Przejdź do głównej zawartości

ATOMOWY POKER 241

 

09.10.1946, rano – Polska, las koło miejscowości Kolce.


            Plany planami, ale życie koryguje czasem nawet najbardziej precyzyjne ustalenia.

Mieli ruszać o zmroku i do celu dotrzeć przed świtem, ale sama przyroda jakby stanęła im na drodze. I o ile w ciągu poprzedniego dnia wydawało się, że już zaraz przestanie padać, równo ze zmrokiem nadciągnęły ciemne chmury, a burza z piorunami niepodzielnie zapanowała nad całą okolicą. Nie było więc sensu wysuwać nosa spod szczelnego dachu paśnika i dopiero dwie godziny przed świtem warunki poprawiły się na tyle, że zakończyli słodkie lenistwo i obrali kierunek do celu. Wykorzystując nocne ciemności, od razu też narzucili mocne tempo marszu mijając pod drodze uśpione jeszcze wsie, po czym zagłębili się w gęsty las.

- To gdzie teraz jesteśmy? – Williams pochylił się nad mapą, wykorzystując pierwszy blask wstającego dnia.

- Myślę, że gdzieś tu – Kowalsky wskazał palcem na skraj lasu tworzącego większy kompleks. – Poszliśmy przecież prawie prosto na wschód i minęliśmy te dwie drogi oraz linię kolejową – pokazał na mapie. – A te dwie miejscowości, które widzieliśmy na południu, to Wüstegiersdorf i Dornhau. Więc teraz pójdziemy już tylko lasem, obierając kierunek północno-wschodni.

- Nie będzie łatwo. Dróg praktycznie nie ma i jak widzę, cały czas pod górkę – Moore również popatrzył na rozłożoną kartę.

- A ty co? Chciałbyś tylko w dół? Nie ma lekko. A tu – Kowalsky pokazał na mapie – jakieś pół kilometra dalej na wschód płynie niewielki strumyk. Bezpośrednio przy nim biegnie jakaś ścieżka czy też leśna przesieka, ale proponuję iść przynajmniej ze sto metrów z boku. Diabli bowiem wiedzą, kogo by można na niej spotkać.

- Racja – Williams podsumował te wywody. – Ostatnie czego nam potrzeba to na kogoś trafić, przy tym już tak blisko celu.

- Faktycznie blisko – Kowalsky jeszcze raz popatrzył po mapie. – Według tego co tu narysowano, to w linii prostej niecałe trzy kilometry. Może nawet tylko dwa i pół z kawałkiem.

- No, to czas na odpoczynek – Moore jak zwykle szedł na łatwiznę. – A potem ostatni skok i wchodzimy do środka obiektu.

- Nie tak szybko. W gęstym, nieznanym lesie niełatwo trafić na wskazany nam fragment góry. A i nie wiadomo, czy po takim okresie mechanizmy wejścia zadziałają jak powinny. Mogły zardzewieć, z hydraulicznych siłowników mógł wyciec olej czy coś takiego. W końcu minęło już półtora roku…

- Nie ma co krakać – podsumował Williams. – Faktycznie, odpocznijmy pół godziny, ale potem już w drogę. I to bez żadnego zatrzymywania, bo w tym terenie samo przejście może nam zająć i ze dwie godziny.

 

09.10.1946, rano – Polska, góra Włodarz.


            Czy to naprawdę byli tak bardzo zmęczeni, czy też raczej komfort snu na izolujących ich od skalnego podłoża papierowych workach - z których zrobili sobie nawet poduszki i prowizoryczne nakrycie sprawił - iż obudzili się później niż zamierzali.

- O cholera! – Lischka pierwszy zapalił latarkę i spojrzał na fosforyzujące wskazówki zegarka. – Już dziesięć po ósmej.

- No, co ty? – Lachmut przeciągnął się leniwie. – Naprawdę?

- A co? Myślisz, że jaja sobie robię? Jak mówię, że po ósmej, to po ósmej!

- Spokojnie. Tak mi się tylko powiedziało. A swoją drogą…

- Niby co?

- Spałem już w różnych warunkach, ale nigdy nie przypuszczałem, że tak się wyśpię na zwykłych papierowych workach.

- Nie przejmuj się. Ja też nie miałem pojęcia. Ale teraz to chyba już wstaniemy?

- Pewnie, że tak. Kiszki z głodu marsza grają, a jak chce mi się lać!

            To ostatnie przeważyło. Załatwili więc potrzeby pod skalną ścianą, podeszli do wyjścia i wyjrzeli na zewnątrz.

- Ranek. I co najważniejsze przestało padać. Nawet wychodzi słońce.

- To może zjedzmy coś na zewnątrz. Mam już trochę dość tego chłodu i ciemności.

- W porządku. Weźmy tylko rowery i odejdźmy trochę w las. Bo przy tych wejściach, jesteśmy widoczni jak na patelni.

 

            Kwadrans później, na maleńkiej leśnej polance zjedli po konserwie, zagryźli sucharami  i popili skondensowanym mlekiem z puszki.

- No! Wreszcie wiem, że żyję – Lachmut poklepał się po brzuchu. To teraz jeszcze zakopmy te puszki i w drogę. Najpierw prosto na południe, gdzie powinniśmy trafić na rozdroże trzech leśnych ścieżek przy zachodnim zboczu góry Mulenberg. Jest tam  taka niewielka przełęcz. Stamtąd skręcimy lekko w prawo, w kierunku południowo-zachodnim. Pójdziemy lasem tak długo jak się da, a później obierzemy kierunek na Dornhau. Stamtąd, to już niewiele więcej niż jakieś trzy kilometry do granicy z Czechosłowacją. A tam, jak już wcześniej mówiłeś, raczej na nas nie polują.

 

09.10.1946, południe – Polska, południowe zbocza góry Moszna.


            - To musi być gdzieś tutaj – Kawalsky schował kompas, popatrzył po mapie i rozejrzał się po zalesionym zboczu. – Nie chce być inaczej.

- Jesteś pewien?

- Praktycznie na sto procent. Kto wie, czy nawet nie w zasięgu naszego wzroku.

- No, tak… Mamy szukać trzech sosen i tarniny. Ale przecież drzew tu od jasnej cholery – Moore jak zwykle okazał się malkontentem.

- Cisza! – Williams postanowił bezzwłocznie przerwać ewentualne dalsze narzekania. – A nie zauważyłeś, że jak na razie te drzewa to głównie świerki? Ponadto, mamy tam też znaleźć popękaną skałę i krzaki tarniny nad nią. Pamiętacie przecież zdjęcia i rysunki?

- Owszem. Ale ja tu nie widzę żadnej tarniny.

- To ją sobie znajdziesz. A na razie, zaczynamy od wschodniej strony tego zbocza i będziemy się powoli posuwać ku zachodowi. Gdzieś przecież musi być.

- Oczywiście – Kowalsky wszedł im w słowo. – To zbocze ma nie więcej niż pięćset czy też sześćset metrów szerokości, bo tam dalej na północny zachód jest już przełęcz z rozdrożem trzech leśnych dróg. Wiec to nie jest duży obszar. Jak dla mnie, spenetrujemy to w mniej niż godzinę.

- Więc koniec dyskusji. Ruszamy w prawo i po dojściu do końca tego zbocza posuwamy się na zachód. Powoli i uważnie. Ja idę u podnóża, a wy w zasięgu wzroku. Kowalsky pięćdziesiąt metrów w górę ode mnie, a Moore sto metrów. Wykonać! 

 

            - To chyba musi być gdzieś tu – Lischka rozejrzał się wokół. – Bo przecież nie mogliśmy przegapić aż trzech ścieżek. Zwłaszcza, że teren zaczął się obniżać.

- Myślę, że zaraz trafimy. Nie mogły przecież zarosnąć na amen. To praktycznie niemożliwe. Jeszcze najwyżej z pół kilometra i na pewno trafimy. I kto wie, czy to miejsce nie będzie właśnie tam – Lachmut wskazał dłonią na wyraźny spadek terenu leżący na wprost przed nimi.

- Myślisz? – Lischka był nieco sceptyczny.

- A co? Chcesz się założyć?

- Nie. Poczekamy, zobaczymy – ostrożnie zakończył kwestię przełęczy i wydłużył krok. 

 

            - I co? Okłamano nas? – Moore zaczynał już wyraźnie kręcić nosem. – Przeszliśmy to zbocze i nic. Bo przecież za tę przełęcz nie ma już co chodzić.

- Przyroda zrobiła swoje – Kowalsky był mniej sceptyczny. – Przez półtora roku zamaskowała to miejsce lepiej niż najlepszy iluzjonista. Musimy więc przejść jeszcze raz. Na pewno znajdziemy.

- Na pewno, to George Washington nie żyje – Moore nie rezygnował ze swego malkontenctwa.

- Cisza! – Williams nie zamierzał tolerować jałowych dyskusji. – Wracamy, zmieniając wysokość penetracji zbocza, bo może jeden zauważy to, czego nie wyłapał drugi. Tym razem ja idę od góry, Moore niżej, a Kowalsky na samym dole.

 

            - No! To wreszcie jesteśmy gdzie trzeba i teraz już zmieniamy kierunek – Lachmut rozejrzał się po przełęczy.  Od tego miejsca skręcamy nieco w prawo i …

- Padnij! – nagłe wezwanie Lischki, choć mocno przytłumione, zawierało śmiertelną groźbę i Lachmut nawet się nie zastanawiał. Wzorem swego kompana natychmiast przypadł do ziemi, dla bezpieczeństwa nawet nie usiłując się do niego podczołgać. Bo przecież ludzkie oko najszybciej wyłapuje właśnie ruch…

- Co jest? – wyszeptał jednak po chwili.

- Tam! – dłoń Lischki wskazała w lewo.

- Ale co?

- Nie widzisz? Jacyś ludzie.

Rzeczywiście. Omiatając wzrokiem wskazany teren, również i Lachmut dostrzegł najpierw jednego, a chwilę później i dwóch następnych mężczyzn. Skupieni wokół siebie w wyraźny sposób rozmawiali, aby po chwili rozrzucić się w tyralierę kierującą się na wschód.

- Żołnierze! – po chwili obserwacji rzucił jakby w przestrzeń i wymownie spojrzał na Lischkę.

- A skąd wiesz?

- Popatrz tylko jak oni chodzą i jak się ubezpieczają. To wyszkoleni żołnierze i to wysokiej klasy.

- Ale nie mają żadnych mundurów. I nie widzę u nich jakiejkolwiek broni.

- I co z tego? Mogą mieć ukrytą, tak jak i my. Popatrz na nich uważniej. Młodzi, wysocy, wysportowani, energiczne ruchy i sprężysty krok. Kurtki oraz buty przystosowane do dłuższego pobytu w terenie. Czapki również. Plecaki mocno wyładowane, w oczywisty sposób na dłuższą wyprawę. Kto wie, czy to właśnie na ich legowisko nie trafiliśmy trzy dni temu.

- Ale co by tu robili? I dlaczego nie w mundurach?

- Bo w oczywisty sposób  nie są to Polacy ani Sowieci.

- Więc kto?

- A bo ja wiem? Nie wygląda to na żaden miejscowy Werwolf, więc może to jakaś prywatna inicjatywa? Kogoś z naszych, kto już tu kiedyś był i powrócił po coś naprawdę cennego? Albo też…

- Co masz na myśli?

- Konkurencję! I wcale bym się nie zdziwił, gdyby to byli na przykład Amerykanie. A na razie jakby co, jedno dla mnie jest pewne. Ta trójka nie przyszła tutaj na grzyby, ani na jakąś cholerną wycieczkę krajoznawczą. Czegoś tu szukają. 

- Ale chyba nie tego co my?

- A żebyś się nie zdziwił. Bo jak tak na nich patrzę…

- Więc co robimy?

- Jak to co? Idziemy za nimi. Bo coś mi się zdaje, że ta gra dopiero się rozpoczyna!

- Ale przecież mamy już odpowiednie fotki! I kasa od Modera tak czy inaczej się należy…

- A zapomniałeś o dobrach wewnątrz tej góry? Bo przecież właśnie jesteśmy przy jej zboczu. A tam, kupa szmalu i różnych drogocennych rzeczy. I gdyby tak ta trójka w jakiś sposób wskazała nam jak tam wejść, bylibyśmy ustawieni już do końca życia. Co? Nie chciałbyś wyjechać na jakąś przyjazną wyspę na słonecznych Karaibach? Leżeć w hamaku bujanym przez młodą, piękną i gorącą Kreolkę? Pić szampana, pływać motorowym jachtem i jeździć najnowszym modelem Rolls – Royce’a?

- Kto by nie chciał…

- Więc nie narzekaj. Rowery chowamy w krzaki i ruszamy za nimi. Tylko ostrożnie i nie za blisko!

 

            Pierwszy zobaczył je Moore. Chciał nawet minąć, ale jakiś instynkt nakazał mu się zatrzymać i dokładniej obejrzeć. Popatrzył jeszcze przez chwilę, spojrzał w dół, ale w tym gąszczu żadnych sosen nie zobaczył. Niemniej jednak niewielkie krzewy nieodparcie przypominały mu te, które wspólnie oglądali w przyrodniczym atlasie McFarlanda i po chwili zdecydował się działać. Czyżby naprawdę była to poszukiwana tarnina?

- Ej, chłopaki! – przyciszonym głosem rzucił w lewo i prawo. – Chyba coś znalazłem.

- Co jest? – Williams podszedł pierwszy. 

- To chyba to, czego szukamy. Sami popatrzcie.

Rzeczywiście. Zarówno Williams, jak i przybyły chwilę później Kowalsky nie mieli żadnych wątpliwości.

- Czyli są…

- Ale jakoś tak mało. Myślałem, że będzie tego więcej, a to zaledwie dwa nędzne krzaczki. O mało nie poszedłem dalej.

- Nie szkodzi. Czyli prawdopodobnie jesteśmy na miejscu.

- Ale trzeba to sprawdzić.

- A jaki to problem? Schodzimy do podnóża i jeżeli rosną tam jakieś trzy sosny…

Rosły! Niewielkie, przypadkiem czy też nie posadzone w trójkąt, swoim wierzchołkiem wskazującym na nieodległą mocno popękaną skalną ścianę!

 

            - I co teraz robią? – Lischka, który na widok schodzących z góry trzech osobników przypadł za grubym pniem wielkiego świerka, nie miał w tym miejscu zbyt dobrego pola obserwacji.

- Stanęli i gapią się na skały. Jakby spodziewali się tam znaleźć nie wiadomo co.

- A dobrze ich widzisz?

- Lepiej niż ciebie.

- To co robimy?

- Czekamy. Bo chyba bez powodu tak się nie gapią.

 

Komentarze