestety. To konieczne. Postaraj się też, aby właściciel choć na chwilę przysiadł się do waszego stolika.

- To akurat jest proste. Wieczorami urzęduje przy półkach z alkoholem. Wystarczy, że skinę na niego i sam przyfrunie. 

- To dobrze. Słuchaj więc dalej. Kiedy towarzystwo będzie już rozochocone, ale jeszcze nie dopite, powiesz, ze chce ci się spać i pójdziesz do swojego pokoju.

- Nie ma sprawy. Co dalej?

- Oni oczywiście pójdą za tobą i trafią do swoich pokoi.

- Oczywiście.

- To teraz część najważniejsza. Kilka minut później do drzwi obu pokoi, w których przebywa twoja obstawa, zapuka kelner. To będzie człowiek z naszej grupy, ale ubrany w strój hotelowy. Na srebrnej tacy przyniesie dwie butelki dobrego wina. Każdej dwójce wręczy po butelce. Poinformuje ich, że to prezent od właściciela hotelu dla wyjątkowych gości. Zakładamy, że zaraz zaczną to pić.

- A to wino…

- Tak. Będzie tam silny środek nasenny. Nasz człowiek wejdzie od tyłu hotelu, tak, aby z recepcji nikt go nie zauważył. Są tam drzwi prowadzące z korytarzyka od kotłowni do magazynu z węglem. Palacz niby je zamyka, ale zamek jest tak prosty, że nasz człowiek otwiera go w cztery sekundy. Tamtędy też opuści hotel.

- A ja?

- Ty masz czekać. Godzinę później ktoś wsunie kawałek kartki papieru pod twoje drzwi. Otworzysz je. Będzie tam McFarland z dwoma ludźmi. Poprzewracają trochę pościel w twoim łóżku, z małej fiolki rozleją i rozmażą trochę krwi na podłodze, pozostawią tampon nasączony chloroformem, a pod łóżko wrzucą nabój od TT - ki.

- Czyli wyjdzie na to, że mnie porwano. Zrobili to ruscy, a ja stawiałem opór. Bo czy krew była moja, czy też napastników, na jedno będzie wychodziło.

- Słusznie. Hotel opuścicie od zaplecza, drzwiami przy kotłowni.

- A jeżeli po drodze ktoś się napatoczy?

- Trudno. Nasi ludzie nie będą się cackać. Dostanie w łeb gumową pałką. Nic poważnego mu się nie stanie, ale obudzi się najwcześniej po kwadransie, a guza będzie nosić cały tydzień. Ewakuujemy cię do naszego lokalu konspiracyjnego. W ciągu tygodnia przylecą ze Stanów odpowiednie papiery i ostatecznie stąd wyjedziesz. Dokąd tylko będziesz chciał.

- Ze Stanów? A amerykańska ambasada od razu i na miejscu nie może mi czegoś wystawić?

- Ambasada musi pozostać poza wszelkim podejrzeniem.

- Rozumiem. Ale, jeszcze coś mi teraz przyszło do głowy. Przypadkiem nie rozważaliście możliwości, aby na tych ruskich napuścić policję lub miejscowe służby bezpieczeństwa? Jakiś donos czy anonim? Manfeld kiedyś wspomniał, że te służby były szkolone przez Niemców. Podobno są dość sprawne.

- Myśleliśmy i o tym, ale Brown tę możliwość odrzucił. Coś takiego pobudziłoby ich do działania i to na długie tygodnie, albo nawet i miesiące. Diabli też wiedzą, co powiedzieliby Argentyńczykom ci, których by schwytano. A nam zależy, aby była tu cisza i spokój. Ty znikniesz, oni stracą cel i kiedyś w końcu wyjadą. Nic się nie zdarzy.

- Ok. Spotkamy się jeszcze jutro?

- Myślę, że tak. Ale późnym wieczorem, już po twojej ewakuacji. Otworzymy wtedy butelkę najlepszego Burbona.

 

            12.07.1946, wieczór - Argentyna, Buenos Aires, zaplecze sali widowiskowej „Tango Argentino”.


            - Powtórzę więc jeszcze raz - pochylony nad zasłaniającym połowę stołu szkicem, Jeromin rozejrzał się dookoła. Wołkow i Fiedosiejew przepuszczają Forda i wyjeżdżając z bocznej ulicy zajeżdżają drogę zielonemu Buickowi. Nawet jak dojdzie do zderzenia, wam nic nie powinno się stać, bo obaj będziecie siedzieć po prawej stronie wozu. Fiedosiejew za kierownicą, Wołkow z tyłu. Po zatrzymaniu wyskakujecie z samochodu, wyciągacie pistolety i załatwiacie tych dwóch Niemców, którzy wyjdą z zatrzymującego się z przodu czarnego Forda. Nie powinno być to trudne, bo przecież będziecie za ich plecami. Griszyn i Diaczenko dokładnie w tym samym czasie schodzą z przeciwległych chodników i podbiegają do Buicka. Griszyn z lewej, a Diaczenko z prawej. Diaczenko od razu strzela do faceta na tylnym siedzeniu, a potem do kierowcy.

- A dlaczego najpierw do tego na tylnym siedzeniu?

- Głupie pytanie. Ten z przodu być może będzie jeszcze kręcił kierownicą, usiłując wydostać się z pułapki. Ręce będzie miał zajęte, więc nie sięgnie po broń. A jak już sięgnie, to w ograniczonej kierownicą przestrzeni, zrobi to wolniej niż ten z tyłu. Jest więc czas, aby spokojnie załatwić ich obu. Cały czas pamiętajcie przy tym o jednym. Blondyn ma pozostać nietknięty.

- A jeżeli i on sięgnie po jakąś broń? - Griszyn usiłował rozwiać ostatnie wątpliwości.

- Nie będzie miał większych szans. Przecież od razu sterroryzujesz go pistoletem, a w tym czasie Diaczenko obiegnie Buicka od tyłu.

- Nie od przodu?

- Coś ty głupi, czy jak? Przód Buicka może być wbity w lewy bok naszego samochodu. Trzeba go więc obiec od tyłu. We dwóch wyciągacie gościa i walicie go w łeb jedną z gumowych pałek, które będziecie mieli przy sobie. Jednocześnie ja, wraz z Gusiewem podjeżdżamy do was od tyłu. Wrzucacie faceta na tylne siedzenie i siadacie po jego bokach, tak, aby był pomiędzy wami. Potem już bezpośrednio wyrywamy tutaj. W przypadku rozdzielenia się grupy, czekamy dwie godziny. Gdyby kogokolwiek brakowało, po tym czasie przemieszczamy się do punktu rezerwowego. Mam jednak nadzieję, że nie będzie to potrzebne. Co do Fiedosiejewa i Wołkowa, działają oni w zależności od sytuacji. Jeżeli ich samochód nie będzie uszkodzony, wsiadają do środka i jadą za nami. Jeżeli natomiast nie da się nim jechać, lub uszkodzenia zbytnio rzucały by się w oczy, kierują się do Forda stojącego z przodu. Nie wierzę, aby te dwa Szkopy, które na widok kolizji wyskoczą z niego, zabrali kluczyki ze stacyjki. Może nawet nie wyłączą silnika.

- A jeżeli naprawdę zabiorą? Mamy wtedy przetrząsać kieszenie trupom na ulicy?

- Nie. To zbyt duże ryzyko. Spieprzacie wtedy przez park i spokojnie wychodzicie po jego drugiej stronie. Alejki wysadzane są tujami, więc gówno was będzie widać. Z kolei o tej porze, nikt jeszcze po parku się nie szwenda, więc nie powinno być problemów.

- Więc dlatego zrobimy to rano?

- Jak najbardziej. Kiedy mija ósma, dorośli są już w pracy, dzieci w szkołach, a emeryci właśnie jedzą śniadanie. Reschke zaś przyjeżdża po ósmej, jak jakiś prawdziwy dyrektor, któremu nigdy się nie spieszy. W tej sytuacji, zarówno ulica jak i on, będą nasze.

- A jak ktoś będzie ranny?

- Jeżeli lekko, to wskakuje do mojego samochodu w miejsce Diaczenki. Jeżeli takich przypadków byłoby więcej, drugi ranny też wskakuje do mojego samochodu, w miejsce Griszyna. Oni zaś dołączają do Fiedosiejewa.

- A jeżeli ktoś będzie ciężko?

- Jeżeli będzie go można bezpiecznie ewakuować, to oczywiście to zrobimy. Jeżeli jednak nie, to wtedy… - Jeromin już nie dokończył. Nie pierwszy rok służyli w sowieckich organach bezpieczeństwa, brali udział w różnych działaniach zarówno w kraju jak i za granicą i dokładnie wiedzieli, co wtedy się stanie. Nikt nie może wpaść żywy w ręce wroga, bo nie wiadomo jak by się wtedy zachował i co powiedział. Jeżeli więc zajdzie taka sytuacja, Jeromin będzie musiał wykonać rozkaz. Rozkaz, który ciężko rannego skazywał na natychmiastową śmierć z ręki najbliższego towarzysza.

 

            12.07.1946, wieczór - Argentyna, Buenos Aires, lokal konspiracyjny Wywiadu Armii USA.  

 

            - Można, panie generale? - McFarland zajrzał do pokoju Browna.

- Proszę. O co chodzi?

- Może jestem przewrażliwiony, ale jeszcze po południu tak się zastanawialiśmy z Orawą…

- No i co tam wymyśliliście?

- Chyba wiemy, gdzie może nastąpić ewentualny atak.

- Tak?

- Ci ruscy, których śledzimy, pojechali w południe do tego parku. Tak, jakby robili rozpoznanie terenu. O, tu - pokazał palcem na trzymany w ręku plan miasta. - A właśnie koło tego parku przejeżdża „Janus”, jadąc z hotelu do fabryki i z powrotem. Jutro też tak pewno będzie.

- To nie jeździ różnymi trasami?

- Przyjeżdża tu przecież na krótko. Od kilku dni do maksymalnie tygodnia. Oprócz indywidualnych i desperackich akcji Rogozina, nikt mu tu jeszcze nie zagrażał, więc…

- Więc myślicie, że ewentualny atak nastąpi przy parku?

- Tak jest! Z jednaj strony jest wysoki mur magazynów zakładów mięsnych, z drugiej stary park, o tej porze roku rzadko odwiedzany. Na początku tego odcinka jest skrzyżowanie, gdzie auta skręcają w lewo. Prędkość tam spada do około 15 mil na godzinę. Czterdzieści yardów  dalej jest jeszcze uliczka z prawej strony.

- To tam, gdzie zmieniają się nasze samochody?

- Tak. I wcale bym się nie zdziwił, gdyby właśnie z tej uliczki nastąpił atak.

- Dobrze. Od jutra rana trzeci samochód w pogotowiu obok parku. Załogi po dwóch ludzi. I w każdym aucie pistolet maszynowy Thompsona.

- Tak jest! Jednakże proponował bym jeszcze dwóch ludzi do parku. Na mur nikt się nie będzie wdrapywał, ale przez park… 

- W porządku, majorze. Weźmiecie w ten sposób praktycznie wszystkich moich ludzi, ale to będzie już ostatni dzień. I mam nadzieję, że naprawdę jesteście tylko przewrażliwieni. A wieczorem…

- Tak jest. „Janus” zniknie i problem sam się rozwiąże.

- No! To do roboty. Zaplanować rozstawienie ludzi i aut, określić zadania i warianty działań. Kiedy już to zatwierdzę, każdego szczegółowo zapoznać. Sprawdzić sprzęt i wyposażenie. Gotowość do działań jutro, godzina 07.00.

 

Komentarze