Przejdź do głównej zawartości

ATOMOWY POKER 235

 

            05.10.1946, południe – Polska, las pod Lubaniem.


            Obudziło ich prześwitujące przez korony drzew słońce. Po wyczerpującej fizycznie i psychicznie ucieczce, długim trudnym marszu podczas chłodnej i nieprzyjaznej nocy, zaglądające im w twarze ciepłe promienie przyjęli jak prawdziwe błogosławieństwo. Przeciągnęli się leniwie, popatrzyli na zegarki.

- Dwunasta! – pierwszy zagadnął Lischka.

- To ile żeśmy spali?

- Około sześciu godzin.

- No, to całkiem nieźle. Zmarzłem tylko na plecach – Lachmut poruszył ramionami. – To nie jest już pora na leśne biwaki.

- Ale jakby tak rozpalić jakieś małe ognisko…

- Zapomnij! Diabli wiedzą, kogo byśmy tu sobie ściągnęli. Pościg za nami może być równie dobrze dziesięć kilometrów, jak i tylko kilometr stąd. A teraz jest coś ważniejszego.

- Mianowicie?

- Trzeba się zorientować, gdzie właściwie jesteśmy.

- Jak to gdzie? W czarnej dupie! – Lischce wracał dobry humor. – Dawaj mapę i zaraz się zorientujemy.

- Moment… Myślisz, że to takie łatwe? – Lachmut sięgnął po nóż.

            Minutę później odpruł spod kurtki fragment podszewki i obaj popatrzyli na jej drugą stronę. Jeszcze w Norymberdze na wszelki wypadek postanowili wyrysować tam tuszem schematyczną mapę okolic, od Nysy aż do samego Waldenburga i teraz jak nic, przydała się ich zapobiegliwość. Pokręcili nią trochę, porównali ze słońcem i po krótkiej chwili już wiedzieli.

- Chyba gdzieś tu – Lachmut wskazał na Lubań. – Na miasto nie trafiliśmy, musimy więc być nieco bardziej na południe. 

- Kurwa mać! Czyli jeszcze od chuja drogi! I gdyby nie ten pieprzony strażnik na przejściu u ruskich, spokojnie byśmy przeszli granicę, wsiedli w pociąg i z kilkoma przesiadkami najpóźniej już jutro bylibyśmy u celu. A tak…

- A tak, to musimy kombinować. Rusz głową!

            Nie było to łatwe, ale po kwadransie doszli do konsensusu. Nie mogli poruszać się za dnia, bowiem pościgu długo jeszcze nikt nie odwoła. Wykluczyli pobyt i pokazanie się w jakiejkolwiek miejscowości, bo miejscowe organa bezpieczeństwa czy nawet zwykli donosiciele wcześniej czy później ich namierzą. Nie mogli również skorzystać z jakiejkolwiek formy transportu publicznego, bo to też by groziło natychmiastową dekonspiracją. Co im zatem pozostawało? Rowery! Dawały możliwość cichego i skrytego przemieszczania się, od północy do piątej rano i przy sprzyjających warunkach można było na nich pokonać od czterdziestu do nawet czterdziestu pięciu kilometrów, na widok jakichkolwiek ludzi czy pojazdów można było natychmiast zapaść się z nimi w przydrożne krzaki, las czy pole, nie potrzebowały paszy, wody ani benzyny i nie zwracały takiej uwagi jak jakikolwiek inny pojazd. Tylko skąd je wziąć?

- Wieczorem trzeba będzie znaleźć jakieś bardziej oddalone, poniemieckie gospodarstwo. Nasi mieli je dość powszechnie, a mieszkający tam teraz Polacy też ich przecież na śmietnik nie powyrzucali. A przy okazji zaopatrzymy się w coś do żarcia. Bo z tym co mamy przy sobie, daleko nie zajedziemy!

- To teraz zostało nam jeszcze jedno – Lachmut zdjął czapkę i poskrobał się po potarganej głowie.

- Jakieś śniadanie?

- To też, ale myślałem o czym innym.

- Czyli?

- Musimy się pozbyć tych polskich dokumentów. Tu i teraz!

- A… Myślisz o…

- Tak! Nasze polskie nazwiska zostały przecież wpisane w rejestr na granicy. Teraz mają je w swoich notatnikach wszystkie wojskowe czy też policyjne patrole.

- Tutaj chyba milicyjne.

- Jak zwał, tak zwał. Ważne, że je mają. I gdyby tylko nas z nimi dorwali, to na sto procent możemy pożegnać się z życiem. I lepiej by było, gdybyśmy wtedy od razu się pożegnali, niż gdyby mielibyśmy żywcem wpaść w ich łapy!

 

            Trzy minuty później w leśnej glebie wykopany został czterdziestocentymetrowej głębokości dołek, w którym ostatecznie i nieodwołalnie poszły w niepamięć porwane na drobne strzępy dokumenty, potwierdzające ich dotychczasową, rzekomo polską tożsamość. Starannie zamaskowany powszechnie rosnącym tam mchem, na zawsze przyjął złożoną w nim, śmiertelnie groźną zawartość.

 

05.10.1946, południe – Polska, las pod Karpaczem.


            Pewno by jeszcze spali, ale czuwający jako ostatni Williams uznał, że już wystarczy. Sen snem, regeneracja oczywiście jest ważna, ale bierne pozostawanie w jednym miejscu i to po takim numerze jaki właśnie wykręcili w nocy, nie było najlepszym rozwiązaniem. Potrząsnął więc lekko najpierw jednym, później drugim i kiedy już obaj wrócili do rzeczywistości zarządził burzę mózgów. 

- Jesteś w stanie określić gdzie dokładnie jesteśmy? – rozłożył niemiecką sztabówkę.

- Jasne! – Kowalsky nie miał żadnych wątpliwości. – To będzie tutaj – wskazał palcem. – Z dokładnością do jednego kilometra.

- Czyli jeszcze kawał drogi.

- Według tej mapy – szybko przeliczył – w linii prostej było by około dwudziestu kilometrów, aby zapaść na noc w tym lesie – znów wskazał palcem – na południe od Landeshut – odczytał nazwę z mapy. Po polsku to teraz Kamienna Góra. Niezależnie od wszystkiego, taki skok znacznie by nas przybliżył do celu. O jakieś czterdzieści procent.

- Czyli co? Sugerujesz marsz za dnia?

- A dlaczego by nie? Do drogi relacji Landeshut – Trutnov, będącego już po czeskiej stronie, prawie cały czas mamy las. Trzeba będzie tylko uważać na południe od  Schmiedebergu, czyli polskich Kowar, gdzie mamy skrzyżowanie aż czterech dróg – cały czas posługiwał się nazwami z mapy – bo w takich miejscach zawsze można spotkać jakiś posterunek blokadowy. A dałbym głowę, że czają się na nas przynajmniej z pięćdziesiąt kilometrów od miejsca, gdzie żeśmy się urwali.

- A nie lepiej nocą? – Moore był nieco sceptyczny. – Cisza, spokój, ludzie śpią…

- I tak, i nie – Kowalsky twardo obstawiał przy swoim. – Za dnia mogę was poprowadzić jak po sznurku. Wszystko widać i zawsze w porę możemy dostrzec ewentualne niebezpieczeństwo. Wtedy albo się ukryjemy, albo też ominiemy to miejsce szerokim łukiem.

- Ale inni też mogą nas zobaczyć.

- Owszem, ale nigdy nie  będą przygotowani na pojawienie się kogoś takiego jak my. Stoi sobie jakiś żołnierz na posterunku, nudzi się i co myśli? Że wystawili go jakby na pokaz, nic się nie zdarzy i trzeba tylko czekać na przybycie kolejnej zmiany. A przy okazji… Pamiętacie wierszyk, jaki wam już kiedyś recytowałem?

- Który?

- No, ten mojego ojca, jeszcze z czasów poprzedniej wojny. Ten o wartowniku.

- A ten… – uśmiechnęli się szeroko. Wszyscy pamiętali jak Kowalsky z poważną miną uświadamiał im jakie są typowe rozważania wartownika. – Jak to szło? – Moore aż zacytował cicho… - „Stoi żołnierz na warcie i myśli uparcie. Co jest lepsze? Dupa, czy żarcie? Dobra jest dupa, dobre jest żarcie, ale najgorzej jest stać na warcie”.

Roześmiali się z cicha, rozluźniła się atmosfera, a Kowalsky kontynuował. – My natomiast będziemy iść czujnie, zakładając, że za każdym większym głazem czy też w każdym większym zagajniku może się ktoś czaić. Nasza czujność będzie potrójna, bieżąca i ukierunkowana, podczas gdy u innych będzie rozproszona i często lekceważona. A to już jest cholerna różnica.

- Dobra! – Williams zakończył ten wywód. – Rzeczywiście lepiej będzie, jak przez ten las przejdziemy w dzień. Bo po nocy, to diabli wiedzą gdzie i na kogo można się wpakować.

- Jestem za! – Moore dołączył do tej opinii.

- To co? – Williams zakończył naradę. – Postanowione! Ale zanim ruszymy, trzeba jeszcze coś zjeść i sprawdzić broń.

Sięgnęli więc pod kurtki, wyciągnęli ukryte dotychczas pistolety. I chociaż Moore jeszcze w Bremen wybrzydzał na otrzymane przez nich od McFarlanda egzemplarze Parabellum P 08, powszechnie spotkanego na tym terenie kalibru 9 milimetrów, to decyzja generała Browna była nieodwołalna. Żadnych Coltów, w razie jakiegokolwiek nieszczęścia mogących ich identyfikować jako Amerykanów. Szczęknęły wiec odpinane magazynki, odciągane zamki. Odbezpieczono też broń, chociaż bez przeładowania, bo przecież w razie czego ta ostatnia czynność wymagała tylko ułamka sekundy.

- Gotowi?

- Tak jest!

- W porządku. Schować broń. To teraz pół godziny na  solidny posiłek, abyśmy tu z sił nie opadli, a później marsz. Do zmierzchu mamy jeszcze ponad sześć godzin, więc spokojnie powinniśmy dać radę.

 

05.10.1946, popołudnie – Polska, Jelenia Góra, siedziba sowieckich organów bezpieczeństwa.


            Nalał sobie szklankę wódki i chociaż z reguły starał się nie pić przed posiłkiem, tym razem sobie nie odmówił. Niech to szlag trafi! Wszystko się pieprzy! Penetracja terenu na kierunku Jeleniej Góry nic nie dała i trzeba było sobie powiedzieć, że zostali ograni jak dzieci. Najpierw „Kałmuk”, a teraz oni. A przecież nigdy się to jeszcze nie wydarzyło! Kim więc było tych trzech, tak sprytnych i przebiegłych, że im się po cichu urwali? – Aleksiejew nie miał już wątpliwości, że „Kałmuk” został po prostu wykiwany, a opowiedziana przez niego historia, chociaż prawdopodobna, nie musi być wcale do końca prawdziwa. Prawdopodobnie też podsunięto mu fałszywą informację o Breslau, jako miejsca do którego podobno chcieli się udać. A o prawdziwy zawrót głowy przyprawiła go jeszcze inna informacja. Już po nieudanym rajdzie swoich Kałmuków, wsiadł w samochód i pojechał do miejscowego dowództwa polskich Wojsk Ochrony Pogranicza. Nie mając już innego wyjścia ani też szansy na samodzielne rozwiązanie problemu, poinformował ich o wieczornym przekroczeniu granicy oraz wszczynanych przez niego poszukiwaniach. I tu wybuchła prawdziwa bomba.

- Już je wszczęliśmy, towarzyszu kapitanie – dyżurujący w dowództwie oficer wyciągnął jakiś papier z szuflady. – Dostaliśmy to jeszcze w nocy.

- Jak? Co? – Aleksiejew zupełnie nie rozumiał. 

- Normalnie. Przyszedł szyfrogram z granicy i wszczęliśmy szeroko zakrojone poszukiwania. Przesłaliśmy ich dane i rysopisy na wszystkie pobliskie strażnice i posterunki milicji. W trybie natychmiastowym poinformowano też oczywiście Wojewódzki Urząd Bezpieczeństwa Publicznego. Z tego już co wiem, również podjęli własne działania. Wszyscy żołnierze, milicjanci i funkcjonariusze mają już ich nazwiska w swoich notatnikach.

- Moment… A skąd wiecie jak się nazywali?

- Szyfrogram tego nie wyjaśnia, ale skoro takie przyszły, to takie też przekazaliśmy w teren. Niezależnie od tego kontrolujemy wszelkie pojazdy, pociągi, dworce kolejowe, mosty. Uruchomiliśmy również posterunki blokadowe i czekamy. W końcu muszą gdzieś wypłynąć. A gdy już wpadną w nasze sidła, niewątpliwie ich przekażemy. Przecież nie można odpuścić mordercom i to akurat waszego oficera.

- Zaraz… Jakim mordercom? Jakiego oficera? To gdzie i kogo zamordowali? A w ogóle skąd macie ich dane i rysopisy?

- No, jak? Przecież już mówiłem. Przyszedł szyfrogram. A tej dwójki szukamy nie tylko my, ale i wy!

- Chwila, bo dalej nic nie rozumem… Przecież było ich trzech!

- Jak trzech, jak dwóch? Proszę, czytajcie! – widząc wyraz jego twarzy, pogranicznik podał szyfrogram Aleksiejewowi.

            Rzeczywiście. Pozornie wszystko się zgadzało, ale sprawa dotyczyła zupełnie innego wydarzenia! Bo tu chodziło o podwójne morderstwo na przejściu granicznym w Görlitz! Po niemieckiej stronie!

- No, widzicie? Wszystko jest jasne – nie czekając aż Aleksiejew przeczyta do końca, oficer zdecydował się skomentować. – Są dane, rysopisy i okoliczności morderstwa. Wiemy kto, co, gdzie, kiedy i w jaki sposób. A teraz intensywnie ich poszukujemy – satysfakcja bijąca ze słów oficera była aż nadto widoczna. – I mogę się założyć, że nam nie umkną!

- Ale mnie nie o tych chodzi! Mnie chodzi o innych.

- O żadnych innych nic nie wiemy – pogranicznik zachowywał kamienny spokój. – Jakby co, nie było rozkazu.

- Job twoju mać! – Aleksiejewowi puściły nerwy. – Dawaj jakiś papier! Napiszę wam co i jak, a wy natychmiast podejmiecie następne poszukiwania.

- Następne? – oficer aż podniósł brwi do góry. – To było ich więcej? Bo w szyfrogramie mowa jest tylko o dwóch…

- Tych trzech to zupełnie inna historia, tyle, że tej samej nocy. I kto wie, czy ci  moi nie są ważniejsi niż tamta dwójka.

 

Piętnaście minut później oficer dyżurny przekazał do zaszyfrowania i wysłania w teren jeszcze jedną decyzję. Dotyczyła wszczęcia poszukiwań za trójką osobników, podejrzanych o szpiegostwo i planowaną dywersję. Jaką i gdzie, tego już nie sprecyzowano.

 

Komentarze