- Jak to miło porozmawiać z inteligentnymi ludźmi – odprężony już Gruhn po raz trzeci napełnił kieliszki. – Prosit!
Znowu wypili. A potem nagle Truda spytała.
- A ten drugi?
- Chodzi pani o tego Marokańczyka, który zginął nieco później?
- Tak. Podobno też został zastrzelony.
- I to jak! – listonosz aż się roześmiał. – Przejeżdżałem tamtędy niewiele po fakcie. Tak dostał, że aż mu się turban potoczył po piachu.
- I to był drugi ze sprawców?
- Jak najbardziej. Do porządnych byśmy nie strzelali.
- Czyli jednak wy… – Henryk podsumował w trzech słowach.
- A co? Mamy pozwolić, aby bezkarnie nas mordowali? Aby gwałcili nasze żony i córki?
- Oczywiście, że nie. Ale za bardzo szaleć, też nie możecie.
- Nie możemy, herr Haaze… – poprawił go Neugebauer. – Nie możemy, bo może państwo jeszcze nie zauważyli, ale jesteście już wśród nas.
- No, tak – Henryk pokiwał głową. – Nie myślałem, że jeszcze spotka mnie w życiu coś takiego.
- To teraz jeszcze konkrety, herr Haaze. Gdzie był pan w wojsku? Jaką bronią potrafi się pan posługiwać?
- Pracowałem w elektrowni – Henryk kłamał jak z nut. – Bez prądu nie ma życia i nie działa żadna gałąź gospodarki, więc do wojska mnie nie powołali. Mam wpis, że byłem tam niezbędny dla gospodarki Rzeszy. Owszem, jak prawie wszyscy przeszedłem krótki kurs posługiwania się karabinem mauzer, ale strzelanie miałem tylko jedno…
- A w tych ostatnich dniach… Nie powołano pana nawet do Volkssturmu?
- Też nie. I tak jak już mówiłem. Światło było potrzebne zarówno dla szpitali, jak i dla punktów naszego oporu. Bez tego ani rusz!
- Czyli właściwie stuprocentowy cywil?
- Raczej tak – Henryk powiedział to tak, jakby się tego wstydził.
- No, cóż… Na razie pożytku z pana raczej nie będzie. Ale pomyślimy, zobaczymy co dalej. Gospodarstwo leży na uboczu, wiec może od czasu do czasu podeślemy panu kogoś na przechowanie. Mamy nawet parę osób, które wkrótce będą musiały znaleźć tutaj pewien azyl. Oczywiście nie na długo – dodał szybko widząc zaniepokojenie w oczach gospodarzy. – A na razie cisza, jak po śmierci organisty! – podniósł do ust wskazujący palec, a następnie już do końca rozlał zawartość butelki. – Za naszą owocną współpracę! Prosit!
04/05.10.1946, noc – Polska, okolice góry Szrenica.
Która godzina? – widząc spoglądającego na zegarek Kowalskyego, Moore zadał krótkie pytanie.
- Wpół do pierwszej – Kowalsky odpowiedział dziwnie cicho i zbliżywszy się do kolegi dodał już szeptem. – Idź na czoło, zaraz za przewodnikiem. A Williams niech zwolni i podejdzie bliżej mnie. Tylko tak, aby ten „Wolf” się nie zorientował.
- Czemu?
- Nie pytaj, tylko rób. Dowiesz się później.
- O co chodzi? – trzy minuty później Williams zbliżył się do Kowalskyego.
- O naszego przewodnika. Coś mi tu cholernie śmierdzi.
- A konkretnie?
- Wiesz, że jestem geografem?
- Do rzeczy! – Williamsowi udzielił się nastrój niepokoju.
- Byłem też skautem. Mistrzem terenoznawstwa.
- Mów do jasnej cholery!
- Przewodnik kręci nas w kółko.
- Jesteś pewien?
- Na sto procent. Obok zegarka sprawdzam również kompas – odsłonił na chwilę przegub lewej ręki – i wiem swoje. Mimo, iż odpoczywaliśmy już trzy razy, o tej porze powinniśmy właśnie podchodzić do Szklarskiej. Od miejsca, w którym przeszliśmy granicę, to nie więcej jak siedem kilometrów w linii prostej.
- Ale to góry. Nie da się iść prosto.
- Nie szkodzi. Od czasu do czasu liczę nasze kroki, wyliczam w głowie tempo marszu, patrzę na kompas i wiem, że przeszliśmy już prawie piętnaście kilometrów. Nawet w takich warunkach powinniśmy być już tam, gdzie mówiłem.
- Wnioski?
- Gość nas zwodzi i to celowo. Tylko nie wiadomo w jakim celu. A jeżeli by jeszcze współpracował z ich organami bezpieczeństwa…
- Potrafisz nas sam poprowadzić?
- Jasne! Mapę tych okolic mam tu – popukał się w czoło. – Już od trzech dni. Teraz decyzja należy do ciebie.
- OK - Williams już się nie wahał. – Zaraz to załatwię! – przyspieszył kroku i po dwóch minutach znalazł się kilka kroków za przewodnikiem.
Wolfgang Aust też spojrzał na zegarek. Dopiero trzydzieści osiem minut po północy. To ile jeszcze do świtu? Myliło mu się w głowie już od nocy z 13 na 14 kwietnia, kiedy to wprowadzono w Polsce czas letni. Obowiązywać miał jeszcze dwa dni, do poniedziałku, czyli siódmego października. – Nie mogli by go cholery pozostawić na zawsze? – pomyślał. – Zawsze to lepiej, zwłaszcza w zimie, kiedy to po południu światło dzienne obecne jest o godzinę dłużej. A tak… Popieprzone to wszystko! Dobrze chociaż, że jeszcze dziś, czyli w sobotę nie musiał kombinować. Aleksiejew sam mu podpowiedział, iż wschód słońca nastąpi o 06.44. A świt oczywiście z godzinę wcześniej. Czyli jeszcze z pięć godzin. Nie mógł by to Aleksiejew zgarnąć ich zaraz po przejściu przez granicę? Oszczędził by mu włóczenia się przez całą noc po lesie i kombinowania jak koń pod górkę. Bo jak ci „turyści” w końcu się skapną, że wodzi ich za nos? Że sięgające 1362 metry nad poziom morza zbocza Szrenicy forsują już drugi raz, tylko tym razem pod drugiej stronie? Noc niby ciemna i pochmurna, gwiazd nie widać, więc powinno być dobrze. – Mam tylko nadzieję, że nie używają kompasu – pomyślał jeszcze. – Bo gdyby tylko się zorientowali… Usłyszawszy jednak tuż za sobą zbliżające się kroki jednego z „turystów” zaprzestał tych rozważań i odwrócił się ku niemu.
- Odpoczynek? Czy może wreszcie się zdecydowaliście? Tylko Szklarska, czy może jednak Wrocław?
- Wrocław! – Williams przez chwilę postanowił jeszcze pociągnąć tę grę.
- W porządku. Jak podejdziemy do Szklarskiej, pozostawię was w lesie i pójdę się rozejrzeć… Dla bezpieczeństwa – dodał szybko.
- Oczywiście. „Sicher ist sicher” – Williams posłużył się starym niemieckim przysłowiem.
- O! Zna pan niemiecki?
- Nie. Ale słyszałem to kiedyś od pewnego Niemca. Podobno znaczy, że pewność to pewność. I uważam, że to bardzo mądre.
- Jak najbardziej – „Wolf” nie zamierzał rozwijać tematu. – To co? Mały odpoczynek? Bo przed nami jeszcze drugie tyle.
- Jeszcze? Idziemy już kawał czasu.
- Ale to góry, a ja nie mogę was prowadzić najprostszą drogą. Musimy też omijać posterunki i rutynowe szlaki patroli Wojsk Ochrony Pogranicza. A ostatnio zaczęli nawet chodzić z psami. Robi się niebezpiecznie…
- Dobra. Więc odpoczynek. Bo skoro jeszcze tyle przed nami…
Zapadli na wąskiej przesiece. Usiedli na plecakach, oparci o pnie sosen wyciągnęli strudzone nogi. A minutę później Williams ujął siedzącego obok „Wolfa” za ramię i wskazując w bok wyszeptał mu do ucha. – Tam ktoś jest!
- Gdzie? – przewodnika aż podrzuciło.
- Tam! – wskazał ręką. – Wyraźne widziałem. Ktoś na moment włączył latarkę. Albo też odpalał papierosa.
- O cholera! – „Wolf” nie mógł uwierzyć. Aleksiejew zawsze w takich przypadkach dzwonił do miejscowego dowództwa WOP i patrole pograniczników kierowano w inne rejony. Wiec na zdrowy rozum, nikogo tu być nie powinno. No, chyba, że był to sam Aleksiejew!
- Spieprzamy?
- Moment – przewodnik zbierał myśli. – Może zróbmy tak… Wy schowajcie się tam z boku – pokazał ręką. – Za tymi krzaczkami. I cisza, jak makiem zasiał. Ja podczołgam się nieco i spróbuję zorientować w sytuacji – był już prawie pewien, że to Aleksiejew ze swoimi Kałmukami i postanowił nie przedłużać tej mistyfikacji. Podczołgać się, przekazać informację i niech sobie ich zwijają. A on do domu i wreszcie pospać…
Williams nie czekał i natychmiast, gdy tylko znaleźli się za krzakami, usłyszeli jego szept.
- Spieprzamy stąd. Prowadź – zwrócił się do Kowalskyego.
- Ale co się stało? – Moore w pierwszej chwili nie zrozumiał.
- Cicho… Później się dowiesz – w ciągu ostatniej pół godziny Moore usłyszał to już drugi raz. Nie pytał więc dalej, tylko mocniej ścisnął szelki plecaka i podążył za kolegami. Zdziwiony i zaskoczony z początku milczał, ale po jakimś kwadransie podjął temat.
- Powie mi ktoś wreszcie, co tu się dzieje?
- Przewodnik jest trefny. Kręcił się w kółko, a Kowalsky to wychwycił.
- To pewne?
- Tak pewne jak to, że tu jesteś.
- A to światełko? Ta latarka czy papieros?
- Było tylko w mojej głowie – Williams aż się roześmiał. – A chodziło mi o to, aby się od niego dyskretnie uwolnić.
- A nie można było dać mu w po prostu w łeb? Nie mówię, żeby od razu ukatrupić, ale związać i zostawić w lesie. Po jakimś czasie sam by się pewnie jakoś uwolnił, albo by go ktoś znalazł.
- Nie. Bo jak byśmy tak zrobili, to ci, którzy go nam nasłali, wiedzieli by, że i my już wiemy. Że go rozszyfrowaliśmy. A tak… Zawsze jest możliwość, że był to zwykły przypadek. Że po nocy i w tym nieznanym sobie lesie po prostu się pogubiliśmy. No! Takie to z nas niby dupy wołowe! A przecież nie będziemy się tu wydzierać i nawoływać naszego przewodnika. Jasne?
Szukał ich prawie pół godziny, aż w końcu zrozumiał. Przejrzeli go i wystawili do wiatru. W lesie nie było ani Aleksiejewa, ani jego Kałmuków, ani w ogóle nikogo. Podpuścili go tylko, aby samemu zwinąć się po cichu. Jednym słowem dał ciała i wystawili go na pożarcie. Bo, że Aleksiejew mu tego nie daruje było pewne i Wolfgang Aust, vel „Kałmuk”, vel „Wolf”, aż zadygotał z przerażenia.
Świt zastał ich w pobliżu Karpacza. Oczywistym było, że nikomu nie mogą pokazać się na oczy, a ewentualna obława tych, dla których ten cały „Wolf” pracował, obejmie większy obszar. Nie mieli też wątpliwości, że akcja mająca na celu ich ujęcie nie zakończy się tak po prostu. Będą wzmożone patrole, kontrole na drogach, zadaniowana będzie miejscowa agentura, rozpocznie się wypytywanie leśników, kierowców czy kolejarzy. Zmienili się więc w ściganą zwierzynę i mogli liczyć wyłącznie na siebie. Doszedłszy do tego wniosku, o dziwo nagle i niespodziewanie poczuli się pewniej. Opadł z nich wreszcie cień niepewności, znów poczuli swoją siłę i wartość. Bo czyż nie byli elitą amerykańskich sił specjalnych, zaprawioną w tajnych działaniach na tyłach wroga jeszcze w czasie wojny i wyszkoloną w technikach przetrwania? Zaszyli się więc głęboko w lesie, wyciągnęli chleb, konserwy i wodę, posilili się, a potem wyznaczywszy kolejność czuwania, po prostu poszli spać.
05.10.1946, świt – Polska, Szklarska Poręba.
- „Kałmuk”! – Aleksiejew wprost szalał. – Nie wykonałeś mojego rozkazu! Wiesz, co mogę z tobą zrobić? – stał przed nim z zaciśniętymi pięściami zastanawiając się czy dać mu w ryj, czy też może kopnąć w dupę. A może też jedno i drugie po kolei?
- Robiłem wszystko według instrukcji. A później…
- Co później? Co? Spieprzyłeś wszystko od „a” do „z”!
- Tam był ktoś w lesie – Aust już wcześniej stworzył w swej głowie zarys wiarygodnej i mogącej uwolnić go od zarzutu niedołęstwa lub co gorzej celowego działania, historii. – Zdemaskował się zapalając papierosa. Przypadliśmy wtedy za krzakami, usiłując zorientować się w sytuacji. Ja nawet podczołgałem się bliżej chcąc sprawdzić co i jak, ale ci trzej widocznie spanikowali. Usłyszałem tylko jak nagle zerwali się na nogi i na oślep pognali zboczem Szrenicy. Pobiegłem za nimi, ale już ich nie znalazłem.
- A skąd wiesz, że na oślep? I kto tam właściwie był?
- Na oślep, bo któryś z nich wpadł na drzewo. Nawet krzyknął by zaczekali, bo rąbnął w jakiś pień – kłamał bez zmrużenia oka. A co? Znajdą dowody, że było inaczej? Uśmiechnął się do swoich myśli i nagle jak grom, przyszło mu do głowy jeszcze jedno. – A jak ich jednak złapią? I co wtedy oni powiedzą? Zamarł na tę myśli i już sam nie wiedział jak znad własnej głowy rozpędzić ciemne chmury. Bo tak prywatnie i dla jego własnego bezpieczeństwa najlepiej by było, aby uciekinierzy nigdy nie stanęli oko w oko z tym ruskim skurwielem!
- No, dobra. To kto tam niby szwendał się po lesie?
- Nie wiem. Nie zdążyłem tego sprawdzić. Bo gdy już zaczęli uciekać, pobiegłem zaraz za nimi. Nie chciałem z nimi stracić kontaktu, bo przecież miałem ich wyprowadzić na Szklarską. Prosto w ręce Kałmuków. Ale w tych ciemnościach… – bezradnie rozłożył ręce.
- Sprawdzimy to – Aleksiejew słuchał nie maskując swojej wściekłości. – I jeżeli tylko kłamiesz…
- Mówię prawdę, jak na świętej spowiedzi!
- Ty mi tu „Kałmuk” z żadną spowiedzią nie wyjeżdżaj. Jedynym twoim spowiednikiem jestem ja! I niech cię chroni ten twój chrześcijański bóg, bo jak trafisz na komunistycznego – tu Aleksiejew popukał się we własną pierś – to żadnego rozgrzeszenia nie będzie!
- Ale ja naprawdę robiłem co mogłem – Aust tym razem uderzył w bardziej pokorne tony. – A jeszcze wcześniej rozpytałem ich o cel podróży. Zdecydowali, abym doprowadził ich do samego Breslau.
- Czyli do Wrocławia.
- Przepraszam. Tak. Do Wrocławia.
- Mówili po co?
- Nie. Zresztą byli wyjątkowo małomówni. Nie chcieli też powiedzieć, co mają w plecakach.
- Pytałeś ich o to? To mogło wzbudzić podejrzenia.
- Pytałem, ale inaczej. Czy mają tam coś, co mógłbym kupić. Bo prawdziwy handlarz zawsze łapie się na taki haczyk.
- I co?
- Niestety nic. Zbyli moje pytanie i kazali się prowadzić.
- No, dobra… A w jakim języku z tobą rozmawiali?
- Po polsku. Jak normalni Polacy. Z tym, że jeden znał nasze, niemieckie przysłowie. Że „sicher ist sicher”.
- Czyli znał niemiecki?
- Pytałem o to, ale chyba nie. Powiedział tylko, że słyszał to kiedyś od jakiegoś Niemca. I, że to bardzo mądre.
- A między sobą? Słyszałeś coś może?
- Obiło się o uszy. Też po polsku.
- A broń? Mieli ze sobą jakąś broń?
- Nie widziałem. Może mieli coś pod kurtkami czy w kieszeniach… Ale tam, w tym gęstym lesie było naprawdę cholernie ciemno.
- Nie spisałeś się, „Kałmuk”. A przecież twoja siostra nadal siedzi w naszym więzieniu. Na razie jest bezpieczna, ale jakby co, szybko się to może zmienić. Rozumiemy się?
- Tak jest – Austowi nagle zaschło w gardle.
- No! To żebyś pamiętał. A teraz pokaż na mapie gdzie dokładnie ich zgubiłeś i w jakim kierunku uciekali. Opiszesz też jak wyglądali. Szczegółowo. Może moi Kałmucy będą skuteczniejsi od ciebie!
Kwadrans później oddział zapoznany został z sytuacją, rysopisami i przypuszczalnym kierunkiem marszu uciekinierów. I chociaż jego dowódca, porucznik Ganbat proponował, aby jedną z drużyn na wszelki wypadek skierować prosto na wschód, przeważyła opinia i decyzja Aleksiejewa. Rozbici więc na dwa półplutony, ruszyli po obu stronach drogi prowadzącej na północny wschód. Na Jelenią Górę - Wrocław.
Komentarze
Prześlij komentarz