06.10.1946, wczesny ranek – Polska, Jelenia Góra, siedziba sowieckich organów bezpieczeństwa.
Obudził się z bólem głowy. Od myślenia czy może od alkoholu? Poleżał jeszcze kwadrans usiłując rozstrzygnąć ten dylemat, ale po bezowocnych wysiłkach wreszcie wstał. Przemył twarz zimną wodą, przyczesał włosy i włożył mundur. Przejrzał się jeszcze w lustrze, zasiadł za biurkiem i zadzwonił po dyżurnego.
- Śniadanie! – wrzasnął widząc otwierające się drzwi, tym samym nie dając żołnierzowi najmniejszej nawet szansy na złożenie regulaminowego meldunku.
- Tak, toczna! – usłyszał w odpowiedzi i postać sołdata zniknęła jak zdmuchnięta.
- No, wyszkolony, a nie żadna pierdoła – pomyślał z zadowoleniem. Ale to akurat nie było najważniejsze. Umysł zaprzątał mu pomysł, do którego raz się przekonywał, a drugi raz nie. Zawiadomić swojego odpowiednika we Wrocławiu? Może to by coś dało, zwłaszcza w sytuacji, gdyby poszukiwana trójka rzeczywiście wybierała się do tego miasta. A może jednak nie? Zaraz pojawiły by się pytania o źródło i wiarygodność takich informacji, a „Kałmuka” przecież dekonspirować nie chciał. Zbyt wiele korzyści, zwłaszcza prywatnych miał z tego układu, aby jeszcze z kimkolwiek dzielić się nimi. Więc co? Samemu wyprawić się w tamtym kierunku? A może jednak pchnąć swój pluton na wschód? Niechby spenetrowali teren, tak na odległość przynajmniej do trzydziestu kilometrów. Może znajdą jakieś ślady, jakichś świadków czy cokolwiek, co by pozwoliło podjąć trop. Bo inaczej…
Dyskretne pukanie przerwało te myśli.
- Wejść! – zadysponował natychmiast i drzwi uchyliły się ponownie. Tym razem powoli, bo jeden z dyżurnych je otwierał, by drugi mógł wnieść tacę z jajecznicą, kanapkami i herbatą.
- Coś mocniejszego? – zabrzmiało jeszcze równie nieregulaminowe jak i poufałe pytanie, ale tym razem Aleksiejew nie zareagował.
- Wystarczy! – odparł szybko. – I wezwijcie mi tu jeszcze porucznika Ganbata. Będę miał dla niego nowe zadania.
Pół godziny później, wyrwani nagłym alarmem jeszcze ze snu, konni Kałmucy ponownie wyruszyli w teren. Tym razem prosto na południowy wschód, w kierunku Kowar. A swój rajd mieli doprowadzić aż do drogi relacji Kamienna Góra – Lubawka.
06.10.1946, wczesny ranek – Polska, las pod miejscowością Przesieka.
Rowery to jednak fantastyczny wynalazek. Nim nastał świt, bocznymi drogami pokonali kawał drogi, mijając od południa Jelenią Górę i zagłębiając się w gęste leśne ostępy. Gdzie? Tego z początku nie wiedzieli, aż tuż przed końcem nocnej eskapady natknęli się na miejscowość. Jaką? Podkradli się bliżej, gdzie na jednym ze skrajnych domów odkryli tabliczkę z napisem Matejkowice. W prawdziwą jednak konfuzję wprowadził ich inny napis, który na świeżo namalowanym drogowskazie odczytali przy drodze wjazdowej do tej miejscowości. Przesieka? No, co jest do cholery? To właściwie jak się ta wieś nazywa? I jak nazywała się za niemieckich czasów? Zagłębiając się w las, raz jeszcze popatrzyli po okolicy i nagle Lachmut zrozumiał.
- Hain!
- Co mówiłeś? – Lischka nie zrozumiał.
- To Hain! Jeżeli mnie pamięć nie myli, jesteśmy jakieś dziesięć czy dwanaście kilometrów na południe od centrum Hirschberga.
- A ty skąd o tym wiesz?
- Poznaję to miejsce. Byłem tu na przełomie kwietnia i maja ubiegłego roku. Ewakuowano wtedy z Berlina część pracowników naszego Ministerstwa Spraw Zagranicznych. No i miał tu również przylecieć z Breslau ostatni Reichsführer SS, Karl Hanke!
- Żartujesz!
- Nie, mówię zupełnie poważnie. Jako specjalny i wydzielony oddział dywizji Brandenburg, stacjonowaliśmy wtedy w okolicy, obok naszych towarzyszy z mocno przetrzebionych już oddziałów Osiemnastej Dywizji Grenadierów Pancernych SS „Horst Wessel”, pod dowództwem standartenführera Heinricha Petersena. Poznałem go nawet osobiście. Twardy i inteligentny facet. Nas z kolei oddelegowano do ochrony Hankego, ale nigdy go nie spotkaliśmy. Podobno był tu bardzo krótko i zaraz potem wyjechał do Hirschberga. Diabli wiedzą, co było z nim później.
- A wy?
- No, cóż… Kazano nam czekać, więc czekaliśmy. Nie było nas wielu, więc przyczailiśmy się w lasach. A kiedy przyszły wieści o mordzie na Osiemnastej…
- Jakim znowu mordzie?
- Jakim? Oczywiście ruskim! Podobno grenadierzy poddali się, złożyli broń i mieli nadzieję, że będą traktowani jak normalni jeńcy wojenni.
- I nie byli?
- Jakbyś przy tym był… Rozstrzelano ich wszystkich jak wściekłe psy i podobno z tej masakry nikt nawet nie uszedł.
- To skąd o niej wiadomo?
- Jak to skąd? Ruscy sami chełpili się tą zbrodnią. A zakopane w jakiś dołach ciała naszych żołnierzy, do dzisiaj leżą tu gdzieś w okolicy.
- A wy?
- Po czymś takim nie było już wyjścia. Zebraliśmy się w kupę i poszliśmy na zachód. Po drodze kilka razy natknęliśmy się na Rosjan czy też Polaków, ale albo udawało nam się ich ominąć, albo też przebijaliśmy się zbrojnie. Dopiero dwudziestego maja doszliśmy do strefy amerykańskiej, gdzie we wcześniej wyznaczonych tajnych magazynach tymczasowo złożyliśmy broń. A potem zgłosiliśmy się do hauptsturmführera Dietricha.
- To podobnie jak ja. Aż spotkaliśmy się w górach Hartzu.
- No właśnie… A teraz znów góry! Jeszcze trochę i będą z nas prawdziwi górale!
- Ciupag nam brakuje…
- To może i haftowanych portek oraz kapeluszy z piórkiem?
- Nie miał bym nic przeciwko.
- Ale z tego co wiem, w takich strojach się tu nie chodzi.
- Nie?
- A żebyś wiedział. Chyba, że znaleźlibyśmy się znaczne dalej na wschód. W Tatrach. Tam się tak ubierają.
- A skąd wiesz?
- W 1940 – tym przez kilka miesięcy kompania w której wtedy służyłem, stacjonowała w Generalnym Gubernatorstwie, w Krakau. Szlifowaliśmy tam język polski. Widziałem raz, jak do gubernatora Hansa Franka przyjechała delegacja kolaborujących z nami górali z Zakopanego. Nazywano ich Goralenvolk. I to oni tak chodzili.
- Poważnie?
- Jak najbardziej. Ale dosyć już tego. Chodźmy teraz wzdłuż strumyka – Lachmut wskazał na płynącą wartko strużkę wody. – Odbijemy nieco na południe, znajdziemy dobre miejsce aby się zamelinować, zjemy jakieś śniadanie i porządnie pośpimy. Potem umyjemy dupy i jaja, bo sam już nie wiem, czy wcześniej się zatrzemy, czy raczej będziemy śmierdzieli jak jakieś skunksy. Na koniec napełnimy świeżą wodą nasze flaszki, bo co do wina, to lepiej na razie trzymajmy się od niego z daleka.
Zanim jednak poszli spać, zrobili jeszcze jedną rzecz. Obejrzał sobie Lischka posiniaczony od pepeszy bok, a potem wyciągnął scyzoryk Victorinox.
- Co kombinujesz? – dojadający zawartość mięsnej konserwy Lachmut, popatrzył z zainteresowaniem.
- Jak to co? Zobacz! – podwinął na chwilę koszulę. – Cały bok mam siny od tej pieprzonej kolby. Utnę ją i będzie spokój.
- Jak to utniesz?
- Normalnie – otworzył scyzoryk i wybrał ostrze z piłką do drewna. – Niby nieduży, a ostry jak diabli. Solidna, szwajcarska robota. Utnę kolbę, zostawiając jednak trochę miejsca na dłoń. Nie będzie już mnie obijać, spokojnie da się strzelać, a przy okazji broń będzie można schować pod kurtkę. To nam da możliwość przemieszczania się również w dzień.
Długo to trwało, bo drewno kolby okazało się wyjątkowo twarde i w dodatku wymoczone w jakimś impregnacie. Zaokrąglił potem jeszcze pozostałe po cięciu ostre kanty i złożył się jak do strzału.
- I jak? – ciekawość Lachmuta wyraźnie wzrosła.
- Pasuje jak ulał. Sam zobacz – podał mu broń.
- Faktycznie – Lachmut starannie ją obejrzał i nawet na próbę przykrył połą kurtki. – Zaraz się wezmę i za swoją pepeszę. Będzie ją można nosić nawet w kościele i nikt niczego nie zauważy.
- Ale my przecież nie wybieramy się do kościoła?
- Jeszcze by tego brakowało. A ponadto…
- Co?
- Za te nasze dotychczasowe sprawki, żaden klecha nie dał by nam rozgrzeszenia. A gdyby nawet nam dał, to chyba musielibyśmy żyć ze sto lat, aby zdążyć odprawić całą nakazaną pokutę!
06.10.1946, południe – Polska, Jelenia Góra, siedziba Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego.
- Kończymy już te luźne pogawędki! – przybyły z Wrocławia wysoki funkcjonariusz Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego widząc nazbyt swobodną jak na jego gust atmosferę, zadzwonił łyżeczką o stojącą przed nim szklankę z herbatą. – Prywatnie pogadacie sobie później. A teraz otwieram naradę poświęconą fiasku naszych podwójnych poszukiwań, które mimo upływu już ponad doby, jak dotychczas nie dały rezultatów. Nie wiemy nic ani o dwójce, która czwartego wieczorem zamordowała dwóch ludzi na strażnicy po niemieckiej stronie, po czym bezczelnie przeszła na naszą i wsiąkła jak przysłowiowy kamień w wodę, ani też o trójce, której poszukiwania zarządzono wczoraj wczesnym popołudniem. A jeszcze mamy na głowie tych cholernych Amerykanów…
- Jakich znowu Amerykanów? – padło z sali pełne zdumienia pytanie.
- Jakich? A przyjechało do nas kilku przedstawicieli ich armii, rzekomo poszukujących grobów ich poległych lotników.
- Na naszym terenie? I dlaczego rzekomo?
- A tak. Na naszym, i to za oficjalnym porozumieniem międzyrządowym. Już w kwietniu nasze Ministerstwo Administracji Publicznej za pośrednictwem Departamentu Administracji w piśmie okólnym skierowanym do wojewodów przekazało w tym względzie odpowiednie dyspozycje. Tak więc przyjechali i szukają tu nie wiadomo czego. Zaczęli dość neutralnie, bowiem od okolic Przytocznej, w Lubuskim, gdzie w końcu maja 1944 roku rozegrała się powietrzna bitwa nad tą miejscowością i pobliskim Międzyrzeczem.
- A naprawdę była taka bitwa?
- Owszem. Zestrzelono wtedy kilka amerykańskich bombowców, ale i kilku niemieckich myśliwców. Część lotników wyskoczyła na spadochronach i ocalała, a poległych członków załóg pochowano gdzieś w okolicy. Wracając zaś do tej ekipy, po poszukiwaniach w okolicach Przytocznej zaraz potem i nie wiadomo dlaczego zapędzili się aż tutaj, na nasz teren. Jeżdżą na lewo i prawo, penetrują teren, rozpytują mieszkańców… Oczywiście musieliśmy wydelegować naszych funkcjonariuszy aby operacyjne zabezpieczyć ich poczynania, co generuje odciągniecie co najmniej kilkunastu ludzi od bieżących zagadnień.
- A nie można ich stąd jakoś przepędzić? Zatrzymać na jakiś czas pod byle pretekstem?
- Nie da rady. Mają oficjalne dokumenty dyplomatyczne, a nasze Ministerstwo Spraw Zagranicznych nie chce z Amerykanami żadnych konfliktów. Przynajmniej na razie… A wracając do naszych poszukiwanych… Co na to Wojska Ochrony Pogranicza?
- Jak już wcześniej raportowano na piśmie, powiadomiono wszystkie strażnice oraz wprowadzono stan alarmowy aż do przejścia granicznego koło Mieroszowa włącznie. Nawiązano kontakty z leśniczymi i gajowymi. Mają oni też uczulić podlegających im robotników leśnych. Od okolic Szklarskiej Poręby, gdzie poszukiwana trójka miała przekroczyć granicę, to około pięćdziesięciu pięciu kilometrów w linii powietrznej. Drogami to dobra osiemdziesiątka, bo wiadomo, że przez góry nie da się iść po prostej. Jednym słowem, w żaden sposób nie mogli w tym czasie pokonać takiej odległości. Muszą być gdzieś znacznie bliżej.
- Dobrze. A ta dwójka morderców?
- Taka sama procedura. Ale oni do Mieroszowa mieli by ponad sto dwadzieścia kilometrów w linii prostej. Niemożliwe, aby w półtora dnia pokonali taką odległość. Też muszą być gdzieś znacznie bliżej i to raczej zachodniej granicy.
- Patrole?
- Wzmocnione stany osobowe. Używamy też kilka psów służbowych. A na linii drogi Mieroszów – Wałbrzych wprowadziliśmy wahadłowe patrole zmotoryzowane i rowerowe. Legitymujemy i rewidujemy wszystkich. Jakby co, nie ujdą!
- A Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego? – przedstawiciel województwa spojrzał na kolejnego, siedzącego obok oficera.
- Jak wyżej, z tym, że my nie patrolujemy granicy. Od tego są nasi towarzysze z WOP – u.
- Nie o to pytam!
- Rzuciliśmy do bezpośrednich działań pełne trzy kompanie, łącznie ponad trzystu pięćdziesięciu żołnierzy, podzielonych na drużyny. To trzydzieści pięć zmotoryzowanych patroli, działających do omawianej już drogi Mieroszów – Wałbrzych na zachodzie i drogi od granicy na Nysie, poprzez Gozdnicę, Bolesławiec, Złotoryję, Jawor, Strzegom i Wałbrzych od północy – w międzyczasie podszedł do powieszonej na ścianie mapy województwa, linijką wskazując poszczególne miejscowości.
- Jednocześnie dużo i mało – skwitował przedstawiciel Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa. Liczba patroli robi wrażenie, gorzej jednak gdy popatrzy się na zakreślony przez towarzysza teren. To szmat ziemi i dziesiątki, a raczej i setki większych czy mniejszych miejscowości.
- Ale to nie wszystko – przedstawiciel KBW się nie poddawał. – Uruchomiliśmy też posiadaną przez nas agenturę i już ponad siedemdziesiąt osobowych źródeł informacji wypatruje oczy i nadstawia uszu. Wcześniej czy później muszą być jakieś rezultaty.
- Muszą, albo i nie muszą. Ja bym raczej rekomendował, aby te zmotoryzowane dziesięcioosobowe patrole rozbić na piątki. Łącznie, będzie ich wtedy aż siedemdziesiąt. Patrolami pieszymi można by wtedy obstawić mosty i ważniejsze skrzyżowania. Pełniły by rolę posterunków blokadowych.
- Tak jest, towarzyszu pułkowniku! Od razu po naradzie prześlemy odpowiednie rozkazy.
- Milicja?
- Wszystkie posterunki powiadomione. Dane tych dwóch z granicy wpisane w notatniki, chociaż osobiście wątpię, aby nadal posługiwali się taką tożsamością. Nawiązano współpracę z kolejarzami, powiadamiając o poszukiwanych obsługi dworców i pociągów. Mają meldować o wszystkich podejrzanych podróżnych. Oczywiście przedstawiono sprawę w ten sposób, że są to pospolici przestępcy i mordercy. Niezależnie od tego, wstrzymano wszystkie planowane urlopy i oddelegowania, a dla całego stanu wprowadzono stan podwyższonej gotowości oraz zwiększono ilość nocnych patroli.
- Sądzicie, że mogą przemieszczać się w nocy?
- Tego nie wiemy, ale to również bierzemy pod uwagę. Bo zarówno dwójka z zachodniej granicy, jak i ta trójka z południowej, rozpłynęła się właśnie w nocy. Myślę, że po jakimś czasie da to oczekiwane rezultaty. Jak nie u nas, to u naszych towarzyszy – rozejrzał się wokoło.
- Dobrze… A co na to wspierająca nasze działania 10 Sudecka Dywizja Piechoty? Dostaliście już odpowiedni rozkaz z samego Ministerstwa Obrony Narodowej?
- Tak jest! – siwawy pułkownik wyprostował się na krześle. – Zgodnie z rozkazem na tydzień zawiesiliśmy nawet szkolenia programowe, kierując podległych sobie żołnierzy do działań patrolowych w siedmioosobowych patrolach, po osiem godzin na zmianie i przez całą dobę, w pobliżu wszystkich miejsc postoju i pobytu naszych pododdziałów. Na chwilę obecną to ponad dwadzieścia rejonów totalnej kontroli, dla intruzów praktycznie nie do przejścia, gdyż w każdym jednocześnie porusza się co najmniej pięć patroli.
- A dlaczego akurat w siedmioosobowych? Nie mogą być takie jak u nas, czyli pięcioosobowe? – przedstawiciel KBW popatrzył z niejakim zainteresowaniem.
- My jesteśmy w innej sytuacji. Wy towarzyszu, z reguły kierujecie do swoich jednostek różnego rodzaju aktywistów partyjnych i młodzieżowych, czyli element politycznie zaangażowany i ideowy, często mający już doświadczenie bojowe, zarówno z partyzantki jak i z wojska. My natomiast dostajemy przypadkowego rekruta, niekoniecznie uświadomionego politycznie i przez to niedostatecznie przekonanego do przemian ustrojowych, a bandyci, którzy przekroczyli granicę, wydają się być zawodowymi zabójcami. Stąd też na czele każdego patrolu stoi żołnierz zawodowy jako dowódca sześciu rekrutów. Bo inaczej, raz dwa i moglibyśmy mieć znacznie więcej trupów.
- A gdyby tymi siłami zacząć przeczesywać obszary leśne? Zrobić taką swego rodzaju obławę?
- Myśleliśmy już nad takim rozwiązaniem, ale uznaliśmy, że było by to tylko marnotrawienie sił i środków. Lasów tutaj mnóstwo i to często w górzystym terenie. Bez dobrych przewodników nasi ludzie chodzili by tam jak błędne owce, a tylu i to dobrych przewodników po prostu nie ma. No, gdybyśmy mieli jakiś określony obszar, gdzie ktoś by ich zauważył, to była by zupełnie inna sprawa. Tak, jak już raz zadziałaliśmy w sprawie bandy tego byłego oficera kolaboranckich i zdradzieckich wojsk Własowa, „Krwawego Iwana”. Tyle, że ich było kilkudziesięciu, a ponadto dokonywali napadów i rabunków pozostawiając za sobą liczne ślady. Tu jest jednak inaczej. Wiemy tylko, że weszli na teren naszego kraju i rozpłynęli się jak we mgle. Ponadto, z góry założyliśmy, że ci ludzie kierują się jednak do miejsc zamieszkałych, a nie do jakiegoś lasu.
- Czemu?
- Towarzyszu pułkowniku… Partyzantka w górach i w lesie, gdy idzie zima? W pięć osób? Niewykonalne! Nawet nasi partyzanci podczas okupacji, mimo wsparcia miejscowej ludności, w okresie zimowym czasem zawieszali aktywną działalność bojową i czekali z jej wznowieniem do nadejścia wiosny. A ponadto wcale nie jest pewne, czy te dwie grupy są ze sobą w jakikolwiek sposób powiązane.
- No, dobrze. A agentura?
- Nasz Oddział Informacji także nie próżnuje. Uruchamiamy wszelkie posiadane źródła osobowe i czekamy na wyniki. Wcześniej czy później, muszą być jakieś rezultaty.
- To niech te rezultaty będą jak najszybciej. Bo my, tam we Wrocławiu też mamy swoich przełożonych, a tą sprawą intensywnie interesuje się już Warszawa. A ponadto…
- Tak… – zawiśli wzrokiem na ustach przełożonego.
- Naciskają też nasi radzieccy towarzysze. Kapitan Witalij Aleksiejew rezydujący nie gdzie indziej jak właśnie tu, w Jeleniej Górze, dzisiaj rano ponownie wysłał swój konny oddział w teren. Po co? Tego nie wiemy. Zdaje się, że wyprzedza nas co najmniej o krok, więc i my musimy się wykazać. No bo jak by to wyglądało, gdyby to on ujął zbiegów?
- Moment… – oficer reprezentujący KBW niedowierzająco pokręcił głową. – Czy to znaczy, ze nasi radzieccy towarzysze nie informują nas o swoich ustaleniach i przedsięwzięciach w tej sprawie?
- Niestety, nie zawsze. Widać mają ku temu jakieś swoje powody – przedstawiciel województwa w wyraźny sposób nie chciał komentować tego, tak niewygodnego i politycznie drażliwego zagadnienia. – A my jesteśmy tu po to, aby sami rozwiązać ten problem.
Narada trwała jeszcze godzinę, a jej rezultat był jeden. Choćby jaja miały pękać, tajemniczych a nieproszonych gości trzeba ująć. Za wszelką cenę i nie bacząc na koszty. Ludzkie czy materialne!
Komentarze
Prześlij komentarz