Przejdź do głównej zawartości

ATOMOWY POKER 217

 

 

            Strzelanina cichła, a jej efekt wręcz poraził wciąż stojącego bez ruchu i z niedowierzaniem patrzącego na tragiczną sytuację Griszyna.

Gdyby zadać mu pytanie, ile to wszystko trwało, nie zdołał by odpowiedzieć. A gdyby nawet ktoś mu powiedział, że od zderzenia aut do śmierci Fiedosiejewa upłynęło tylko dwanaście  sekund, nie uwierzył by. Nie było mu jednak dane mieć na ten temat jakiekolwiek przemyślenia. Widząc tragedię Jeromina i swoich towarzyszy, poczuł się zwolniony od ciążących na nim obowiązków. Odwrócił się w końcu na pięcie i prawie na oślep pognał przez park, czując śmierć za swoimi plecami. I może by jej nawet uciekł, gdyby nie jeden głupi ruch… Jako jedyny, podczas akcji nie wyciągnął broni z kieszeni. Zdezorientowany nieoczekiwanym, a po kilku sekundach makabrycznym przebiegiem wydarzeń, stał jak słup i mógł od biedy uchodzić za zupełnie przypadkowego przechodnia. Nawet gdy rzucił się do ucieczki, nikt z uczestników strzelaniny nie zareagował. Pozostali jednak Backet i Liston, którzy po prostu w akcji nie zdążyli wziąć udziału. Z bronią w ręku rzucili się co prawda w kierunku ulicy, ale gdy wreszcie przedarli się przez gęste żywopłoty, nie było już do kogo strzelać. Stał tam tylko dziwny cywil, który popatrzywszy na nich nieprzytomnym wzrokiem, rzucił się nagle do ucieczki.

- Stój! - odruchowy okrzyk Listona pobudził go do szybszego biegu i obaj z Backetem zareagowali jak rasowe psy gończe. Niejako dla porządku pobiegli za nim i po jakichś siedemdziesięciu metrach już prawie zrezygnowali, gdy nagle cywil uskoczył za drzewo i wyciągnął pistolet z kieszeni.

            Nie… Takiego numeru  nie mogli już zlekceważyć. W mgnieniu oka rozbiegli się na obie strony, już po sekundzie tworząc dwa odrębne cele. Po następnej, cienki pień drzewa nie skrywał już uciekającego i nim ten zdecydował się do kogo najpierw strzelać, z obu stron dosięgła go ołowiana śmierć.

 

            - Obiekt! Gdzie jest obiekt?!!! – dowodzący akcją Anderson wydarł się na cały głos do będących najbliżej zielonego Buicka dwóch ludzi z Pontiaca. - Szukać go!

Wykrzyczawszy ten rozkaz pochylił się nad dotąd siedzącym w samochodzie Douglasem i chociaż już wiedział, że to tylko pusty gest, dotknął jego tętnicy szyjnej. Nic… Wystrzelone przez Jeromina pociski przebiły blachy i szyby drzwi, masakrując mu brzuch i głowę. Odłamki roztrzaskiwanego szkła poraziły też twarz siedzącego za kierownicą Grazianiego, ale z tym było już lepiej. Choć zakrwawiony, widział na oboje oczu i mógł poruszać się o własnych siłach.  - Do samochodu z nim! - następny rozkaz wykrzyczał do Barnetta, samemu wyciągając ciało Douglasa i przenosząc je na tylne siedzenie swojego auta. - Szybciej!

 

            Czy to była najdłuższa chwila w jego życiu? Zastanawiał się potem często, lecz odpowiedzi nigdy nie znalazł. Już w momencie wyjazdu granatowego Forda wiedział, że coś jest nie tak. Chwilę później nastąpiło zderzenie i o mało własną głową nie rozwalił przedniej szyby. Przez kilka sekund oszołomiony, zorientował się wreszcie, że wokół trwa strzelanina i w końcu sięgnął po swoją broń. Już miał wychylić głowę i rozejrzeć się w sytuacji, gdy bliskie serie z automatów zgasiły w nim ten odruch. Przecież wystarczy jeden zabłąkany pocisk… Zsunął się więc z fotela, przywarł do podłogi i czekał. Jak długo? Nie dał by rady tego policzyć. Wokół słyszał strzały, krzyki, a instynkt samozachowawczy nie pozwolił mu na podziwianie tego widowiska. Podziwianie albo nieprzemyślane działanie, które mogło źle się skończyć. Co robić? Jak błyskawica przyszła mu do głowy pewna myśl, której napięte do granic możliwości nerwy nie dały szansy się rozwinąć. „Lord Stanley, lord Stanley” - brzmiało mu tylko w głowie, gdy skulił się w aucie oczekując na ostateczny wynik tego starcia, a gdy wreszcie strzelanina ucichła, uniósł broń do strzału. Jeżeli to będzie jakiś ruski, to oczywiście wiadomo co zrobi… Ale już się wychylić czy jeszcze nie? Zanim zdążył odpowiedzieć sobie na to pytanie, gwałtownie otworzyły się drzwi i zobaczył stojącego naprzeciw faceta z Thompsonem w ręku. - Strzelić? - przemknęła mu myśl, ale w tej samej chwili usłyszał coś, co w jego uszach zabrzmiało jak najpiękniejsza muzyka.

- Nie strzelaj! Jesteśmy od Browna.

 

13.07.1946, godzina 09.24 - Argentyna, Buenos Aires, lokal konspiracyjny Wywiadu Armii USA. 

 

            - Nareszcie! - Orawa na jego widok szeroko otworzył ramiona. - Mało brakowało, a byśmy tu przez ciebie zawału dostali!

- Przeze mnie?

- A niby przez kogo? Najpierw od Andersona dostaliśmy wiadomość o zamachu i startach w ludziach. A potem jak na złość, padło mu radio. Nic nie wiedzieliśmy i siedzieliśmy tu jak na szpilkach.

- Ktoś zginął?

- Niestety. Mamy jednego zabitego i jednego rannego. Generale! Mogę mu nalać całą szklankę? - Orawa zwrócił się do Browna. - Bo jakoś mi się wydaje że jeszcze się trzęsie. 

- Lej! - Brown z nerwów palił już czwarte cygaro. - Ja tymczasem pójdę do naszych ludzi. Zobaczę co i jak, a dopiero później porozmawiamy. 

 

            Ogląd sytuacji trwał blisko trzy kwadranse i stres wreszcie opuścił Henryka. Teraz bezwładnie siedział w fotelu, nie mogąc przyzwyczaić się do myśli, że właśnie zakończył jakąś część życia. Część, która nieprzerwanie trwała już ćwierć wieku!

- Jestem! - Brown wreszcie pojawił  się w drzwiach. - Wydałem już odpowiednie rozkazy, resztą zajmuje się McFarland.

- I jak? - Orawa przyjrzał się zafrasowanej twarzy generała.

- Drogo zapłaciliśmy. Douglas nie żyje, a Graziani już do końca życia będzie miał twarz bandziora.

- To w końcu ilu ich było?

- Niemców czterech. A Rosjan sześciu. Łącznie zostawiliśmy na ulicy dziesięć trupów.

- A sprzęt?

- Nieważny. Musieliśmy pozostawić jeden nasz postrzelany samochód. Zostały też dwa niemieckie i dwa ruskie.

- Jednym słowem jatka…

- A tak. Zaplanowaliśmy na wieczór koronkową akcję w białych rękawiczkach, a wyszło jak wyszło. Nie przewidzieliśmy, że uderzą wcześniej.

- Trochę jednak tak. Bo gdyby nie te siły i środki przy parku… Nie wszystko jednak da się przewidzieć.

- Niestety. Douglasowi życia to nie wróci. Dobrze chociaż, że gorzej się to nie skończyło.

- Na razie. Z tego, co już podali w radiu, Argentyńczycy szaleją. Ogłosili alarm dla całego stanu osobowego policji, zarządzili blokady we wszystkich częściach miasta, kontrolowanie ludzi i samochodów. Postawili w stan gotowości nawet miejscowy garnizon.

- Aż tak?

- Tak twierdzą w radiu, generale. Dziesięć trupów na ulicy, pięć postrzelanych samochodów… To gorzej, niż jakieś gangsterskie, chicagowskie  porachunki w czasach prohibicji.

- Wiec na razie musimy siedzieć cicho i to co najmniej przez tydzień. Niech się to wszystko uspokoi. Dopiero wtedy wychylimy nosa z tej naszej nory.

- Chyba jednak wcześniej. Nie ma tu żadnej chłodni, więc Douglasa trzeba będzie jakoś pochować.

- Zastanowię się. A może McFarland coś wymyśli? Na razie jednak za jakąś godzinę czy dwie spokojnie pojedzie pan do tej swojej firmy. My tymczasem się przyczaimy.

- Śladów żadnych nie zostawiliśmy?

- Nie. Nasi ludzie byli czyści, a samochody na lipnych numerach. Z kolei ich ludzi i samochody możemy mieć w dupie. Nawet jak coś tam przy nich znajdą, to pójdą w ich stronę. A przy okazji… Anderson opowiedział mi dziwną rzecz. Kiedy już znaleźli i wyprowadzili z samochodu naszego doktora, ten coś mówił o jakimś lordzie. Lord Stanley? O co tu chodzi?

- To taka myśl, która podczas strzelaniny kołatała mi się po głowie - Henryk wreszcie się ożywił.

- Nie rozumiem…

- Słyszał pan o „Wojnie Dwóch Róż”, generale?

- Coś tam pamiętam z Akademii w West Point. Była taka wojna domowa.   W Anglii. Pięć czy sześć wieków temu.

- Właśnie. Walczyły tam wtedy o tron rody Lancasterów, mających w herbie czerwoną różę i Yorków, mających w herbie różę białą. Walki trwały aż trzydzieści lat.

- I co? - zainteresował się Orawa. - Nie znam tej historii.

- Co? Dwudziestego ósmego sierpnia 1485 roku doszło do bitwy pod Bosworth, która zakończyła całą tę wojnę.

- Domyślam się, że któraś ze stron odniosła decydujące zwycięstwo?

- Tak. Wygrali Lancasterowie, ale nie o nich tu chodzi. O ostatecznym wyniku wojny zadecydowała trzecia siła. 

- To znaczy?

- Mówiąc w największym skrócie i dużym uproszczeniu, żył tam wtedy niejaki Thomas Stanley. Lord i możny pan, jak na ironię spokrewniony z obu walczącymi stronami. Przez długi czas prowadził polityką neutralności, starając się lawirować pomiędzy walczącymi o tron siłami. Aż w końcu nadszedł rok 1485, kiedy to obie strony zebrały wreszcie wojska wystarczające i przygotowane do decydującego starcia. Zarówno ówczesny król Ryszard III, jak i pretendujący do korony Henryk Tudor, przysłali posłańców do lorda Stanleya, wzywając go do opowiedzenia się po ich stronie, powołując się przy tym zarówno na łączące ich więzy rodzinne jak i powinności feudalne. Obu stronom i to niezależnie od siebie, lord Stanley obiecał pomoc. Z aktywnymi działaniami zwlekał jednak do ostatniej chwili, a gdy już w końcu wyruszył w pole, sztucznie opóźniał tempo pochodu. Wreszcie jeden z jego przybocznych i zaufanych ludzi zapytał, czemu tak wolno idą. Odpowiedź lorda Stanleya była niezwykle pragmatyczna - „A po co mamy się spieszyć? Przecież bitwę mogą rozpocząć beze mnie. My spokojnie poczekamy. Im bardziej się wykrwawią, tym lepiej dla nas”. - „Ale na kogo w końcu uderzymy”? - zapytał jeszcze dociekliwy dworzanin. - „Jak to na kogo? Na tych którzy będą przegrywali”! - odparł lord Stanley i tą odpowiedzią przeszedł do historii. Był przy tym na tyle bezczelny i wyrachowany, że bezpośrednio po bitwie, w której to armia Yorków poszła w rozsypkę, kazał odszukać trupa króla Ryszarda III, zdjął z jego hełmu koronę i własnoręcznie nałożył ją na głowę Henryka. Zapoczątkował tym samym dynastię Tudorów, a koronowany ogłoszony został nowym królem, jako Henryk VII. Za ten gest lord Stanley otrzymał tytuł hrabiego Derby, a potem jeszcze kilka innych zaszczytów.

- Nie chce pan chyba powiedzieć, że gdyby to zwyciężali inni, strzelał by pan do nas? - Brown był wyraźnie zdumiony.

- Oczywiście, że nie. W tej akcji do Rosjan strzelał bym bez względu na sytuację. Do Niemców, gdyby wymagała tego sytuacja. Gdyby jednak zwyciężali Niemcy, pewno oddał bym kilka strzałów w waszym kierunku, ale tak, aby nikomu nic się nie stało. Przecież nie mógłbym wyjść na tchórza i dupę wołową.

- Więc tak to wygląda?

- Oczywiście. Czasem lepiej zachować spokój i poczekać na rozwój wypadków.

- Ale pod Kurskiem w 1943, pan nie czekał…

- A miałem wtedy jakieś inne wyjście? Tam od Rosjan czekała mnie tylko śmierć, tu zaś była trzecia siła.  Z tym, że u Rosjan śmierć czy niewola, to prawie to samo. Tu Niemcy mnie bronili, więc gdyby to was sytuacja zmusiła do odwrotu, strzelił bym parę razy na postrach. Pozory czasem trzeba zachowywać, prawda?

- Nie chciałbym mieć w panu przeciwnika - ze zdziwieniem, ale i z niejakim uznaniem Brown pokręcił głową.

- I bardzo dobrze, bo ja też, generale. Pozwoli pan nalać jeszcze jedną szklaneczkę?

 

Komentarze