13.07.1946, godz. 12.00 - Argentyna, San Carlos de Bariloche, siedziba Martina Bormanna.
- Słyszał pan co się dzieje? - siedzący przy biurku i słuchający południowych wiadomości z ustawionego obok odbiornika Bormann, tknięty złym przeczuciem nagle aż się wyprostował.
- A o co chodzi? - przebywający akurat w sąsiednim pokoju Manfeld, zaniepokojony zajrzał do reichsleitera. - Mam nadzieję, że nic złego?
- Też mam taką nadzieję. Bo przed chwilą podali w radiu, że dziś rano w Buenos doszło do potężnej strzelaniny. Na ulicy pozostało dziesięć trupów i pięć postrzelanych samochodów. To prawie jak w Chicago, za czasów Ala Capone.
- O cholera! A nasz doktor właśnie powinien tam być. Miał dopilnować i sprawdzić dostawy łożysk z Ameryki. Do tych wirówek, które mają wzbogacać nam uran.
- No to na co czekasz? - w jednej chwili Bormann wręcz eksplodował. - Dzwoń do niego natychmiast i ustalaj co z nim. Bo jeżeli coś mu się stało, to…
Nie dokończył, bo Manfeld już frunął do znajdującego się dalej telefonu i po chwili Bormann usłyszał, jak ten nerwowo wykręca stosowny numer. W oczywisty sposób nie uzyskał pozytywnych wiadomości, bowiem po chwili wykręcił następny, aby również nie dowiedzieć się niczego konkretnego, a trzeci niestety milczał jak zaklęty.
- Nic, reichsleiter. Dzwoniłem do hotelu, ale tam go nie ma. Recepcja twierdzi, że po śniadaniu wyjechał do miasta. W fabryce Mandla dziś go nie było. Dzwoniłem też do tej firmy „Morano”, która dostarcza nam łożyska. Nikt nie odbiera telefonu.
- Jasna dupa! Będziesz musiał tam jechać! Natychmiast!
- Moment, reichsleiter! Wykonam jeszcze jeden telefon. Do tego naszego dziennikarza, który pracuje w Buenos jako fotoreporter. Co prawda jego gazeta to zwykły brukowiec, ale tacy czasem najwięcej wiedzą.
Czas jaki upłynął od tego telefonu do chwili uzyskania jakichkolwiek informacji, był chyba najdłuższym okresem w życiu obydwóch. W redakcji co prawda potwierdzono, że Kurt Vegemann jest na miejscu, ale okazało się, iż siedzi w ciemni wywołując zdjęcia i do telefonu podejdzie najwcześniej za godzinę.
- A nie da się tego skrócić? To ważna sprawa.
- Tu są ważniejsze niż pańskie - usłyszał w odpowiedzi. - Mamy taki materiał, jakiego nie mieliśmy od dobrych paru lat. Ale skoro tak panu zależy, to proszę podać swój numer. Wyjdzie z ciemni to oddzwoni.
- Nie… Proszę się nie fatygować - Manfelda aż zżerała ciekawość, ale przecież nie mógł ot, tak sobie, podać telefonu do siedziby Bormanna. - Proszę tylko przekazać, że w takim razie zadzwonię dokładnie za półtorej godziny.
- Kurt? – przed godziną 14.00 Manfeld wykonał telefon, który pogłębił jego najczarniejsze przeczucia.
- Tak, to ja. A o co chodzi tym razem?
- Byłeś tam na miejscu? Tam, gdzie była ta strzelanina?
- A miałbym nie być? Przecież to najlepszy materiał od paru ładnych lat. Byłem tam chyba pierwszy i zrobiłem prawie setkę zdjęć, zanim policja nas przegoniła i zamknęła cały pobliski teren.
- Czyli masz zdjęcia samochodów? Takie, żeby było widać ich numery rejestracyjne?
- Jasne. I jakby co, trupów także, chociaż z oczywistych wzgledów nie będę ich mógł opublikować.
- Dobra. To teraz słuchaj uważnie. Masz już te zdjęcia?
- Jak najbardziej. Wywołane, utrwalone i wysuszone. Jeden komplet mam nawet przy sobie.
- Świetnie. To słuchaj dalej. Podyktujesz mi teraz numery rejestracyjne samochodów, które pozostały na miejscu zdarzenia.
- Nie ma sprawy. Już je wyciągam - Manfeld usłyszał w słuchawce szelest jakby przesuwanych kartek, a po chwili jeszcze jedno. - Jeżeli masz tam czym pisać, to już mogę je podać.
- Mam. Dawaj!
Dwa pierwsze numery były nieznane, ale trzeci zmroził mu krew w żyłach. To było auto Lipmanna i Graua! Czwarty również był nieznany, za to piąty… Przecież to było auto doktora, Waltza i Rosenberga!
- Zaraz… Jeszcze jedno! Ten piąty… Co to za marka i kolor?
- Ten ostatni? - Manfeld usłyszał w telefonie jakby powtórne przesuwanie kartek i po chwili spełnił się jego najstraszliwszy sen. - To amerykański zielony Buick. Prawdziwy krążownik szos.
- A ludzie? Byli jacyś wewnątrz?
- Samochód był pusty, tak jak i pozostałe. Przynajmniej ja to tak widziałem. No, chyba, że ktoś gdzieś leżał z tyłu, za siedzeniami. Wtedy mógłbym nie zauważyć.
- Dobra. To teraz słuchaj. Zrobisz jeszcze jeden komplet zdjęć. Dla mnie. Przyjdzie po nie ktoś, kto powie, że jest od Otta. Prawdopodobnie dziś wieczorem. Jasne?
- Tak jest!
- I co? - siedzący z opróżnioną już w dwóch trzecich butelką Bormann prawie skoczył na Manfelda.
- Niestety, reichsleiter. Dwa z tych samochodów to nasza własność. Doktora Reschke i jego obstawy.
- Kurwa mać!!! - Bormannowi aż zatrzęsły się ręce. Nalał sobie pół szklanki i wypił jednym haustem, oblewając się przy okazji w okolicach podbródka. - I co teraz, Manfeld? A miało być tak dobrze… Tak bezpiecznie!
- Daliśmy mu do ochrony aż czterech ludzi, reichsleiter. Najlepszych z najlepszych. I zupełnie nie rozumiem, co tam się mogło stać. Nie wiemy też, co z doktorem i jego ludźmi.
- A da się to jakoś ustalić?
- Wieczorem mamy mieć komplet zdjęć wykonanych przez Kurta. Ale zanim nasz człowiek dostarczy je do nas, minie jeszcze doba.
- A nie można szybciej?
- Chyba, że samolotem. Ale ten jest tylko na specjalne okazje i tylko do pana dyspozycji. A w dodatku…
- Dobrze. Udzielam zgody na wykorzystanie samolotu. Co jeszcze?
- Nie wiemy, na ile dokładnie Kurt wykonał swoje zdjęcia i co na nich jest. Czasem na takich reporterskich fotkach trudno zidentyfikować ciała.
- Więc?
- Użyjmy naszego fotoreportera do jeszcze jednej akcji. Niech wejdzie do prosektorium i wykona dokładne zdjęcia twarzy każdego umarlaka z tej strzelaniny.
- A jak to sobie pan niby wyobraża? Myśli pan, że ktoś go tam wpuści?
- Herr reichsleiter… Czasami najlepszym agentem jest zwykła sprzątaczka lub nocny stróż. Pierwsza ma klucze do wszystkich pomieszczeń i do pełnej zawartości koszy na śmieci. A ten drugi też ma klucze i w nocy niejedno może zdziałać. A teraz pozwoli pan, że go opuszczę… Muszę nagrać sprawę przejęcia tych zdjęć.
13/14.07.1946, godzina 23.45 - Argentyna, Buenos Aires, prosektorium szpitala pod wezwaniem Świętego Ducha, podległe Departamentowi Policji.
- Więc jak? Da się to zrobić? - tajemniczy osobnik, który tuż przed 22.00 dotarł do Kurta Vegemanna, powołał się na herr Otta i odebrał jego zdjęcia, postawił mu propozycję niemal nie do odrzucenia.
- W zasadzie… Ale to nie jest takie proste. Wie pan, jak to jest - prawą dłonią pokazał gest liczenia banknotów.
- Oczywiście. To ile pan chce?
- Ja niewiele. Tylko pokrycie kosztów. Moja robota, mój czas, moje prywatne chemikalia, moje materiały fotograficzne, bo przecież nie pójdziemy z tymi zdjęciami do mojej redakcji. Ale nocny stróż…
- Dobra. Ile?
-Nie wiem. Ale to dla niego ryzykowna sprawa. Jak znam życie, weźmie nawet po dwie dychy od łebka. Razem, to będzie co najmniej dwieście dolców.
- Drogo… Bo przecież praktycznie niczym nie ryzykuje. Zaraz rozpoczyna się niedziela, szpital nie ma nocnego dyżuru, a ewentualne sekcje zwłok będą robione dopiero w poniedziałek.
- Wiem, ale to nie jest takie proste. Znam co prawda dwóch z nich, ale to nigdy nic nie wiadomo. I możemy się tylko modlić, aby nie trafić na tego trzeciego, bo wtedy nic z tego nie będzie. Podobno straszliwy służbista.
Nie trafili. Nocny stróż, chociaż na początku mocno wystraszony i zdezorientowany, widząc znajomą twarz Kurta i spory zwitek zielonych banknotów, nie stawiał większych oporów. Wyjął klucze z biurka, rozejrzał się wokoło i konspiracyjnym szeptem wydusił z siebie to, co tak bardzo chcieli usłyszeć.
- Dobra. Tylko po cichu i dopóki nie powiem, nie palić mi żadnego światła.
- Ale przecież mamy lampę błyskową!
- Owszem. Ale tam gdzie leżą ciała jest chłodnia. To pomieszczenie bez okien. I tylko tam można zrobić te wasze zdjęcia.
Pięć minut później dozorca otworzył ostatnie drzwi i natychmiast owionął ich dojmujący chłód śmierci. Przez chwilę stali w całkowitej ciemności, aż wreszcie drzwi zostały zamknięte od środka i usłyszeli następne polecenie.
- Już można. Włącznik jest po prawej stronie, bezpośrednio przy framudze.
Nie czekali. Stojący najbliżej Kurt wyciągnął rękę, namacał włącznik i go przekręcił. Sporą salkę zalał potok światła z wiszących u sufitu pięciu lamp. W tym świetle zobaczyli kilkanaście metalowych, podłużnych wózków na kółkach, z których większość pod białymi prześcieradłami kryła ludzkie kształty.
- To ci z tej strzelaniny?
- Z tego co wiem, to tak.
- Co to znaczy, „z tego co wiem”?
- Dokładnie to co powiedziałem. Tak mi przekazano. Nie było mnie w robocie, kiedy ich tu przywieziono. Ja przyszedłem dopiero na noc. Ten, co był tu za dnia, powiedział mi tylko, że ci delikwenci - szerokim gestem omiótł całość pomieszczenia - w całości zostali umieszczeni właśnie tutaj. Podobno też pojawiło się tu po południu sześciu cywili w towarzystwie wysokiej rangi policjanta. No wiecie… Z jakichś tam tajnych służb, ale nawet nie raczyli się przedstawić. Kazali rozebrać nieboszczyków i dokładnie przeszukiwali ich ubrania, ale słyszałem, że nie znaleźli niczego interesującego, ani nawet nic, co pozwoliłoby ich zidentyfikować.
- Czyli leżą już nadzy?
- Proszę odsunąć pierwsze lepsze prześcieradło i sam się pan przekona.
- Dobra. Bierzmy się do roboty - tajemniczy wysłannik Manfelda nie lubił tracić czasu. - Ja zdejmuję prześcieradła, a pan - zwrócił się do Vegemanna - każdej facjacie robi po kilka fotek.
Nie trwało to zbyt długo. Po kolei odchylali białe całuny zakrywające twarze leżących i Kurt robił po trzy zdjęcia. Wzdrygnęli się nieco kilka razy, widząc okropne rany postrzałowe, ale fotografie trzeba było wykonać. W jednym tylko przypadku spotkała ich niespodzianka, gdy wykonujący zdjęcia Kurt pochylił się uważniej nad kolejnym z fotografowanych.
- Żyd!
- Jaki Żyd? O co chodzi?
- No, ten co tu leży. Proszę spojrzeć na jego profil. Typowo semicki nos i jeszcze te rysy twarzy… Mam oko na takie sprawy. Zresztą, możemy to zaraz sprawdzić - całkowicie ściągnął prześcieradło i uważnie obejrzał genitalia nieboszczyka. - Wiedziałem! - skomentował po chwili z tryumfem w głosie, widząc wyraźny brak napletka. - Moje oko się nie myli!
- To zrób mu pan jeszcze zdjęcie kutasa i jedziemy dalej. Zbyt długo to już trwa.
Dwadzieścia minut później pożegnali się z uczynnym stróżem, bogatszym po tej nocy o dwieście dolarów.
No dobra. To teraz do mnie do domu, wywołam ci te zdjęcia i wykonam odbitki. Za jakieś trzy godziny wszystko powinno być gotowe. No, co się tak oglądasz?
- Nie zdradzi? - towarzysz Kurta obejrzał się jeszcze raz.
- Nie ma mowy. Wpuścił po cichu obcych i nieuprawnionych ludzi, pozwolił wykonać nielegalne zdjęcia zwłok i jeszcze wziął za to dwieście zielonych. Jak myślisz? Co by mu zrobili, gdyby to wszystko wyszło na jaw? A tak przy okazji… Wyobrażasz sobie jaki to jest materiał - potrząsnął trzymaną w dłoni kasetą z naświetlonym filmem - aby przy okazji zmusić go do stałej współpracy?
Komentarze
Prześlij komentarz