13.07.1946, rano - Argentyna, Buenos Aires.
Czy to sprawiła wyjątkowo zimna noc, czy też akumulator już wcześniej był słaby, nie wiedział nikt.
W każdym razie wyruszyli z kilkunastominutowym opóźnieniem, zanim wreszcie kręcący korbą Gusiew zdołał uruchomić silnik. Jeromin zdusił więc w sobie niejasne obawy i wyniesioną jeszcze z dzieciństwa wiarę w zły znak. Trzy ulice dalej rozdzielili się i Gusiew skręcił w kierunku hotelu, zaś samochód z pozostałą czwórką pojechał w kierunku parku. - Czyli jednak zgodnie z planem - pomyślał Jeromin i dotychczasowe obawy ustąpiły nagłej, radosnej nadziei.
Dla majora McFarlanda miniona noc nie była spokojna. Sporo czasu minęło, zanim plan ochrony „Janusa” na ten ostatni, krytyczny dzień, zdołał wreszcie uzyskać aprobatę Browna. A i kiedy McFarland poszedł się położyć, sen nie nadchodził. Przewracał się więc po łóżku, aby o szóstej rano stwierdzić, że spał może cztery godziny. Mimo to, ranek przyniósł poprawę nastroju i czynności związane z planowanymi przedsięwzięciami pozwoliły zapomnieć o dręczących go wcześniej obawach.
Jak zwykle zjedli śniadanie w hotelowej restauracji i przeciągnąwszy się, Henryk spojrzał na zegarek. Siódma pięćdziesiąt siedem. Cholera! A może jednak darować sobie ten ostatni, planowany na dzisiaj pobyt? Łożyska przecież na miejscu, Orawy w fabryce też nie będzie, a sobota to już prawie jak niedziela. Chociaż… Nagła zmiana zamierzeń mogłaby wywołać czujność ochrony, a i po planowanej na wieczór akcji skierować podejrzenia w kierunku jego osoby. Niby nie miało by to już większego znaczenia, ale o pozory lepiej dbać i to do samego końca. Spojrzał więc jeszcze raz na zegarek, dopił kawę i skinął na Waltza.
- Kończymy tę kulinarną rozpustę - wskazał na talerzyki z delikatesami, którymi ich tu karmiono. - Idę jeszcze na górę, skorzystam z toalety, zmienię marynarkę i za dziesięć minut ruszamy.
- Jawohl! - Waltz natychmiast kiwnął głową w kierunku pozostałych towarzyszy. - Będziemy gotowi.
Podjechali jak i w poprzednie dwa dni, ustawiając się z boku budynku. Stamtąd widać było samochody wyjeżdżające z hotelowego parkingu i wreszcie Jerominowi wydawało się, że wszystko jest w porządku.
Nie było. Bo w następnej uliczce, nieopodal małej piekarni stał również inny samochód, z którego starszy sierżant Anderson wraz z sierżantem Barnettem natychmiast rozpoznali to auto.
- Melduj do jedynki. „Czerwoni” już są!
Żaden z nich nie wiedział, że auto Jeromina zaobserwował jeszcze ktoś trzeci. Czekający na Henryka w hotelowym holu Edwin Grau, nie na darmo miał dobre oko. Już w środę, kiedy to celem zapoznania się z trasą pojechali z fabryki do hotelu za zielonym Buickiem, zauważył dziwnie długo trzymającego się za nimi szarego Forda. Niby samochód jakich tu wiele, ale tamten zamiast niklowanej, miał malowaną na równie szary kolor atrapę. Grau uwielbiał samochody i na pamięć mógłby wymieniać szczegóły techniczne poszczególnych marek czy modeli. - Szara atrapa? Pewno miał jakąś stłuczkę - pomyślał wtedy i przestał zaprzątać tym sobie głowę. W następne dni nic już nie zakłócało jego postrzegania świata. Może dlatego, ze jeździł jako pierwszy? Dzisiaj pewnie też by tak było, gdyby szara atrapa nie pojawiła się znowu. Zaintrygowany Grau podszedł więc do bocznego okna i dyskretnie wyjrzał zza firanek. Samochód po przejeździe przed hotelem skręcił w lewo, zawrócił w bocznej uliczce i zastygł w oczekiwaniu. Na co? A może na kogo? W środku siedzieli dwaj mężczyźni i już na pierwszy rzut oka nie spodobali się Grauowi. - Zbyt nerwowi - pomyślał i gestem wezwał Rosenberga, schodzącego właśnie ze schodów.
- Widziałeś ich kiedy?
- Nie - Rosenberg odruchowo dotknął ukrytego pod marynarką pistoletu.
- Jakoś mi się nie podobają. Powiadom Waltza i Lipmanna. Ja tu poczekam i poobserwuję.
- Co oni tak długo siedzą ? – Jeromin spojrzał na zegarek i rozejrzał się nerwowo. – Może dziś jednak nie pojadą do tej fabryki?
- Na takie wczasy to chyba nie mogą sobie pozwolić - Gusiew powątpiewająco pokiwał głową. - Już by im góra dała popalić.
- Może tak, a może nie. Straciliśmy źródło informacji i tak naprawdę gówno wiemy. Działamy na oślep, a ten Reschke to jednak większa szyszka.
- Niby tak, ale co innego możemy zrobić? - Gusiew był nastawiony bardziej pragmatycznie. - Odstąpić przecież nie możemy i gdybyśmy chociaż nie spróbowali, w Moskwie pourywali by nam łby i to przy samej dupie.
- Nie możemy - Jeromin cicho westchnął i sam już nie wiedział czy z tego, iż siedzący za kierownicą towarzysz potwierdził jego poglądy, czy też może dlatego, że z parkingu wyjechał właśnie czarny Ford Niemców.
Nie wyjechali ot, tak sobie. W ciągu ostatnich pięciu minut sprawdzili pistolety, a z czarnego Forda do zielonego Buicka przenieśli jeden z dwóch posiadanych pistoletów maszynowych MP - 40. Przeładowali broń, Grau i Rosenberg usiedli za kierownicami, reszta oparła wskazujące palce o kabłąki spustów i tak ruszyli.
„Czerwoni ruszają” - widząc startujący za Niemcami samochód Rosjan, Anderson zameldował przez radiostację, uzyskał potwierdzenie i po chwili kierowany przez Barnetta samochód opuścił miejsce pod piekarnią.
- Co za kurewska pogoda! - kapral Liston tworzący parę wraz z sierżantem Backetem nie mógł się powstrzymać od wyrażenia swojego niezadowolenia. - Znowu nas wystawili na najgorszy odcinek. Tamci siedzą sobie w autach, a my, jak te palanty łazimy po tym pieprzonym parku w lewo i w prawo. Jeszcze trochę i ktoś nas weźmie za parę pedałów!
- Cicho! - Backet nie zamierzał podejmować dyskusji. - Popatrz lepiej na tych, tam…
- Gdzie? - Liston momentalnie stał się czujny.
- Tam, alejka przy chodniku. Słabo widać, bo zasłaniają tuje, ale ten facet w ogóle mi się nie podoba. A drugi przed chwilą stanął, chuj wie po co, przy tej uliczce, gdzie zmieniają się nasze samochody.
- Pokaż - Liston wychylił się zza krzaków.
- Ostrożnie, bo jeszcze cię zobaczy.
- Faktycznie, są. A dalej stoi już nasze auto z Grazianim i Douglasem.
- Cii… Coś się tam dzieje.
Granatowy Ford, który właśnie pokonał skrzyżowanie, praktycznie nie przyspieszył. Potoczył się tylko kawałek i od razu skręcił w prawo. W wąskiej uliczce prawie od razu się zatrzymał, wycofał ze skrętem w prawo na podjazd do pierwszej z brzegu posesji, skręcając w lewo kawałek ruszył do przodu i zastygł przy lewym krawężniku, przodem w kierunku, z którego nadjechał. Siedzący wewnątrz nie zwrócili uwagi na stojący pięćdziesiąt metrów za nimi samochód, który z tej odległości wydawał się pusty. Wydawał, bo zarówno siedzący w nim kierowca jaki i jego pasażer, zsunęli się z lekka z siedzeń, stając się praktycznie niewidoczni, za szybą, na którą właśnie spadły pierwsze krople deszczu.
- Zwolnij trochę - odbezpieczając swojego Colta Jeromin poprawił się na siedzeniu. - Zaraz będzie skrzyżowanie i skręcimy w lewo.
- Tak jest - Gusiew potwierdził polecenie i mimowolnie spojrzał na broń w ręku dowódcy. Colt wzór 1911, kaliber 11,43 milimetra! Wybrano im te pistolety jeszcze w Moskwie. Typowa na tym obszarze broń, typowa amunicja. Jakby co, nikt jej tu nie powiąże z mateczką Rosją. W dodatku ta siła obalająca… Gusiew nie miał wątpliwości, że jednym strzałem z dwudziestu pięciu metrów można z niego roztrzaskać czaszkę słonia!
Narastający odgłos silników kilku nadjeżdżających samochodów kazał Backetowi wyciągnąć i przeładować swojego Colta. To samo uczynił i Liston, po czym obaj zastygli w oczekiwaniu za grubym pniem starego kasztanowca.
Wyjeżdżający ze skrzyżowania czarny Ford nie miał dużej prędkości. Mimo, iż prowadzący go Grau był naprawdę świetnym kierowcą, na mokrej nawierzchni nie dało się jechać szybciej. Na prostej sprawa była jednak inna. Mocniej wcisnął pedał przyspieszania i samochód znów ruszył żwawo przed siebie. Może właśnie dlatego żaden z nich nie zwrócił uwagi, że idący lewym chodnikiem mężczyzna, z prawej dłoni ściągnął rękawiczkę i schował ją do kieszeni płaszcza.
- Znak! - siedzący za kierownicą Fiedosiejew nacisnął przycisk rozrusznika, ożywiając silnik granatowego Forda. Podtoczyli się kilka metrów do przodu, poczekali, aż minął ich czarny Ford, po czym widząc wyjeżdzającego ze skrzyżowania i nabierającego prędkości zielonego Buicka, gwałtownie ruszyli kilkanaście metrów do przodu, z piskiem opon i hamulców zajeżdżając mu drogę.
Kierujący Buickiem Rosenberg zawsze miał dobry refleks i widząc wyjeżdżające z boku auto, zareagował błyskawicznie. Nie dało się już jednak uniknąć zderzenia, ale w ostatnim momencie szarpnął kierownicą w prawo. Dzięki temu nie wbił się centralnie w bok granatowego Forda. Uderzył na wysokości lewego tylnego koła, na śliskiej mokrej nawierzchni obracając Forda o dziewięćdziesiąt stopni w stosunku do jego kierunku jazdy. I było to wszystko, co mógł zrobić. Jego samochód potoczył się jeszcze kilka metrów i z rozbitym lewym przodem stanął wreszcie przy prawym krawężniku.
Schodzący z lewego chodnika Griszyn już po sekundzie wiedział, że wszystko idzie nie tak. Fiedosiejew i Wołkow zamiast wyskakiwać ze swojego, stojącego w poprzek drogi auta i otwierać ogień do Niemców z pierwszego samochodu, gramolili się teraz od strony chodnika, co gorsza mając wroga za plecami. Jego cel, jakim miał być Reschke, znajdował się teraz po drugiej stronie jezdni, w dodatku przesłonięty ich własnym samochodem. Na domiar złego nastąpiła rzecz, której żaden z nich nie przewidział. Biegnący prawym chodnikiem w stronę Buicka Diaczenko, został po prostu rozjechany przez wyjeżdżające z bocznej uliczki i podążające za samochodem Fiedosiejewa inne auto. Uderzony masywnym, stalowym zderzakiem, frunął w powietrze, wylądował na przedniej szybie i przetoczywszy się przez dach, bezwładnie opadł z tyłu. Gdyby tylko to! Wyhamowawszy, kierowca błyskawicznie wrzucił wsteczny bieg i po chwili Griszyn zobaczył, jak spod maski cofającego auta ukazuje się krwawy, poszarpany kształt, który jeszcze kilka sekund temu był jego towarzyszem.
- Wy skurwysyny! - nadjeżdżający z tyłu Jeromin na widok rozjeżdżanego właśnie Diaczenki stracił zimną krew. Jeszcze prawie w biegu wyskoczył z auta i z odległości niespełna dziesięciu metrów oddał trzy szybkie strzały w kierunku siedzącego obok kierowcy Douglasa.
Wcześniejsza czujność przez kilka sekund okazała się zbawienna. Jeszcze przed zderzeniem, słysząc narastający ryk silnika, Grau natychmiast wcisnął pedał hamulca. Zatrzymali się niespełna trzydzieści metrów przed granatowym Fordem i widząc otwierające się w nim drzwi, Lipmann zareagował bez wahania. Wyskoczył, padł na jezdnię, wsparł magazynek swojego automatu o kostkę drogi i oddał długą serię, już w pierwszym momencie kładąc trupem wysiadającego z tyłu Wołkowa.
Samochód, który nadjechał za Gusiewem i Jerominem stanął zaraz za skrzyżowaniem, a Barnett i Anderson wyskoczyli z niego niemal jednocześnie. Sekundę później oddana z bliskiej odległości seria z Thompsona wręcz przeorała plecy Jeromina, ochlapując krwią wysiadającego zza kierownicy i z pistoletem w ręku Gusiewa. Ten zdążył jeszcze co prawda oddać jeden strzał, ale opuszczający lufę pocisk uderzył już tylko w granitowy bruk. Ułamek sekundy wcześniej strzał Barnetta rozdarł mu bowiem tchawicę i padając ze skręconą głową, Gusiew jakby dziwił się temu, co go właśnie spotkało.
Rosenberg i Waltz w tym czasie też nie próżnowali. Już sekundę po zderzeniu Rosenberg uchylił drzwi, wyskoczył na chodnik i z odległości kilku metrów oddał dwa strzały do kryjącego się za maską Fiedosiejewa. Chwilę później dołączył do niego i Waltz, swoim MP - 40 zamieniając maskę granatowego Forda w przysłowiowe sito. Tyle, że ich pociski nie przebiły grubego, żeliwnego bloku silnika i Fiedosiejew jeszcze na chwilę ocalał. Na chwilę, bo do akcji włączyli się jeszcze dwaj gracze. Stojący wcześniej w uliczce za parkiem amerykański Pontiac, w ogólnym zamieszaniu pojawił się nagle niczym duch. Nadjechał chodnikiem, a jego pasażer, nawet nie wysiadając, przez otwarte okno przednich drzwi skosił od tyłu wciąż strzelających do Fiedosiejewa, Graua i Lipmanna, po czym kilkanaście metrów dalej ponownie otworzył ogień. Tym razem trafiło to na zmieniającego magazynek Waltza, który z rozpaczą w sercu zdążył jeszcze unieść broń, ale wystrzelić już nie. Siedem pocisków kalibru 11, 43 milimetra rozszarpało mu klatkę piersiową, odrzucając go przy tym o dobre cztery metry do tyłu, gdzie wylądował na chodniku, szczerząc zęby w jakimś upiornym, trupim uśmiechu. Chwilę później ten sam los spotkał i Rosenberga, któremu instynkt samozachowawczy ostatecznie kazał rzucić się do ucieczki, lecz pędzące za nim z prędkością 290 metrów na sekundę pociski z Thompsona zakończyły ten desperacki zryw już po trzech krokach.
Skulony za prawym przednim kołem Fiedosiejew nie miał już złudzeń. Wszystko poszło źle, a wróg był zbyt silny. - Wróg czy może jednak jakiś nieznany przyjaciel? - przemknęło mu przez głowę na widok auta, z którego mężczyzna o mrocznej twarzy w iście gangsterskim stylu otworzył ogień do Niemców z zielonego Buicka. - Więc teraz, albo nigdy - pomyślał o ratowaniu własnej dupy i rzucił się do ucieczki. Tyle, że już po drugim kroku poślizgnął się na pokrywającej bruk krwi Wołkowa i runął jak długi, waląc głową w krawężnik. Oszołomiony, wstał chwilę potem, wyprostował się na pełną wysokość i tworząc tym samym znakomity cel, sekundę później zaliczył dwa pociski w plecy od strzelającego zza swojego samochodu Andersona.
Komentarze
Prześlij komentarz