- To co, panowie? – ton Williamsa zrobił się nagle jakoś tak bardzo podniosły. – Kładziemy plecaki na ziemię, pistolety w dłoń i rozbiegamy się po pięćdziesiąt metrów w każdą stronę. Macie na to dwie minuty. Jeżeli będzie czysto, to wracamy. Bo zanim tam wejdziemy, musimy się upewnić, że naprawdę jesteśmy tu sami.
- O cholera!
- Co?
- Biegną!
- W naszą stronę? – Lischka chciał już przeładować automat.
- Stop! – Lachmut wstrzymał go gestem ręki. – Tutaj biegnie tylko jeden i to nie całkiem na nas. Nie ruszaj się. Może nas ominie.
Osobnik, który nagle stanął niespełna dwadzieścia metrów od nich, zamarł jak posąg. Trzymając w dłoni pistolet Luger, wzór P – 08 , powoli kręcił głową wypatrując i nasłuchując przez dobrą minutę. Wreszcie opuścił nieco broń, odwrócił się na pięcie i biegiem powrócił do swoich towarzyszy.
- Już myślałem, że będzie haratanina – Lischka westchnął głęboko. – Gdyby tylko ten typ przebiegł jeszcze z dziesięć kroków w przód, to na bank musiał by mnie zobaczyć. A wtedy…
- Ale nie przebiegł i z tego się cieszmy. A teraz już nie wzdychaj, tylko podsuńmy się bliżej. Bo coś mi się widzi, że jesteśmy u progu wielkiego odkrycia.
- No chyba nie sądzisz, że w jakiś magiczny sposób skały rozstąpią się przed nimi. To nie jest jakaś pieprzona wschodnia bajka o Ali Babie i czterdziestu rozbójnikach.
- Oj, żebyś przypadkiem się nie zdziwił. Żebyś się nie zdziwił…
- Czysto? – Williams popatrzył po swoich kompanach.
- U mnie tak.
- U mnie też.
- To co? Idziemy?
- A niby po co tu przyszliśmy? – Kowalsky wzruszył ramionami. – Jasne, że tak!
- No to do dzieła!
Podeszli do samej skały, popatrzyli po jej pęknięciach i wybrzuszeniach. Wreszcie Moore położył dłoń na jednym z nieco wystających fragmentów i popatrzył na pozostałych.
- Chyba to… Tak jak mówił McFarland. Zbliżony do trójkąta i na wysokości ramienia.
- To naciśnij! – Williams podjął decyzję i mimowolnie nieco się cofnął. Kątem oka zobaczył jeszcze, jak Kowalsky nieco wstydliwym ruchem przeżegnał się szybko i również stanął nieco z boku. – No, tak… – pomyślał przez chwilę. – Przecież to jednak katolik. Wychowany w polskiej katolickiej rodzinie zachował wiarę przodków, dziwnie kontrastującą z bieżącym, niejednokrotnie krwawym zajęciem. Ale co tam… Najważniejsze, że dobry żołnierz!
Pierwsze naciśniecie nic nie dało. Skała nawet nie drgnęła i zdezorientowany Moore popatrzył na Williamsa.
- Może to nie to…
- Mocniej! – Kowalsky nie miał wątpliwości. Śniadania nie jadłeś?
- A jeżeli jest to zaminowane?
- Według McFarlanda absolutnie nie. Nie ma takiej możliwości, więc przyłóż się nieco.
Drugie, wykonane z całej siły naciśniecie w jednej chwili przyniosło rezultaty. Wewnątrz jakby coś zaskrzypiało i po chwili nieregularny fragment skały przypominający niewielkie drzwi odjechał pół metra do wnętrza, usuwając się powoli w bok.
- O kurwa! – wyszeptali to prawie jednocześnie i jak na komendę, widząc poczynania obserwowanej przez nich trójki.
– Widziałeś kiedyś coś takiego? – Lachmut nie mógł uwierzyć w to, co działo się czterdzieści metrów przed nimi.
- Ni cholery! – Lischka również był zdumiony. – Tylko dlaczego nam o tym nie powiedzieli? Nie musieli byśmy łazić tu przez dwa dni, jak te pijane dzieci we mgle. Chyba, że…
- Co?
- Nasi nie wiedzieli o tym wejściu. A to oznacza, że w tej grze jest jeszcze ktoś trzeci. I to on dyryguje tym wszystkim, razem z tymi przed nami.
Ciemna przestrzeń jaka otworzyła się przed nimi, wiała grozą. A właściwie zimnym powiewem śmierci i zaduchem jakby nie do końca rozłożonych zwłok, drażniącym ich nozdrza i powodującym wewnętrzny niepokój. Zebrali się jednak w sobie, sięgnęli do plecaków, wyciągnęli latarki i powoli za Williamsem weszli do wnętrza, oświetlając wąskie, prowadzące w dół schody. Dźwignia pociągnięta już wewnątrz zamknęła wejście z głuchym złowróżbnym dźwiękiem, przypominającym odgłos zatrzaskującego się grobowca.
- To co? Wchodzimy za nimi? – Lischka popatrzył na Lachmuta. – Według mnie, to jest ten obiekt, którego szukamy. Wykosimy ich z naszych automatów i zrobimy co trzeba. Znajdziemy klucz do pancernych drzwi, otworzymy je, zrobimy fotki i zamkniemy. A potem się obłowimy.
- Myślisz o tych nieboszczykach?
- A niby o czym? Im to już wszystko jedno. A co do klucza, to pamiętasz, co mówił brigadeführer Moder? Nawet jak go nie znajdziemy, to wystarczy, że sfotografujemy drzwi z zewnątrz i zadanie też będzie wykonane.
- Nie bądź taki szybki. Ja proponuję jednak zaczekać. Zrobimy tu zasadzkę i wykosimy ich przy wychodzeniu, ale tak, aby jeden pozostał żywy. Odpowiednio go przesłuchamy, zobaczymy też co ewentualnie wynoszą i raz dwa dowiemy się wszystkiego. A później już łatwiej zrobimy co swoje.
- A jak nie wyjdą do wieczora?
- Myślę, że nie będą tam długo siedzieć. Ciemno, zimno i do domu daleko.
- Niby tak, ale nie wiemy, co tam mają do zrobienia. Może im to zajmie więcej czasu?
- Jeżeli nie wyjdą do wieczora, to znaczy, że będą tam nocować. Poczekamy wtedy aż zasną, do jakiejś dwudziestej trzeciej i sami do nich pójdziemy. Mamy czas… Jest dopiero parę minut po czternastej. A na razie coś bym zjadł!
09.10.1946, popołudnie – Polska, wnętrze góry Moszna, obiekt „Centrum”.
Schodzili powoli. Kamienne schodki tłumiły ich kroki, latarki omiatały skalne, nierówno wykute ściany, niczym niezabezpieczony strop chwilami ocierał się im o głowy, a dziwny nieprzyjemny zapach wilgoci pomieszanej z pleśnią i jeszcze czymś innym coraz to bardziej wdzierał się im w nozdrza.
- Ile jeszcze będzie tych schodów? Schodzimy jakby do piekła – Kowalsky w pewnej chwili nie wytrzymał.
- Raczej do grobu – komentarz Moora był równie lapidarny. – Zdaje się, że jest ich prawie trzysta.
- Cisza! – Williams natychmiast zareagował. – Zamknąć jadaczki i wykonywać rozkazy. A takie komentarze zostawcie sobie na czas po powrocie. Zrozumiano?
- Yes sir! – usłyszał dwa razy i obydwaj podwładni, jakby urażeni, umilkli już na dłuższy czas. Nawet wtedy, gdy dotarli do niewielkiej komory, z której pozornie nie było wyjścia, żaden z nich się nie odezwał ani nie przejawił jakiejkolwiek inicjatywy. Musiał więc Williams sam dotykać poszczególnych ścian, aż wreszcie trafił na tę właściwą. Dała ona głuchy odgłos drewna oraz panującej za nim pustki. I dopiero to skłoniło pozostałą dwójkę do wykazania inicjatywy. Oświetlili ścianę i znaleźli jakby uchwyt, za który Moore mocno pociągnął w bok. Jakby na jakichś ukrytych rolkach ściana natychmiast ruszyła i po chwili znaleźli się w następnym, dość zaskakującym pomieszczeniu. Były tam jakieś wiadra, butelki, pojemniki, w kącie pomieszczenia stało też kilka zwykłych szczotek do zmiatania.
- Gdzie my właściwie jesteśmy? W jakimś składziku gospodarczym, czy co?
- Zobaczymy. A na razie idziemy dalej.
Następne drzwi były już normalne. Znaleźli za nimi niewielki korytarzyk, w którym umiejscowiono rząd trzech toalet, a po drugiej stronie wyjście do jakiegoś większego pomieszczenia. Podeszli bliżej, oświetlili je latarkami i na chwilę zapadła cisza. Silne światło ujawniło bowiem kilkudziesięciometrowej długości korytarz, w widoczny sposób zawalony silnym wybuchem. W jego końcu widoczny był też niewielkiej wysokości podłużny prostokąt, wykonany z metodycznie ułożonych głazów i kamieni, prawdopodobnie zebranych tam z zawału.
- To chyba ten grób – Kowalsky odezwał się pierwszy, po czym się przeżegnał.
- Odpuść sobie… – Moore, który zauważył ten gest, spojrzał na niego nieco rozbawiony. – Bo z tego co wiemy, dalej będzie jeszcze kilkudziesięciu nieboszczyków. Nad każdym będziesz się tak żegnał?
- Odpieprz się! – Kowalsky ostro popatrzył na rozmówcę. – Nie twoja rzecz!
- No, no! – Williams musiał interweniować. – Nerwy wam puszczają czy co? To, że Kowalsky czasem się przeżegna, to jego prywatna sprawa. A ogólnie, to skupcie się na wykonaniu zadania, a nie głupim komentowaniu. Idziemy dalej!
Tym razem skręcili w przeciwnym kierunku i po kilkunastu metrach wreszcie zobaczyli cel ich wyprawy. Potężne pancerne drzwi z widocznymi śladami spawania, zarówno w okolicach zamka jak i grubych zawiasów.
- To chyba tu – Moore popatrzył tryumfującym wzrokiem.
- Ale one nie mają oznakowania…
- Jakiego znów do cholery?
- A ten symbol, który pokazywał nam major? Nie pamiętasz?
- O cholera! Rzeczywiście.
Ich konfuzja nie trwała jednak długo. Niespełna dziesięć metrów dalej trafili bowiem na podobne drzwi oznaczone namalowanym pośrodku symbolem, co tylko potwierdziło przekazane im informacje.
- Jednym słowem, jesteśmy na miejscu – Williams w widoczny sposób odetchnął i oparł się o nie. – To teraz jeszcze trzeba je otworzyć.
- Jaki problem? – Moore nie miał wątpliwości. – Według przekazanych nam informacji klucz jest w szufladzie biurka zastępcy dowódcy obiektu. A na drzwiach jego pokoju jest odpowiednia tabliczka. Więc po prostu tam chodźmy. A przy okazji zobaczymy, jak naprawdę wyglądała ta hitlerowska fabryka masowej śmierci.
- A musimy się tak spieszyć? – Kowalsky rozejrzał się wokół i skierował strumień światła w dalszą część korytarza. – Zdążymy. Spójrzmy może na dalszą część tego korytarza. Bo widzę tam jakby wartownię.
- Ok! – Williams również poparzył w tamtym kierunku i ciekawość zwyciężyła. – Takie małe oględziny w niczym nam nie zaszkodzą. A kto wie, co tam jeszcze znajdziemy…
Znajdujące się pięćdziesiąt metrów dalej pomieszczenie, w połowie blokujące przekrój korytarza, rzeczywiście okazało się swego rodzaju prowizoryczną wartownią. Światłem latarek omietli betonowo - ceglane ściany, dwa krzesła, niewielki stolik ze stojącym na nim telefonem i czerwonym przyciskiem, od którego gdzieś dalej biegł elektryczny kabel. Na wprost, w czarną czeluść dalszej części korytarza spoglądał ustawiony w oknie strzelnicy, z założoną taśmą amunicyjną gotowy do strzału karabin maszynowy MG – 42. Wszystko to było pokryte wilgocią, szarozieloną pleśnią i gdzieniegdzie już rdzą. Ale tym, co już w pierwszej chwili wstrząsnęło nimi do głębi, były znajdujące się tam również dwa martwe ciała. Częściowo jakby nadjedzone przez szczury, częściowo zgniłe i zmumifikowane prawdopodobnie w uwagi na panującą tu niską temperaturę, sprawiały koszmarne wrażenie. Potęgowały je dodatkowo patrzące na nich martwe, puste oczodoły i obgryzione z mięsa policzki.
- Co tu się stało? – Moore nie mógł uwierzyć. – Zasnęli, czy co? –popatrzył na jedno z ciał siedzące na krześle i oparte o stół oraz drugie, leżące pod ścianą na wznak.
- Nie zasnęli… – Kowalsky podszedł bliżej i dokładnie oświetlił latarką najpierw jedno, a później drugie ciało. – A w każdym razie nie normalnym snem. Temu opartemu o stolik prawdopodobnie poderżnięto gardło. Głowa prawie odpadła od tułowia. A ten co tu leży, ma dwie podłużne dziury w mundurze i to na wysokości serca. To nie są ślady kul. Prawdopodobnie dostał bagnetem.
- Czyli wzięto ich z zaskoczenia. Bo gdyby nie, to ta „Piła Hitlera” z założoną i gotową do użycia taśmą, rozniosła by ich na strzępy i to już pięćdziesiąt metrów stąd.
- Ciekawe, czy jeszcze by zadziałała? – Moore podszedł do karabinu.
- Zostaw! – Williams zareagował natychmiast. – Rdza już pewnie toczy wnętrze lufy. Chcesz, żeby ci to gówno wybuchło przed oczami?
- Pewnie, że nie. Tak tylko sobie powiedziałem.
- To najpierw myśl, a mniej mów.
- Dobra… – Moore dalej oglądał karabin. – Raz już kiedyś z czegoś takiego strzelałem. Mówię wam… To prawdziwa żołnierska ekstaza! I gdyby tylko to przeczyścić oraz naoliwić…
- Wystarczy. Idziemy stąd – Williams nie widział potrzeby dalszego przebywania w obecności tak tragicznie zmarłych. – I sprawdźmy jeszcze dalszą część tego korytarza. Może i tam jest jakieś wyjście.
Nie było. Za niewielkim zakrętem również był zawał wywołany silnym wybuchem. Olbrzymie głazy zawalały przejście i już wiedzieli, że tamtędy nikt tu nigdy nie przejdzie.
- Czyli co? Wracamy i idziemy na wyższe poziomy. Po ten cholerny klucz…
Zanim tam doszli, przeżyli jeszcze jeden szok. W dwóch sąsiadujących z sobą pomieszczeniach, których przeznaczenia mogli się domyślać jako izby dla zmiany odpoczywającej, znaleźli sześć łóżek w których leżało sześć pokrytych już zielonkawą pleśnią, zbutwiałych i częściowo zmumifikowanych ciał.
- Kurwa! Tych też zadźgano. I to prawdopodobnie we śnie! – Kowalsky nie mógł się powstrzymać od okrzyku przerażenia.
- Chodźmy stąd – Williams również był wstrząśnięty. – Bo zaraz się tu porzygam – nawet nie usiłował ukryć swej nagłej słabości.
Wybiegli stamtąd jak na wyścigi. Dopiero w korytarzu popatrzyli po sobie i zdołali głębiej odetchnąć.
- Czegoś takiego jeszcze nie widziałem – Williams ochłonął pierwszy.
- Ja też…
- I ja.
- Niby byliśmy uprzedzeni… - kontynuował swoje wrażenia Williams. – Ale co innego usłyszeć, a co innego zobaczyć na własne oczy. W dodatku w takim stanie.
- No, cóż – Kowalsky pokiwał głową. – Do tej misji zgłosiliśmy się na ochotnika i z góry wiedzieliśmy, że łatwo nie będzie.
- Niby racja. Ale są jakieś granice – wtórował mu Moore.
- W porządku – Williams wreszcie wrócił do równowagi. – Wiedzieliśmy czego się tu spodziewać, więc już nie narzekajcie. Idziemy na wyższy poziom.
Komentarze
Prześlij komentarz