05.10.1946, wieczór – Polska, okolice Lubania.
To było już trzecie gospodarstwo, które obserwowali. W pierwszym był nie tylko gospodarz, ale i inni dorośli mężczyźni, więc szybko zrezygnowali. Tym bardziej, że po podwórku biegały dwa spore psy. Drugie okazało się opuszczone i nic ciekawego tam nie było. Wyszabrowane, z powyrywanymi z futryn drzwiami i oknami, bez niczego co nadawało by się do zjedzenia. I dopiero tutaj poczuli szansę. Gospodarz był mężczyzną w podeszłym już wieku, a ponad godzinna obserwacja nikogo innego też nie wykazała.
- To co? Ruszamy? – Lischka popatrzył na Lachmuta.
- A mamy inne wyjście? Zaraz zapadnie zmrok. Bo jeżeli nie załatwimy tego teraz, to przynajmniej do jutra zostaniemy z gołą dupą na wietrze!
Pięć minut później ponieśli porażkę. Bo i co z tego, że w gospodarstwie było tylko starsze małżeństwo, skoro roweru żadnego nie mieli. Albo już nie mieli. Zorientowawszy się jednak, iż gospodarze są Niemcami, sami również przeszli na niemiecki i to dopiero wyjaśniło sytuację.
- Mieliśmy dwa rowery, jak i prawie wszyscy inni w naszej okolicy. Ale zabrali nam milicjanci.
- Jacy znowu milicjanci?
- No, jak to jacy? Polscy – stary splunął na podłogę. – Przyszli i zabrali. Powiedzieli, że nam się już nie przydadzą, bo jesteśmy na liście do wysiedlenia. Tak więc, siedzimy tu i czekamy. Nawet nie wiemy, kiedy po nas przyjdą. Ale na to jesteśmy już przygotowani – wskazał na kilka tobołków leżących pod ścianą.
- I co? Zostawicie to wszystko? – Lachmut zatoczył ręką dookoła.
- A co mamy zrobić? Nie mamy tu przecież nic do gadania. Już tylko siedzimy, modlimy się i czekamy.
- To może lepiej, że nas stąd wysiedlą? – gospodyni włączyła się do rozmowy. – W końcu pojedziemy do swoich. Bo tu, to wszystko idzie na zatracenie. A jak zabierali rowery, to mojego starego jeszcze w dupę kopnęli!
- Cicho babo! Pijani byli! – gospodarzowi nie było w smak przypominanie upokarzającej go sceny.
- Ale cię kopnęli – stara nie ustępowała.
- Było, minęło i się nie wróci – gospodarz wpadł w filozoficzny nastrój.
- No, tak – Lischka podrapał się w głowę. – A ten ich posterunek to gdzie? – zapytał po chwili. Bo przecież zawsze lepiej wiedzieć, jakich miejsc się wystrzegać.
- Teraz i po ichniemu, to Szyszkowa – gospodarz z trudem wymówił tę nazwę. - Dziura na kilka domów, ale posterunek milicji jest. Bo to niby i granica niedaleko.
- A ta Szyszkowa to gdzie?
- A tam, całkiem blisko – stary wskazał w kierunku przeciwnym do zachodzącego słońca. – Jakieś półtora kilometra stąd.
- O cholera! – zaniepokoił się Lachmut. – A często tu zaglądają?
- Odkąd zabrali te rowery, to nie. A o tej porze, to już nic nie robią. Przeważnie piją i potem śpią prawie do południa.
- Jak to piją? Na służbie?
- Panie, a kto ich tam wie, kiedy oni na służbie, a kiedy nie. Ale ludzi nachodzą głównie w dzień. To więcej rabusie niż stróże porządku. Wieczorami chyba się boją, bo zamykają się w tym swoim posterunku i piją.
- To może to jacyś przebierańcy? Bo to się po prostu w głowie nie mieści…
- Panie! To wszystko prawda. Rozmawiałem kiedyś z jednym z nich. Przez pierwsze sześć miesięcy nie dostawali nawet żołdu. Chodzili w cywilnych ubraniach, jedynie z biało- czerwoną opaską i literami MO na ramieniu. Nie mieli nawet żarcia. Nikt się nie kwapił do tej roboty, więc brali kogo popadnie. Czasem nawet najgorszy element…
- A te rowery co wam zabrali… – Lischce nagle zaświtała pewna myśl. – Gdzie je trzymają?
- Chyba w komórce, zaraz obok posterunku. Tyle, że zamykają ją na kłódkę, bo trzymają tam też inne rzeczy.
- Jakie inne?
- A różne. Mają tam skonfiskowane radia, kilka maszyn do szycia, jakieś aparaty fotograficzne. Wszystko to, wraz z bronią i amunicją na mocy miejscowego obwieszczenia podlegało natychmiastowej konfiskacie. Do tego mają tam buty, a nawet akordeon. Podobno handlują tym z szabrownikami.
- I konserwy – dorzuciła nagle gospodyni.
- Jakie znów konserwy?
- A te, co je latem w lesie znaleźli. Podobno był tam ukryty jakiś podziemny magazyn z żywnością dla Werwolfu. Założony jeszcze przez naszą, niemiecką Abwehrę.
- I co? Jedzą to? Sprzedają?
- Jedno i drugie. I piją, bo było tam podobno sporo innych rzeczy. Jakieś wina, suchary, zupy w proszku, czekolady, papierosy, tytoń, zapałki, świeczki. To wszystko idzie na handel, więc mają za co pić.
- A uzbrojenie? Jak chodzą uzbrojeni?
- Na początku to mieli zwykłe karabiny. Chyba rosyjskie. Ale niedawno dostali pepesze, a dowódca ma nawet pistolet przy pasie.
- To ilu ich w końcu jest?
- Nie mówiłem? Dowódca i dwóch, co mu podlegają.
To było to! Zaledwie trzech i to prawdopodobnie pijanych. W dodatku rowery i zapas żywności. Jednym słowem rozwiązanie praktycznie wszystkich problemów. Popatrzyli po sobie, porozumieli się wzrokiem.
- To gdzie dokładnie jest ten posterunek?
- Ostatnia chałupa po prawej stronie. Po rodzinie Marker.
- A pies? Mają tam jakiegoś psa?
- Panie… A kto by go tam karmił? Chyba by z głodu zdechł!
Więcej nie potrzebowali. Pożegnali się ze starymi, nie zapomniawszy ich uprzedzić o podstawowej zasadzie – nic nie widzieliście, nic nie słyszeliście, nic nie wiecie i w ogóle nikogo tu nie było!
Niespełna godzinę później zlokalizowali chałupę. A właściwie nie chałupę, bo na taką nazwę stanowczo nie zasługiwała. Dom był solidny, murowany, z czerwonej cegły. U góry również czerwona, ceramiczna dachówka, drzwi i okna całe, pozamykane. Na podwórku spora murowana komórka, z solidnymi drewnianymi drzwiami. Naokoło cisza i spokój. No, może nie do końca, bowiem z pobliskiego zagajnika dało się słyszeć pohukiwanie sowy. Nie miało to jednak jakiegokolwiek znaczenia i tylko w domu ktoś nieudolnie próbował grać na akordeonie, wtórując jakiemuś podpitemu głosowi. Obeszli więc budynek dookoła, przemknęli pod ściany. Przez chwilę zajrzeli też przez okno, co pozwoliło ocenić sytuację.
Było tak, jak przekazał stary. Słaba migotliwa żarówka oświetlała wnętrze, ukazując stół z resztkami jedzenia i kilka niedopitych jeszcze butelek. Pod ścianą stało łóżko, na którym odwrócony plecami do współbiesiadników spał jakiś mężczyzna. Nawet nie zdjął butów! Chyba dowódca, bo przy drzwiach na ścianie wisiały tylko trzy pepesze z łukowymi magazynkami, a ani muzyk, ani śpiewak pistoletu przy sobie nie mieli. Jak by i zresztą mogli go mieć, gdy ich kurtki wisiały na oparciach krzeseł, a pasy obok pepesz?
- Czyli co? Robimy ich? – Lischka popatrzył na Lachmuta.
- Jasne! Ale jeszcze nie teraz – Lachmut popatrzył na zegarek. – Dopiero dwudziesta pierwsza. A oni jeszcze nie całkiem ululani – podbródkiem wskazał na okno.
Nie było rady. W chłodnej, październikowej nocy przyszło im czekać jeszcze ponad godzinę, aż wreszcie wszystko ucichło. Rozrywkowa dwójka poszła spać pozostawiając akordeon na stole pośród resztek jedzenia, żarówka zgasła, a przykładając ucho do szyby, z wnętrza można było usłyszeć ciężkie, pijackie chrapanie.
- Szukamy jakiegoś żelastwa!
- Jakiego?
- Jakiegokolwiek, aby tylko ukręcić nim kłódkę. W każdym gospodarstwie znajdzie się coś takiego.
Kwadrans później kłódka ustąpiła. Zapalając jedną z posiadanych latarek weszli do środka. Skarby! Odbiorników radiowych było chyba z dziesięć. Do tego to, o czym ogólnie mówił stary. Jakieś maszyny do szycia, aparaty fotograficzne, na podłodze silnik elektryczny, kilkanaście par butów na półkach. Ich jednak zainteresowały oznaczone swastyką skrzynki, w których znaleźli to, czego najbardziej chyba potrzebowali. Wino, konserwy, czekolady, suchary, zupy w proszku oraz skondensowane mleko w puszkach! Nawet papierosy i zapałki! Ale rowerów nie było…
- Dawaj plecak. Ja będę ładował, ty obserwujesz!
- A rowery? Nie ma ich tu!
- Na razie bierzemy to, co jest. A później rozejrzymy się dokładniej.
Nie trwało to długo. Dwa wypchane żywnością plecaki już uczyniły ich prawie nieśmiertelnymi. I gdyby jeszcze tylko posiadać rowery i broń…
- Chyba mają je gdzieś w środku. Próbujemy?
- A pewne. Z drugiej strony domu jest kuchnia z małym oknem. Jak wybijemy jedną szybkę, to nie usłyszą. Wejdziesz oknem i otworzysz drzwi z tyłu. A gdybyśmy jeszcze dorwali się do ich automatów, to…
Uśmiechnęli się na tę myśl, skinęli głowami. Zostawiając plecaki za komórką, przemieścili się na drugą stronę. Uderzenie owiniętym w chusteczkę kamieniem nie brzmiało zbyt głośno, a przyniosło oczekiwany rezultat. Odbiegli natychmiast w krzaki, przypadli do ziemi, ale mimo odczekania dobrych dziesięciu minut, reakcji żadnej nie było.
- Nieźle się spili. Śpią jak zabici – Lachmut skomentował pierwszy.
- I niech tak może spokojnie śpią, nawet do południa – Lischka był bardziej pragmatyczny. – Bo gdybyśmy ich jednak załatwili, to będziemy mieli naprawdę przesrane.
- I tak już mamy przesrane…
- Nie do końca. Zostawiliśmy za sobą dwa trupy, ale po niemieckiej stronie. Po tym naszym strażniku nikt płakał nie będzie, a jeżeli chodzi o jakiegoś tam ruskiego, to Polacy chyba nie będą zbyt gorliwi. Zapozorują oczywiście jakieś działania, ale generalnie będą mieli to w dupie.
- Pewno tak…
- No właśnie. Więc na razie skupmy się może na rowerach, a oni niech śnią te swoje pijackie sny. A rano, kiedy już się obudzą, przecież nikomu kradzieży nie zgłoszą. No bo niby jak? Milicja zgłosi samej sobie, że po pijaku została okradziona? W dodatku miedzy innymi z nielegalnie posiadanego i w oczywisty sposób nigdzie nie ewidencjonowanego, trzymanego dla prywatnych celów dobra? Będą trzymać mordy na kłódkę!
- Dobra. Śmigam do środka!
Nie zapalał latarki. Sączące się przez okna blade światło księżyca wkrótce pozwoliło rozpoznać trzy, stojące w sieni rowery. Otworzywszy drzwi od wewnątrz wyprowadzał je po cichu, stąpając prawie na palcach. Wreszcie, gdy wyprowadził trzeci, znacząco spojrzał na Lischkę.
- Wezmę jeszcze ich automaty! Mogą się przydać.
- A jak się obudzą?
- Nie ma obawy. Liczyłem butelki na stole. Obalili ich aż pięć!
- W porządku. To dawaj!
Tym razem Lachmut profilaktycznie ściągnął buty. Bo i nie dało by się cicho w nich stąpać, mimo, iż podeszwy miały gumowe. Za to w grubych skarpetach przemknął prawie jak duch. Wstrzymując oddech, powoli i pojedynczo zdjął ze ściany wszystkie trzy pepesze, po kolei podając je stojącemu w drzwiach Lischce. Odeszli później za komórkę gdzie Lachmut założył buty, odpiął magazynek z trzeciej pepeszy i chusteczką starannie wytarł z niej odcisków ich palców.
- Co z nią zrobimy? Trzecia pepesza nam niepotrzebna.
- Jak to co? Najpierw wyjmiemy zamek, a potem osobno wyrzucimy w jakieś krzaki. Ale gdzieś dalej.
- Czyli teraz co? Zbieramy się?
- Zaraz… - przerzucając przez ramię swój automat Lachmut wyciągnął nóż. – Ten trzeci rower to chyba też już nie będzie im potrzebny?
- Pewnie, że nie.
- To co? Tniemy po oponach?
- A może spuśćmy z kół powietrze i wyciągnijmy dętki. Mogą się przydać. Jakby co, nie mamy przecież żadnych łatek. A jak wjedziemy na jakiegoś gwoździa?
- Słusznie. Zapas zawsze może się przydać – Lachmut sięgał już do roweru, gdy nagle wstrzymał swój ruch. – Moment… A jak odkręcimy koła? Przecież musimy je odkręcić, aby ściągnąć z obręczy oponę czy dętkę!
- Jak? A tak! – Lischka sięgnął do wiszącej przy ramie niewielkiej brezentowej torby i przez chwilę ją pomacał. – Tu pewnie są jakieś klucze – wyciągnął z wnętrza zatłuszczoną szmatę, z której wypadły dwa śrubokręty i wielofunkcyjny klucz rowerowy. – Masz! Jedno z wycięć powinno pasować.
Faktycznie. Od razu trafili na właściwy rozmiar i dwie minuty później trzymali koła w ręku. Wykręcili wentyle, a po chwili cichy syk powietrza sprawił, że sflaczały. Sprawnie wyciągnęli jedną, później drugą dętkę i na koniec Lachmut przeciągnął ostrzem po oponach.
- Szkoda. To była naprawdę dobra maszyna. Nasza, niemiecka – Lischka popatrzył smętnym wzrokiem.
- Ale w niewłaściwej służbie – Lachmut nie miał wątpliwości. – No, zakładamy plecaki i spadajmy stąd. Jest już prawie dwudziesta trzecia, więc do świtu powinniśmy przejechać jeszcze ze czterdzieści kilometrów. Co najmniej pod Hirschberg!
Komentarze
Prześlij komentarz