06.10.1946, południe – Polska, las pod miejscowością Przesieka.
- To w końcu ruszamy, czy czekamy do wieczora? – Lischka popatrzył na nagle znieruchomiałego i jakby nieobecnego duchem Lachmuta. – Bo przecież jeszcze rano ustaliliśmy, że jak już utniemy te kolby i się wyśpimy, to będziemy mogli…
- Cicho! – wsłuchany w las Lachmut podniósł ostrzegawczo palec do góry. – Słyszysz?
- Co?
- Nie słyszysz? Jakby konie!
- Gdzie?
- A tam! – wyraźnie podenerwowany Lachmut wskazał na północ. – Wyraźnie słyszałem rżenie konia.
- Chowajmy rowery! – chociaż jeszcze nic nie słyszał, Lischka zareagował błyskawicznie. – W tamtym zagajniku. I sami też tam przypadnijmy.
Poderwali się na równe nogi, porwali z ziemi broń i plecaki, złapali rowery za kierownice i biegiem pokonali dwadzieścia metrów dzielące ich od zbawczej gęstwiny. W samą porę, bo chwilę później usłyszeli już odgłos kopyt i prowadzone w jakimś nieznanym im języku głośne rozmowy.
- A butelka? – tym razem Lachmut był już naprawdę zdenerwowany, wskazując dłonią przed siebie.
Rzeczywiście. Na środku polanki, którą kilka sekund temu opuścili w pośpiechu, iskrzyło się w słońcu szkło świeżo porzuconej przez nich flaszki.
- Dobra. Moja flaszka, moja sprawa – Lischka zerwał się na równe nogi, zanim jego kompan zdążył zareagować. Wypadł spomiędzy świerków młodnika, w tempie sprintera pokonał dystans, złapał flaszkę i rzucił się z nią z powrotem. Przypadł później do mchu ciężko dysząc, chociaż dystans który pokonał był przecież niewielki.
- W porządku… – chwilę później poczuł na ramieniu dłoń Lachmuta. – Miałeś dziś szczęście. A właściwie mieliśmy je obaj!
Siedem sekund później na polanę wjechał pierwszy jeździec.
- Stój! – porucznik Ganbat ściągnął cugle. – Zarządzam pół godziny odpoczynku. Wolno palić! Napoić konie w strumieniu, dać im obroku. Kto chce, może jeść.
- A ognisko wolno rozpalić? – kilku z nich wskazało na pobliski zagajnik. – Nałamiemy gałęzi i zaraz zrobimy coś na ciepło.
- Dobra – kiwnął głową na zgodę, ale spojrzawszy na zegarek po chwili zmienił zdanie. – Albo nie! – surowo spojrzał na rozczarowanych, już kierujących się w stronę zagajnika żołnierzy. – Mamy jeszcze kawał terenu do sprawdzenia, a czasu nie za wiele. Porozkładacie się, rozleniwicie, a potem będzie wam ciężko. Odpoczniecie, jak już wykonamy zadanie i wrócimy na kwaterę!
- Akurat! – jeden z żołnierzy mruknął pod nosem, ale tego Ganbat już nie usłyszał. – Daję sobie głowę uciąć, że jak tylko się pojawimy, kapitan Aleksiejew zaraz wymyśli nam coś nowego. I to nawet szybciej, niż się tego spodziewamy.
Ile czasu leżeli jak martwi, nie śmiąc spojrzeć na zegarki, a nawet głośniej odetchnąć? Pół godziny, trzy kwadranse? Nie umieli tego odtworzyć, gdy w końcu ostatni z jeźdźców opuścił polanę.
- Co to kurwa było? Widziałeś kiedyś takich?
- A gdzie tam… Mordy jakieś płaskie jakby wyklepane z patelni, oczy wąskie i skośne oraz jak dla mnie, to nie mówili w żadnym ludzkim języku – Lischka pierwszy odzyskał humor.
- No właśnie. Wyglądali jak z Dalekiego Wschodu. Tatarzy, Mongołowie, Jakuci czy też może jakaś inna nacja. W każdym razie zwykłe dzikusy.
- Nooo… Nie lekceważ ich. W razie potrzeby widać, że są szybcy oraz bezwzględni. I jakby co, lepiej nie wpaść im w ręce.
- To się wie. A co do naszych spraw… Skoro skierowali się dalej na południe, to może lepiej od razu ruszajmy stąd dupy? Jak najdalej stąd i od razu prosto na wschód.
06.10.1946, popołudnie – Polska, las na południe od miejscowości Boguszów – Gorce.
To ile jeszcze? – Williams rozpostarł mapę.
- Jeszcze jakaś godzina i dojdziemy do drogi na Waldenburg – Kowalsky nie miał żadnych wątpliwości. – Po polsku to teraz Wałbrzych, chociaż jeszcze niedawno nazywał się Borowieck.
- Tak często zmieniają nazwy? – Moore był z lekka zdziwiony.
- Nie mam pojęcia, ale akurat tak jest.
- A dalej?
- Za drogą proponuję iść jeszcze ze dwie do trzech godzin. Praktycznie cały czas mamy tu lasy, więc możemy przemieszczać się skrycie. A na noc zatrzymajmy się tu – wskazał palcem. – Wyśpimy się, odpoczniemy i jutro koło południa, jak wszystko dobrze pójdzie, powinniśmy już dotrzeć do celu.
- A przewidujesz coś nie tak? – Moore znów nie ukrył zdziwienia.
- Nie, ale nigdy nic nie wiadomo. Gdy pytano mojej babci co będzie robić jutro, to z reguły odpowiadała, że przecież jeszcze dzisiaj nie przeżyła!
- Mądra kobieta! – Williams zakończył tę rozmowę. – No, zbierajmy się. Przed tą drogą na Wałbrzych zrobimy mały odpoczynek i przeprowadzimy porządną obserwację. Bo coś mi się zdaje, że może tam być spory ruch!
Jak pech to pech! Do drogi rzeczywiście doszli, ale po prawie trzech godzinach. Najpierw Kowalsky skręcił nogę, tak nieszczęśliwie stąpając po kamieniach, że dopiero mocne obandażowanie obrzmiałej kostki pozwoliło mu jako tako posuwać się naprzód. Musieli przy tym również taszczyć jego plecak, gdyż próba chodzenia z tym obciążeniem, już po dwóch minutach zakończyła się ponownym, równie bolesnym upadkiem. A i sama droga Wałbrzych – Mieroszów wyglądała tak, jakby bezładnie i bez jakiegokolwiek planu przemieszczał się tam po pijaku dobry pułk wojska. Patrol za patrolem, kontrola za kontrolą, w oczywisty sposób dotycząca nawet miejscowej ludności. W tej sytuacji, postanowili na razie nie ryzykować. Odeszli jakieś pół kilometra w tył, znaleźli dobre miejsce i rozłożyli się na nocleg.
06.10.1946, wieczór – Polska, las pod Kamienna Górą.
Nieziemsko zmęczeni, ale i pełni satysfakcji po bezpiecznym pokonaniu biegnącej w poprzek ich eskapady drogi relacji Kamienna Góra – Lubawka, znaleźli wreszcie dobre miejsce na nocleg. Nieświadomi, że znaleźli się już poza terenem działania Kałmuków, cały czas spięci i zestresowani, w zapadającym zmroku spoglądali po lesie, jakby miały się stamtąd wyłonić jakieś zmory czy maszkary. Wreszcie, zamaskowawszy rowery pod kilkunastoma specjalnie urwanymi gałęziami świerków, położyli się obok plecaków, dla bezpieczeństwa pozostawiając dłonie oparte o ucięte kolby pepesz. I długo tak nie leżeli, bo już po kilku minutach Lachmut usiadł, macając dłonią za sobą.
- Co, mrówki cię oblazły?
- Nie. Coś tu jest twardego – wstał, pogrzebał chwilę w mchu i zdumiony wyciągnął spod niego trzy puste puszki po konserwach.
- Co znalazłeś? – w mroku zapadającej właśnie nocy Lischka nie zdołał zidentyfikować znalezisk.
- Konserwy. A właściwie puszki po konserwach… Całkiem świeże – dodał po chwili powąchawszy ich wnętrza. – Ktoś je tu zostawił nie dalej niż dobę wstecz.
- Pokaż! – Lischke też poderwało z miejsca. Starannie je obejrzał, powąchał i potwierdził spostrzeżenia kompana. – Faktycznie! Co to może znaczyć?
- Nie wiem, ale proponuję dokładniej sprawdzić to miejsce. Bo żeby się nie okazało, że wpadliśmy jak śliwka w gówno!
Kilkunastominutowe oględziny nic nowego nie dały. A właściwie dały, ale tym bardziej do myślenia. Bo dosłownie kilkanaście kroków dalej odkryli w grubym mchu trzy wgłębienia, tak, jakby nie dalej niż kilkanaście godzin temu leżały tam obok siebie trzy dorosłe osoby.
- Do cholery! – Lischka nie wytrzymał, położywszy się w jednym z odkrytych miejsc. – Co tu się dzieje? Kto tu nocował?
- A bo ja wiem? Może jacyś kłusownicy albo robotnicy leśni, którzy wyrwawszy się spod oka leśniczego osuszyli flaszkę i postanowili tu wytrzeźwieć. Diabli wiedzą. Nie zdziwił bym się, gdybyśmy tu jakąś znaleźli.
- Mówisz o flaszce?
- A niby o czym?
- Nie sądzę. Puszki po konserwie już nie napełnisz, ale opróżnioną flaszkę bez problemu. Jest jeszcze zbyt cenna aby ją tak po prostu wyrzucić, więc na pewno zabrali ją ze sobą.
- Czyli co? Możemy przenocować, ale skoro świt spadamy stąd?
- Na to wychodzi. Tym bardziej, że jak by nam dobrze poszło, to może już jutro wieczorem bylibyśmy u celu.
Kilkanaście minut później dobrze już chrapali. I gdyby nawet myśleli sto lat, nigdy do głowy by im nie przyszło, że śpią dokładnie w tym samym miejscu, gdzie jeszcze kilkanaście godzin wcześniej przebywała nieznana im amerykańska konkurencja, spędzająca noc już tylko niespełna piętnaście kilometrów dalej na wschód.
06.10.1946, późny wieczór – Niemcy, francuska strefa okupacyjna, wieś w pobliżu Koblencji.
Kładli się już spać, gdy delikatne pukane w okno poderwało ich na równe nogi.
- Oni? – Truda z przerażeniem w oczach popatrzyła na Henryka.
- Myślisz o Marokańczykach?
- Tak…
- Nie. Oni by tak nie pukali. Ale ty, na wszelki wypadek wskakuj w dzienne ciuchy i znikaj w pokoju z tyłu. Ja pójdę zobaczyć kto i czego chce.
Tak jak stał, w szortach i podkoszulku poszedł otworzyć. Po drodze wziął jeszcze z półki ogromny, mający już chyba ze sto lat i aktualnie do niczego nie służący metalowy klucz od nieistniejących już drzwi, dziwnym trafem pozostały po poprzednich właścicielach. Znakomicie pasował do jego mocnej postury, a ewentualne uderzenie jego wystającym z dłoni na kilka centymetrów końcem mogło powalić każdego napastnika. Podchodząc do drzwi chciał jeszcze wyjrzeć przez dziurkę od klucza, aby bliżej zorientować się w sytuacji, gdy z drugiej strony usłyszał przyciszony, ale znajomy już głos.
- Panie Haaze, otwórz pan. To ja, listonosz Neugebauer.
- To pan? – otwierając drzwi i widząc niewyraźne dwie sylwetki usiłował dokładniej wpatrzyć się w mrok. – A co się stało? I kim jest pański towarzysz?
- Ciszej! I nie zapalaj pan światła. Pogadamy w środku, ale najpierw proszę zasłonić okno.
Wymagane czynności trwały tylko moment i już po minucie usiedli przy kuchennym stole. Neugebauer normalnie, za to jego towarzysz niespokojnie rozglądał się wokół, patrząc raz po wnętrzu, a raz po jego gospodarzu. W wieku około czterdziestu lat, szczupły i przedwcześnie łysiejący, sprawiał wrażenie nieco starszego niż prawdopodobnie był w rzeczywistości.
- Tak, jak niedawno rozmawialiśmy, herr Haaze. Przyprowadziłem wam gościa na przechowanie – listonosz rozpoczął rozmowę. – Co prawda wyszło to nieco wcześniej niż planowaliśmy, ale czasem tak się zdarza.
- Ale teraz, po nocy?
- No, a kiedy? W środku dnia, na oczach wszystkich?
- Faktycznie. Pan wybaczy, ale nie pomyślałem.
- Czyli tak, jak już wcześniej ustaliliśmy. Jest pan stuprocentowym cywilem, ale właśnie dlatego mogącym okazać się wyjątkowo przydatnym. Takich jak pan, nikt nie będzie podejrzewał.
- Oby sprawdziło się to, co pan mówi. A przepraszam, nasz gość to na ile? Kilka dni, tydzień?
- Jeszcze nie wiadomo, ale chyba nie dłużej niż tydzień. A potem przyjdę po niego i zniknie.
- Czyli rozumiem, ze musi się pan ukrywać… – tu Henryk zwrócił się do nocnego gościa. – Ścigają pana?
- Poniekąd tak, ale nie jestem żadnym zbrodniarzem. Po prostu pewnego dnia znalazłem się w niewłaściwym miejscu i czasie. Ale o tym za długo by gadać.
- Proszę nie wypytywać, herr Haaze – Neugebauer wszedł im w słowo. – Więcej pan od naszego gościa nie usłyszy i proszę mi wierzyć, że są ku temu odpowiednie powody. A poza tym, czasem lepiej za dużo nie wiedzieć.
- Oczywiście, herr Neugebauer. Ale jak mam się zwracać do naszego gościa, to chyba się dowiem?
- Proszę mi mówić Horst. To wszystko, co mogę powiedzieć – gość był od początku mocno powściągliwy.
- To co? – Neugebauer chciał się jeszcze upewnić. – Wszystko w porządku? Nie zawiedzie pan?
- Mam swój honor. Jak się do czegoś zobowiązuję, to wiem, na czym polega obowiązek prawdziwego Niemca! Pana umieścimy w pokoju od tyłu, okna stamtąd wychodzą na ogród. A żona zaraz przygotuje coś do zjedzenia i pościeli tam łóżko.
- Tylko nie łóżko! – osobnik podający się za Horsta zaprotestował energicznie. – Bo gdyby znów zdarzyła się u państwa jakaś rewizja, to jak się pan wytłumaczy z pościelonego i świeżo używanego łóżka? Zaczną przesłuchiwać, naciskać i jaką mam pewność, że ktoś z państwa w końcu czegoś nie chlapnie? Nawet przypadkiem… Będę więc spał w stodole na sianie i tam też proszę przynosić mi jedzenie. A za parę dni i tak zniknę. To chyba dobry układ, prawda?
Komentarze
Prześlij komentarz