Przejdź do głównej zawartości

ATOMOWY POKER 239

 

            07.10.1946, przed świtem – Polska, las przy drodze Wałbrzych – Mieroszów.


            Obudził ich chłód. Mimo, iż mieli ciepłe kurtki, mimo, iż dodatkowo nakrywali się przeciwdeszczowymi pelerynami, już o piątej kręcili się w swoich legowiskach, jakby złośliwie przesiąkających przykrą, nocną wilgocią.

- To co? Wstajemy? – Williams popatrzył po kompanach, mimo bliskości i nadciągającego już świtu, wciąż jeszcze ledwo co widocznych. – Bo jakby co, nic już tutaj nie pośpimy.

- Jasne! – Moore nie miał wątpliwości.

- A jak tam u ciebie? – to pytanie w oczywisty sposób Williams skierował do Kowalsky’ego. – Będziesz mógł iść?

- Zaraz zobaczę – Kowalsky wyciągnął nogę spod peleryny, ściągnął skarpetę w dół i pomacał sobie kostkę. – Jakby mniej opuchnięta. 

- A boli?

- Jak nacisnę, to trochę tak. Ale jest już lepiej.

- To świetnie. Wstajemy więc, coś zjemy, napijemy się i zmieniamy skarpety.

- Znowu? – Moore wyraźnie był niezadowolony .

- A co? Może mi powiesz, że masz suche? Nic z tego! Nie chcę tu nawet słyszeć o żadnej stopie okopowej.

Faktycznie… O ile stopień zawilgotnienia ich ubrań był jeszcze na poziomie akceptowalnym, to skarpet zdecydowanie nie. To już nie było lato i mimo panującej dotychczas niezłej pogody oraz wciąż świecącego jesiennego słońca, rano i wieczorem buty przesiąkały. Ogrzewali je, zdejmując do snu i umieszczając pod przykryciem, ale skarpety jednak dalej wilgotniały. A przecież nie mogli dopuścić, aby zwykła wilgoć i zimno miały spowodować fiasko ich misji. Infekcja, martwica czy uszkodzenia nerwów stóp w najbardziej banalny i skuteczny sposób mogły zepsuć wszystko. Nawet skuteczniej, niż wysyłane przeciwko nim hordy przeciwników. Zmieniali więc skarpety, za dnia przyczepiając je do plecaków i susząc podczas marszu, a potem chowali pod kurtki i rano zakładali ciepłe.

            Tak było i tym razem. Zrobili więc co trzeba, ale zaistniał nowy problem. Bo but Kowalsky’ego wszedł co prawda na nogę, ale już zawiązać się go nie dało. A w każdym razie tak, jak powinien być zawiązany. Opuchnięta noga nie pozwoliła na takie fanaberie i chcąc nie chcąc musieli pogodzić się z tym, że jeden z nich musi człapać w luźnym bucie. Od razu też było wiadomo, że przynajmniej o połowę spowolni to ich marsz i utrudni skryte przemieszczanie, ale mimo nadrabiania miną, musieli się z tym pogodzić.

 

            07.10.1946, świt – Polska, las pod Kamienną Górą. 


            Na światło dzienne, ani też na ewentualnych poprzednich, nieznanych im lokatorów tego miejsca, nie czekali. Posilili się szybko i ruszyli na wschód, czując już bliskość wyznaczonego im celu. No bo co to jest te trzydzieści kilometrów, gdy się ma rowery i cały dzień przed sobą? Co prawda odległość ocenili w linii prostej, co prawda aktualny dzień był już o pięć i pół godziny krótszy od najdłuższego dnia w roku, ale skoro poczuli tę pewność siebie? Wsiedli więc na rowery i wąskim leśnym duktem popedałowali przed siebie. I chociaż Lischka jeszcze przed wyjazdem zaczął się zastanawiać nad brakiem – poza  posiadanymi dwoma latarkami – jakichkolwiek alternatywnych źródeł światła, Lachmut nie podzielał tych obaw.

- Nic się nie martw! – optymizm wyraźnie mu dopisywał. – Jak znam życie, w tych tunelach, które mamy sprawdzić, nie będziemy ani pierwszymi, ani nawet setnymi ciekawskimi. Na pewno działały tam już ruskie, polskie i diabli jeszcze wiedzą jakie służby. Na pewno zostawili też w podziemiach niedopałki jakichś świeczek, kaganków czy pochodni. A w razie czego, będziesz świecił oczami!

 

07.10.1946, przedpołudnie – Polska, las przy drodze Wałbrzych – Mieroszów. 


            Widok na drodze musiał zaskakiwać każdego, bez względu na fakt, czy był on miejscowym, czy też przyjezdnym, czy szedł do szkoły, czy może jechał do pracy, sklepu lub lekarza. Każdy osobnik płci męskiej, tak na oko powyżej piętnastego roku życia był szczegółowo kontrolowany i legitymowany. Kazano wyciągać rzeczy z kieszeni, sprawdzano zawartość teczek czy plecaków. Niektórych nawet obmacywano pod kątem poszukiwania ukrytej broni. Wykonywało te czynności kilka, rozstawionych co około kilometr pieszych patroli, pomiędzy którymi krążył też dwuosobowy patrol rowerowy. Półgodzinna obserwacja ujawniła również przejazd terenowego samochodu, z którego siedzący obok kierowcy oficer, skontrolował pracę podległych posterunków. 

            Jednym słowem nie było dobrze i obie obserwujące tę sytuację grupy, poczynały nawiedzać czarne myśli. Obie? Oczywiście, bo nie wiedząc nic o sobie i swojej w tym miejscu obecności, przyczaiły się przy drodze niespełna dwieście pięćdziesiąt metrów od siebie! I jak niewielka dzieliła ich odległość, tak i nieodległy był tok trawiących ich myśli. – Niech  to szlag trafi! Czy naprawdę trzeba będzie czekać aż do wieczora, aby mieć jakąkolwiek szansę na przeskoczenie tej cholernej drogi?

            Trwali tak w tej obserwacji, gdy nagle zaszło coś nieoczekiwanego. Co? Byli zbyt daleko aby cokolwiek usłyszeć, ale sytuacja wydawała się klarowna. W zawieszonej na rowerowej ramie teczce wyjeżdżającego z bocznej drogi i skręcającego w kierunku Wałbrzycha cywila znaleziono coś, co nakazało obu kontrolującym go żołnierzom zdjąć karabiny z ramion i poprowadzić go pod bronią w stronę następnego posterunku. A rowerowy patrol był właśnie tam! Powstała więc luka, którą natychmiast należało wykorzystać! Nie czekali więc długo. Ledwie żołnierze z konwojowanym cywilem oddalili się o jakieś czterysta metrów, gdy z lasu przy drodze praktycznie jednocześnie wyskoczyły dwie grupy. Nie patrząc już na boki, rwały przed siebie, aby po jakichś siedmiu czy ośmiu sekundach zapaść w las po drugiej stronie. I ani stojący około kilometra na południe posterunek, ani odwróceni tyłem konwojujący cywila żołnierze, nie byli świadomi tego, co prawie na ich oczach przed chwilą nastąpiło.

 

            - Żyjesz? – pięćdziesiąt metrów za drogą Williams zwrócił się do Kowalsky’ego. – Jak noga?

- Jak poprzednio. Ale widziałeś to co ja?

- A niby co?

- No, tych dwóch z rowerami, co przebiegali drogę obok. Tak samo jak my!

- Jakich dwóch? Moore, widziałeś coś?

- Nic. Rwałem przed siebie, aby jak najszybciej wylądować po drugiej stronie. Przecież miałem nie tylko swój plecak – demonstracyjnie podniósł w ręce plecak Kowalsky’ego.

- Ja też nic. Nie zdawało ci się? – Williams uważnie popatrzył na zwiastuna tak niecodziennej relacji. – A może masz gorączkę?

- Daj spokój. Nie mam żadnej gorączki i widziałem to co mówię. Jakieś dwieście metrów po lewej, praktycznie w tej samej chwili wyskoczyło z lasu dwóch gości z rowerami i plecakami. Przebiegli drogę tak samo jak my i wpadli do lasu. Muszą być tu gdzieś blisko.

- Jesteś tego pewien?

- Tak samo ja tego, że głupio się pytasz – Kowalsky’ego w tym momencie zawiodły nie tylko nerwy, ale i  żołnierska dyscyplina. – Mówię wam, że są tu gdzieś obok nas!

- No, dobra – widząc stan podwładnego, Williams nie chciał tu prowokować jakiejś awantury. – Więc mówisz po lewej?

- Tak.

- W porządku. Znikamy więc stąd, skręcając bardziej w prawo. Skoro nie wiemy kto to jest, lepiej ich unikać.

 

            - No, udało się  – Lischka wreszcie odetchnął głębiej. – Bo już myślałem, że przyjdzie nam tam czekać do ciemnej nocy.

- No… Ja też tak myślałem. Nie wiedziałem jednak, że prawie razem z nami czekali też inni.

- Jacy znowu inni?

- To nie widziałeś?

- Czego?

- Jak to czego? Tych trzech, którzy jakieś dwieście metrów po prawej przeskakiwali szosę razem z nami.

- Poważnie?

- A nie? Przecież w takich sprawach jaj bym sobie nie robił!

- Jak wyglądali?

- A bo ja wiem? Zauważyłem tylko, że było ich trzech. Jeden z plecakiem, jeden też z plecakiem i miał coś dużego w ręku, jeden bez niczego.

- Czyli muszą być gdzieś blisko?

- Jak byś zgadł…

- To nie mamy innego wyjścia. Jak najszybciej stąd spadamy. I najlepiej mocno w lewo!

 

07.10.1946, wieczór – Polska, góra Soboń.


            Zmierzchało. A na dodatek załamywała się pogoda, bo świecące przez ostatnie dni słońce, zaraz po południu zaczęło się skrywać za coraz mocniej ciemniejącymi chmurami. A kiedy jeszcze zaczął kropić drobny deszczyk, dobry nastrój panujący po pokonaniu patrolowanej przez wojsko drogi, zniknął bez śladu. Parli jednak przed siebie, częściej już prowadząc posiadane rowery, niż jadąc na nich. I nawet świtała im myśl, aby może gdzieś je porzucić, ale przeważyła ich decydująca w tym momencie funkcja. Przecież nie musieli nieść plecaków! Umocowali je na ramach, pomiędzy siodełkami a kierownicami i doskonale zdawało to egzamin. A, że nie było to zbyt wygodne? No cóż… Lepiej pchać obciążone rowery, niż targać na sobie kilogramy obciążenia. Nogi i kręgosłupy mają przecież swoją ograniczoną wytrzymałość. Walczyli więc dzielnie z oporem leśnych prowadzących pod górę przesiek, aż wreszcie doszli do miejsca, które w oczywisty sposób zwiastowało kres ich całodziennej wędrówki.

 – To chyba będzie już tu – zmęczony długą i związaną z unikaniem jakichkolwiek innych osób eskapadą, Lachmut wskazał przed siebie i jeszcze raz popatrzył na kompas. – Bo skoro wiocha za nami to Wüstegiersdorf, czyli jak to teraz napisano na drogowskazie, Głuszyca, a góra przed nami opleciona jest siecią szyn kolejki wąskotorowej, to raczej się nie mylimy. Przed nami nasz pierwszy, a przy dużej dozie szczęścia może i ostatni cel. Ramenberg!

- Myślisz? – Lischka przez chwilę krytycznie popatrzył na zalesiony masyw.

- Na dziewięćdziesiąt dziewięć procent. Przecież zaraz za wsią trafiliśmy na drogę prowadząca prosto na północny wschód. Potem przeszła na pełny kierunek wschodni i zaraz później skręciła na północ. A my już nie skręcając zeszliśmy w las i dymamy cały czas pod górę. Zresztą, jeżeli tak jest, to zaraz się przekonamy. Jeszcze kawałek i gdzieś tu powinny być te sztolnie, o których mówił nam Moder. No, naprzód! Coś czuję, że na dzisiaj to już ostatni nasz wysiłek!

            Rzeczywiście. Czterysta metrów dalej trafili na pierwszą sztolnię i natychmiast uznali, że nocny w niej pobyt to najlepsze rozwiązanie. Wzmagający się deszcz nie przemoczy ubrań, wiatr również nie dokuczy, a rozpalone w niewielkiej odległości od wejścia niewielkie ognisko nie powinno zwabić nieproszonych gości. Osuszą się, ogrzeją, zjedzą wreszcie coś na ciepło. Weszli więc kilkanaście metrów w głąb, oparli rowery o ścianę, położyli plecaki na skalnym spągu. I już bezpośrednio przy wejściu odkryli kilkanaście porzuconych podręcznych źródeł światła. Jakieś niedopalone kaganki, jakieś prowizoryczne pochodnie, a nawet słoik na drucie z resztką świecy w środku. Więc dobra nasza! Posiadane i dotychczas pieczołowicie chronione w plecakach dwie latarki z zapasowymi bateriami spokojnie mogą potraktować jako żelazny zapas. A to co tu znaleźli zbiorą do kupy i zmajstrują takie źródła światła, o jakich nawet najstarszym góralom się nie śniło. Ale to dopiero jutro. Na razie zaś przyciągnęli z lasu kilkanaście ułamanych od dołu pnia, a więc nieco suchszych gałęzi, rozpalili niewielkie ognisko, osuszyli się i zjedli.

- No! – Lischka odrzucił za siebie pustą puszkę po konserwie i potężnie beknął. – Nareszcie porządnie pożarłem! Więc teraz będzie można odpocząć.

- Za bardzo się nie ciesz – Lachmut był bardziej pragmatyczny. – Nie będziemy przecież spać na twardej skale. Trzeba przyciągnąć jeszcze więcej tych gałęzi, aby choć trochę odizolować się od zimnego kamienia. Bo jak się przeziębimy i złapiemy wilka…

            Argumentacja była racjonalna. Wyszli więc na zewnątrz i znów od dołu ułamali kilkanaście gałęzi, moszcząc sobie miękkie posłania. W końcu poczęli układać się na nich, mrucząc z zadowoleniem.

- O Jezu! – Lachmut zdjął buty, wyprostował nogi i kilkakrotnie poruszył palcami stóp. – Jaka ulga!

- A ty co? – Lischka popatrzył z niejakim zdziwieniem. – Jesteś jakiś cholerny wierzący czy co?

- Ja? A skąd ci to przyszło do głowy?

- No jak to skąd? Przecież przed chwilą wzywałeś Jezusa!

- A, o to ci chodzi… Coś ty! Tak mi się tylko powiedziało. A w ogóle, to niewierzący też często wzywają Jezusa.

- Tak? Ciekawe kiedy? – Lischka dalej był nieprzekonany.

- No, pomyśl… - Lachmut wyraźnie zaczął się bawić całą tą sytuacją. – Nawet częściej niż myślisz.

- Tak? No to mi powiedz, jak jesteś taki mądry.

- Lischka… Pieprzyłeś kiedy jakąś bardziej namiętną kobitkę?

- Pytanie… Bo to raz…

- A miała orgazm?

- I to jaki!

- No! A przypadkiem Jezusa wtedy nie wzywała?

- O kurwa! Rzeczywiście!

- No widzisz? Nawet niewierzący, w chwili orgazmu czasem go wzywają!

- Faktycznie – Lischka z zamyśleniem pokiwał głową. – Jak to pewne rzeczy nam umykają. Ale ty chyba nie miałeś orgazmu po prostu zdejmując buty!

- Oczywiście, że nie. I ciesz się, że nie zdjąłem je przy tobie w zamkniętym pomieszczeniu.

- Domyślam się. Miałbym wtedy przeżycia, o których bym nawet nie wiedział jak je opowiedzieć.

- Nie tylko takie, niby oczywiste, a niedostrzegane przez większość ludzi rzeczy dzieją się na świecie… – Lachmut kontynuował temat. – A na przykład praworęczność… Oczywiście wiemy, ze większość ludzi z reguły posługuje się prawą ręką. Ale jak by ci przyszło to udowodnić, to co byś zrobił?

- Jakąś ankietę?

- A jak byś stwierdził, że twoi rozmówcy cię nie okłamują?

- No to nie wiem. Może jakaś ukryta obserwacja?

- Obserwacja tak, ale po co zaraz ukryta? Wystarczy powiesić w pierwszej lepszej toalecie dwie rolki papieru toaletowego. Jedną po stronie lewej, drugą po prawej. O ile oczywiście nikt ich nie ukradnie, to po pewnym czasie zawsze się okazuje, że rolka po prawej stronie znika znacznie szybciej. I to jest właśnie dowód na praworęczność większości!

- Dobre! – Lischka zatrzasnął się ze śmiechu. – Sam to wymyśliłeś, czy ktoś ci podpowiedział?

- Tu muszę ci się pochwalić. To moja osobista obserwacja! I wierz mi, że jak najbardziej prawdziwa!

            Rozmowy tej, bądź co bądź tak odkrywczej, już nie kontynuowali. Pełne żołądki, wygodne posłania i ciepło powoli dogasającego ogniska szybko sprawiły, że zapadli w głęboki sen. Trzeba przecież nabrać sił, by od rana rozpocząć penetrację obiektu.

 

Komentarze