07.10.1946, wieczór – Polska, okolice miejscowości Łomnica, las i grupa skał na północnym zboczu góry Ostoja.
Mimo pewnej poprawy stanu Kowalsky’ego, dotarli jedynie tutaj. Odbijając w prawo, dwukrotnie bowiem trafili na grupy robotników leśnych, których obejście od południa spowolniło ich marsz i zaprowadziło niebezpiecznie blisko granicy z Czechosłowacją.
Przekonali się o tym i to bardzo szybko, będąc zmuszonymi schodzić z drogi trzyosobowego patrolu Wojsk Ochrony Pogranicza, z reguły nie zapuszczającego się przecież w głąb terytorium ochranianego kraju. Przy zaczynającym padać deszczu rozpaczliwie poszukiwali jakiegokolwiek schronienia, powoli godząc się już z koniecznością spędzenia zimnej i mokrej nocy pod zwykłymi pelerynami, gdy nagle i niespodziewanie takie znaleźli. Był to zwykły paśnik dla zwierząt, zbudowany z grubych bali w kształcie litery X, podzielony na dwie części, na dole którego w minionych czasach pozostawiano karmę, a na górze pod solidnym dachem składowano siano. Już pobieżne oględziny jasno dowiodły, że obiektem tym od dawna nikt się nie opiekował, ale akurat tym bardziej im to pasowało. Rozłożyli się więc pod dachem na resztkach leżącego tam chyba jeszcze od wiosny ubiegłego roku, zetlałego siana. Zjedli, odpoczęli i zaczęli studiować mapę.- Wszystko wskazuje, że jesteśmy tutaj – Kowalsky wskazał punkt na mapie. – W linii prostej do celu mamy nieco ponad sześć kilometrów. Czyli jednocześnie dużo i mało.
- Dużo? – Williams również popatrzył na rozłożoną pod peleryną i oświetloną przytłumionym światłem latarki płachtę papieru.
- Oczywiście. Mamy tutaj przed sobą kawał otwartego terenu. I jeszcze po drodze miejscowość Wüstegiersdorf. Musimy ją obejść, bo przecież nie możemy sobie pozwolić, aby nas tu ktoś wypatrzył. Nieco dalej na zachód jest też miejscowość Dornhau, którą również musimy okrążyć. Chcąc nie chcąc, każde takie obejście nabija nam dodatkowe kilometry. Jak to wszystko dobrze policzymy, to wyjdzie nam nawet drugie tyle.
- Więc może wróćmy do pierwotnych ustaleń. Wyśpijmy się, odpocznijmy tu również za dnia i dopiero jutro wieczorem ruszajmy dalej – Moore wszedł im w słowo. – Przejdziemy niezauważeni i na miejsce dotrzemy nad ranem. Korzyść będzie i taka, że przez najbliższą dobę noga Kowalsky’ego powinna w pełni wrócić do formy. A jak już tam dotrzemy, prześpimy się z pół dnia, po południu zrobimy co swoje i pojutrze wieczorem spadamy stąd. Już ze spokojną głową i satysfakcją z wykonanego zadania.
- Powoli… Nie mów hop, dopóki nie przeskoczysz. A co do twojej propozycji… Być może jest w niej nawet jakaś racja, ale o tym zadecyduję rano. A teraz spać, ale czujnie – Williams podsumował wynik krótkich konsultacji, spoglądając w bok, na strugi spływającego z dachu paśnika obfitego deszczu.
07.10.1946, późny wieczór – Niemcy, przedmieścia Koblencji, koszary francuskich wojsk kolonialnych.
- Widziałeś już? – sierżant Amir Hassan znacząco popatrzył na szeregowego Yusufa Ali.
- Ale co?
- No, jak to co? Grafik służb na najbliższe dni.
- Jeszcze nie.
- To popatrz uważnie. Bo dziewiątego mamy nocny patrol. Razem z kapralem Haddadem.
- I wtedy zamierzasz…
- Oczywiście. Chyba nie myślisz, że puszczę płazem śmierć własnego kuzyna? Że przejdę nad tym do porządku dziennego i uznam, że nic się nie stało, gdy jacyś niewierni zastrzelili go jak wściekłego psa? Honor mi na to nie pozwala! No, powiedz… Jak bym spojrzał w twarz jego ojcu po powrocie do kraju, gdybym zaniechał zemsty?
Faktycznie. Zostałby chyba pariasem, bez czci i honoru, którego być może wyrzekła by się nawet najbliższa rodzina. Mieć okazję i nie zemścić się na niewiernych? To chyba piekło musiało by zamarznąć!
- Masz już jakiś plan? – po chwili milczenia Ali zadał to fundamentalne pytanie.
- A jak myślisz? Że pójdziemy w ciemno?
- To co wykombinowałeś?
- Pamiętasz ten samotny dom pod lasem? Niedaleko miejsca, gdzie go zastrzelono?
- No jasne!
- Mieszkała w nim samotna kobieta. Niezła… Nawet miałem ochotę ją odwiedzić – tu lubieżny uśmieszek pojawił się na jego ustach – ale ostatnio pojawił się tam jakiś facet. Pewno mąż.
- I to tam chcesz iść?
- A co? Ktoś musi odpowiedzieć. Prawdziwego sprawcy nie dało się ustalić, więc padło na nich. To tylko Szwaby, w dodatku mocno oddalone od innych ludzkich siedzib, więc ich krzyków nikt i nigdy nie usłyszy.
- A pies? Mają tam jakiegoś psa? Bo jakby co, zacznie pruć mordę i trudno będzie ich zaskoczyć.
- Dotychczas nie mieli. I chyba pod tym względem nic się nie zmieniło.
- A jak ten facet stanie w jej obronie?
- To będzie gryzł ziemię. Zresztą, tak czy inaczej będzie ją gryzł. Ona też, tylko trochę później, jak już pozna, co to znaczy zaspokoić prawdziwych marokańskich wojowników. A potem i tak nie będzie litości. Śmierć za śmierć!
08.10.1946, wczesny ranek – Polska, góra Soboń.
Noc przeszła szybko. Ognisko wygasło, podziemia wiały chłodem, więc z podjęciem właściwych działań długo nie czekali. Na zewnątrz cały czas lało, więc bezpośrednio po śniadaniu zabrali się za źródła światła i poszło im naprawdę nieźle. W niespełna dwadzieścia minut skonstruowali niewielką pochodnię oraz kaganek, do którego wykonali nawet nowy knot z kawałka sznurowadła. Wsadzili go w porzucony przy wejściu słoik i zagłębili się w ciemny korytarz, ale jedyne co znaleźli przy końcu około trzystumetrowej sztolni, to podarte strony wydrukowanej w języku polskim gazety, w oczywisty sposób użytej przez kogoś w celu wytarcia tyłka. Pozostały jednak z boku również inne kawałki, których jakoś nie użyto i Lischka natychmiast zagłębił się w ich odczytywanie.
- No i co tam piszą? – Lachmut przyświecał mu kagankiem, dla lepszego efektu podnosząc go w górę.
- Zaraz – Lischka obracał w ręku gazetę. – O, jest i tytuł – wskazał palcem. – Jakaś „Trybuna Dolnośląska” z poniedziałku, drugiego września tego roku. Piszą tu o rozpoczęciu roku szkolnego. A tu, o cholera! – obracał przez chwilę papiery w rękach – jest i drugi tytuł. Jakiś „Pionier”, ale ten już z piątku, o cztery dni późniejszy. Gość który je tu przyciągnął, miał je widać złożone w jedną całość, dopóki na zachciało mu się srać.
- Piszą tam coś ciekawego?
- Nie da się odczytać. Facet udarł sobie stronę przy samym tytule.
- I w porządku. Martwi mnie tylko jedno – Lachmut podrapał się w głowę. – Wszystko wskazuje, że tu przed nami było już sporo ludzi. Te wypalone świece i pochodnie przy wejściu, teraz te gazety… W każdym razie ktoś tu bywa i sądząc po datach, nie dalej niż jakiś miesiąc temu. Może nawet i później.
- A co się przejmujesz… Bierzemy to w kieszeń i wracamy do skrzyżowania, które wcześniej minęliśmy. Odchodzi od niego lewa odnoga. Spenetrujemy ją, a jak nawet nic nie znajdziemy, to przy wyjściach strzelimy fotki i będzie w porządku. A potem zaraz poszukamy i spenetrujemy następną sztolnię. Według szkiców, które wbijał nam w głowę brigadeführer Moder, musi być jakieś czterysta metrów na wschód i to bezpośrednio przy szynach kolejki wąskotorowej.
- Niby masz rację. Ale jak nas tu ktoś zaskoczy?
- To szybko i skutecznie pożegna się z życiem. Bo niby od czego mamy dwa automaty i po półtora magazynka amunicji na łba? A zresztą…
- Co?
- Jak będzie mniej niż trzech, to w tych ciemnościach wystarczy się tylko przyczaić. A potem cicho nożem pod żebra i po problemie!
08.10.1946, rano – Polska, okolice miejscowości Łomnica, las i grupa skał na północnym zboczu góry Ostoja.
Budzili się powoli, bo i aura jakoś szczególnie nie zachęcała do wczesnego wstawania. Jeszcze o siódmej lało jak z cebra i dopiero po ósmej największa ulewa powoli zaczęła ustępować.
- To co? Zostajemy, czy będziemy ruszać? – Moore najpierw znacząco popatrzył na spływające z dachu krople deszczu, a potem na Williamsa.
- Zaraz… Daj pomyśleć. Tu nie można tak na „łapu,capu”. A jak tam twoja noga? – tym razem Williams zwrócił się do Kowalsky’ego.
- Nieźle, ale przydał by się jej wypoczynek nawet do wieczora. A niezależnie od wszystkiego myślę, że jednak ten ostatni odcinek bezpieczniej będzie przejść nocą.
- No, coś takiego… - Williams udał zdumienie. – Najlepsi komandosi świata marzą o odpoczynku!
- Z tymi najlepszymi na świecie, to ja bym zbytnio nie przesadzał. Zawsze może się okazać, że gdzieś są lepsi od nas – Moore popatrzył po nich z tłumionym uśmieszkiem.
- A co masz na myśli?
- Niby nic szczególnego. Znacie może dowcip o żydowskich krawcach?
- Nie…
- To posłuchajcie. W jakimś tam małym, zapyziałym polskim miasteczku mieszkało przed wojną czterech żydowskich krawców. Przypadek sprawił, że wszyscy przy tej samej ulicy. Oczywiście ostro ze sobą konkurowali i pewnego dnia nad zakładem krawieckim jednego z nich pojawił się afisz „Najlepszy krawiec w Polsce”. Nie minęło wiele czasu, gdy u drugiego pojawił się napis „Najlepszy krawiec w Europie”. Po kilku następnych dniach nad zakładem trzeciego pojawił się napis „Najlepszy krawiec na świecie”. I gdy wszyscy myśleli, że to już koniec, nad zakładem czwartego pojawił się napis „Najlepszy krawiec na tej ulicy”!
- Dobre… - ryknęli tłumionym śmiechem, trzymając się za brzuchy. – Ale to chyba my jesteśmy najlepsi na tej ulicy!
- Na sto procent tak. Ale będziemy jeszcze lepsi, jak do celu dojdziemy suchą nogą. Bo teraz… - Moore znów popatrzył na spływające z dachu krople i to przeważyło.
- Dobra! – Williams w końcu podjął decyzję. – Nawet jak przestanie padać, czekamy do zmroku. A potem ostatni wysiłek. Bo do celu, powinniśmy dotrzeć tuż przed świtem.
08.10.1946, przedpołudnie – Polska, góra Soboń.
Padać nie przestawało. W ciągu ostatniej godziny odnaleźli jednak i spenetrowali jeszcze następną sztolnię, w oczywisty sposób nie dokończoną i liczącą jedynie około stu metrów, by stanąć przed kolejnym dylematem. Iść już w kierunku Wolfsberga, czy jeszcze powęszyć w miejscu? Bo przecież trafili na coś naprawdę niezwykłego. Po pierwsze zlokalizowali dwa niewielkie ceglane kominy szczelnie wypełnione betonem, noszące ślady mało skutecznego zresztą rozkuwania. Czemu miały służyć? Nawet Moder nie wspominał o czymś takim, w przeciwieństwie do miejsca, gdzie niesamowitym zresztą wysiłkiem Ruscy pokonywali pancerne drzwi, aby przekonać się, że za nimi jest tylko lita skała. Znalazłszy to miejsce, obaj zgodnie ryknęli śmiechem, wyobrażając sobie ich nic nie rozumiejące, zdziwione i zaskoczone miny. Niezależnie jednak od tego, ich uwagę przykuło jeszcze jedno miejsce. Wyglądające jak początek sztolni, wysadzone a następnie rozkopane i rozryte przy wejściu, może nawet z użyciem niewielkich ładunków wybuchowych, sprawiało dziwnie mroczne wrażenie. Jakby sama śmierć swym lodowatym oddechem owionęła ten fragment góry. Otwór wchodził około czterech metrów w głąb skały, kończąc się tysiącami ton głazów zawalających tam wejście. I tylko z niewielkiego otworu nieznanego im przeznaczenia stalowej rury, jakby na urągowisko wystającej z wnętrza zapadliska i z której powoli, kropla za kroplą wypływała rdzawej barwy woda, wyszedł nagle szczur. Tłusty, obleśny, lekko zmrużył oczy i poruszył wąsami.
- O rzesz ty! – nie wytrzymał Lachmut. – A kamieniem w łeb chcesz? – rozejrzał się za stosownym orężem, lecz bezczelny gryzoń nie zareagował. Popatrzył na nich, jakby szacując, ile mięsa z ich kości można będzie ogryźć i z powrotem powoli zaczął wpełzać do środka. Kamień rzucony pół sekundy później minął go o przysłowiowy włos.
- Ale tłusty, sukinsyn! – skomentował Lischka. – Miał tu gdzieś co żreć.
- Miał czy nie miał, pies mu mordę lizał! – Lachmut był bardziej pragmatyczny. – Wyciągaj aparat i zrobimy kilka zdjęć. Bo coś mi się wydaje, że to wyjątkowo ciekawe i tajemnicze miejsce. A potem ruszamy na Wolfsberg. Może tam znajdziemy tę sztolnię, którą ponoć tak dobrze zamaskowano.
08.10.1946, późne popołudnie – Polska, góra Włodarz.
- Mam już tego dość – Lischka znacząco popatrzył po niebie. – Wyglądało na to, że przestanie padać, a teraz znowu zaczyna lać jak z cebra. Zrobiliśmy tu już co swoje i żadnej zamaskowanej sztolni nie znaleźliśmy. A dowodem na to będą te fotki, które trzaskaliśmy tu jak kto głupi.
- Faktycznie – Lachmut podrapał się po głowie. Przeszliśmy ten teren chyba z pięć razy i nic. Więc znów trzeba poszukać jakiegoś schronienia.
- A po co szukać? Przecież jakieś dwieście czy dwieście pięćdziesiąt metrów na północ jest pierwsza z tych czterech pustych sztolni Wolfsberga. Zanocujmy tam jak poprzednio na Ramenbergu i rano ruszymy w drogę powrotną. Ile w końcu może tak padać?
- Dobra! Znikamy stąd i idziemy pod ten skalny dach. Ale wcześniej spenetrujmy tę sztolnie chociaż na kilkaset metrów w głąb. Bo nie chciałbym, aby okazało się, że ktoś inny wpadł na taki sam pomysł jak i my. A poza tym…
- Co?
- Nie uważasz, że to trochę za blisko drogi? Ktoś może nią jeździć.
- Po nocy i w czasie takiej ulewy? Mało prawdopodobne. Ale na wszelki wypadek, musimy być czujni. Jak zawsze!
Godzinę później wszystko było jasne. Niedaleko od wejścia po obu stronach sztolni znaleźli dwie wartownie, gdzie tymczasowo pozostawili swoje rowery. Dalsza penetracja ujawniła rozbudowany system poprzecznych tuneli, w które się już nie zapuszczali. Było cicho, ciemno, zimno i w widoczny sposób mieszkańcami tego podziemnego kompleksu było tylko nieco nietoperzy, które już na dzień dobry przeleciały im nad głowami.
-To co? Zostajemy? – Lischka rozejrzał się po skalnym wnętrzu.
- A mamy jakieś inne wyjście?
- Ale nie mamy na czym spać. Nic do podłożenia pod dupę.
- Chyba nie sądzisz, że znajdziesz tu jakąś kołdrę. A może nawet łóżko z miękkim materacem i jakąś chętną do współpracy panienką?
- To co zrobimy?
- Lischka… A co leżało za tą obetonowaną częścią?
- Co? Chyba nic…
- Dla ciebie nic, a dla mnie coś…
- Znowu jesteś taki mądry?
- Żebyś wiedział. A te papierowe worki po cemencie? Od spodu zawilgocone, ale na górze…
- Faktycznie – olśniło Lischkę. – Masz łeb jak sklep! – zafundował mu wątpliwej jakości komplement. – I jak wystarczy, to zrobimy jeszcze małe ognisko. A rano, bez względu na pogodę proponuję wracać. Tym razem już bardziej na południe i przez Czechosłowację. Bo tam nas chyba nie szukają.
Komentarze
Prześlij komentarz