Rozdział III
Krwawa noc.
09/10.10.1946 – Niemcy, francuska strefa okupacyjna, wieś w pobliżu Koblencji.
Guziki płaszczy zapięli pod same szyje. Wiadomo, jak to jest… Jesień! I żeby to jeszcze w dzień, ale w nocy… Tu już nie było żartów. Marznąć przez całe osiem godzin patrolu, od 22.00 do 06.00 rano, to by nie był dobry pomysł. Przyzwyczajeni do afrykańskiego klimatu, dodatkowo pozakładali pod mundury ciepłe służbowe swetry, a na dłonie wciągnęli rękawiczki.
- No, pokazać mi się! – głos sierżanta, szefa kompanii, a jednocześnie rodowitego Francuza zabrzmiał jak zwykle ostro. – Reprezentujecie francuską armię, więc musicie jakoś wyglądać! – wygłosił jeszcze tradycyjną formułkę, chociaż w głębi ducha uważał swoich podwładnych za zwykłe małpoludy. Krył się z tym skutecznie, mając nadzieję, że już wkrótce naczelne dowództwo wyekspediuje ich z powrotem na pustynne piaski i wreszcie będzie miał spokój. – Czym sobie zasłużyłem, że zostałem pokarany taką dziczą? To normalnie dopust boży! – pomyślał jeszcze, ale na więcej nie było już czasu, gdyż wezwana do przeglądu trójka ustawiła się w szereg.
- Buty! – zakomenderował i szereg wysunął do przodu najpierw lewą, a następnie prawą nogę. – Chusteczki! – padła następna komenda i szereg wyciągnął z kieszeni chusteczki do nosa. Tu też nie było się do czego przyczepić, ale ich nieskazitelna czystość była tylko na pokaz, bowiem sierżant nie miał złudzeń, że jakby co, każdy z nich wysmarka się przez palce i bezpośrednio na ziemię. – W porządku – potwierdził wreszcie znudzonym głosem, marząc już tylko o udaniu się na spoczynek. – Trasę i zadania znacie, odpoczynek jak zwykle w wyznaczonym specjalnie dla nas pomieszczeniu przystanku kolejowego – dzisiaj tego – wskazał palcem na wiszącej na ścianie mapie - od drugiej do drugiej trzydzieści. Pytania?
- Brak – mający dowodzić patrolem sierżant wyprostował się na baczność.
- To wszystko! Odmaszerować – szef kompanii nie zamierzał już kontynuować czynności, które i tak do niczego nie prowadziły. Z góry wiedział, że założenia to jedno, a życie to drugie.
Przerzucili więc karabiny przez plecy, sprawdzili jeszcze przydzielone im na patrol rowery. A w końcu, na głowy założyli turbany…
- To co? Idziemy spać? – Truda rozesłała łóżko i właśnie rozczesywała włosy przed lustrem. – Kury nakarmione i zamknięte, nasz gość Horst też już zjadł kolację i układał się na sianie.
- A drzwi tam zamknęłaś?
- Nie. Nie pozwolił. Ani z tyłu, ani z przodu. Powiedział, że w razie czego musi mieć jakąś drogę ucieczki. Tak jak lis, który ze swojej nory zawsze ma więcej niż jedno wyjście.
- Przebiegły facet. Zastanawiam się, kim tak jest naprawdę. Bo gdyby był jakimś mało znaczącym pionkiem, to nie musiał by się ukrywać.
- To może jednak popełnił jakieś zbrodnie – Truda zastanowiła się przez chwilę. – Może to ktoś z tych obozów śmierci, które pokazywano nam na filmie.
- Niekoniecznie – Henryk nie był przekonany. – Ja nie miałem nic wspólnego z żadnymi zbrodniami, a też muszę się ukrywać i to pod cudzą tożsamością. Ba… Gdyby tak w pełni wyszła na jaw moja przeszłość, to niektórzy powinni mnie za nią ozłocić.
- To dlaczego się nie ujawniasz? I dlaczego tego nie zrobili?
- Bo widzisz, mnie jakoś nie ciągnie Ameryka… A tu… - nagle popadł w zadumę. – Jakby co, to niektórzy chcieli by mnie po prostu zabić.
- Ale za co?
- To długa historia. Kiedyś pewno ci opowiem, chociaż jeszcze nie teraz. Bo gdyby coś, jeśli czegoś nie wiesz, to nie można z ciebie tego wyciągnąć.
- Która godzina? – widząc spoglądającego na zegarek kaprala Haddada, sierżant Hassan zainteresował się dokładnym czasem.
- Dochodzi dwudziesta trzecia. To co? Od razu kierujemy się tam gdzie mówiłeś?
- A coś mówiłem, że zmieniam zdanie? Jasne, że tak.
- No to mamy jeszcze ze trzy kilometry. Czyli tylko małe pół godziny.
- No właśnie… Tam na miejscu, być może będziemy musieli jeszcze nieco zaczekać, aż porządnie będą spać. A potem… Zemsta będzie moja!
Kładąc się spać, Henryk do dzisiaj nie mógł się wyzbyć pewnego, nabytego jeszcze w czasie wojny nawyku. Wcześniej, w Berlinie sypiał z pistoletem pod poduszką, w obiekcie „Centrum” również, podczas ucieczki do zachodniej strefy cały czas miał jakąś broń pod ręką, co zresztą kilka razy uratowało mu życie. Wyjątkiem był tylko kilkumiesięczny rejs na U – Boocie, ale już w Argentynie znów miał do dyspozycji miejscowy, licencyjny klon Colta 1911. I tylko tutaj czuł się nagi, bowiem po raz pierwszy od długiego czasu nie dysponował bronią palną. Przebolał to jakoś kładąc pod łóżkiem sporą siekierę, co zresztą stanowiło zrazu obiekt zdziwienia, a później nawet niejakiej irytacji Trudy. Nie zamierzał jednak zmieniać tego nawyku i dopiero dotyk chłodnego metalu na drewnianej rękojeści będący w zasięgu ramienia, pozwalał mu normalnie funkcjonować. Dzisiaj też kładąc się już do łóżka, wyciągnął ramię i wymacał zapewniający mu ukojenie metalowy kształt. A potem zaraz spokojnie zasnął.
- Zgasili światło. Czyli jeszcze z pół godziny i zaczynamy – Haddad potwierdził to, co i tak zobaczyli na własne oczy.
- A dlaczego mamy czekać? Nie lepiej załatwić ich od razu? – szeregowiec Ali stawał się dziwnie niecierpliwy.
- Lepiej zaczekać – Hassan popatrzył po najmłodszym koledze i z politowaniem pokiwał głową. – Niech porządnie zasną. Pierwszy sen jest zwykle najmocniejszy. A gdy już do nich wpadniemy, będą wtedy tacy skołowani, że nie stawią oporu. A zresztą niby jak? Rozespani, gołymi rękami, w piżamach i na boso?
- Ale jak tam wejdziemy? Drzwi zamknięte, zamykali również okiennice…
- A to nie wiesz, że Haddad nie takie już drzwi otwierał? Czy to w Casablance, czy też później w Rabacie, niejeden biały i zadufany w sobie Francuz naocznie mógł się o tym przekonać i niejedna bogata willa po takiej wizycie przestawała być już bogata…
- Tak? To dlaczego wylądował tutaj, kiedy podobno był aż tak dobry?
- Nie wiesz jak to jest? Czasem się trafi na zawistną konkurencję i wystarczy jakiś wredny donos… Więc aby uniknąć pierdla, musiał się zaciągnąć do nas.
- Nie wiedziałem…
- I nie musiałeś. Czasem pewne rzeczy lepiej zostawić starszym.
- Ale mężczyznę załatwiamy od razu? – Ali zmienił temat.
- Oczywiście. Nie możemy ryzykować. Tyle, że lepiej załatwić to nożem. Strzelać tylko w ostateczności. Wystrzał z karabinu, zwłaszcza po nocy, niesie się daleko.
- No, chyba, że się strzela wewnątrz pomieszczenia – Haddad nie był przekonany.
- To nie będzie potrzebne – Ali jak zwykle był pewny siebie. – Raz, dwa i sam go załatwię. A potem zabawimy się z tą jego panią…
- Nie! – Hassan nie zamierzał oddawać mu pierwszeństwa. – To był mój kuzyn i ta zemsta jest tylko moja. Sam go załatwię, a na koniec, to również ja poderżnę babie gardło. Ty, to możesz ją tylko pociupciać, a i to dopiero po Haddadzie!
Nagłe i dochodzące z kurnika gdakanie, zasypiającej dopiero Trudzie kazało podnieść głowę. Wsłuchiwała się przez chwilę w ten niespodziewany odgłos, po czym trąciła Henryka w ramię.
- Słyszałeś?
- Co? – niespodziewanie obudzony, spojrzał na jej ledwo widoczną w ciemnościach twarz.
- Kura zagdakała. A potem jakby jeszcze jedna. Może to znowu lis się tam dobiera…
- Śpij – przekręcił się na bok, bagatelizując sprawę. – Nie ma mowy. Przecież w te drzwi wstawiłem stalową siatkę. Nie ma takiego lisa na świecie, który by ją przegryzł.
- Teraz? – pytanie Haddada zawisło w mroku, jak sztylet gotowy do ciosu.
- Tak. I niech Allach ma nas w swojej opiece. Ruszamy.
Trzy minuty później dotarli do drzwi. I tu Haddad po raz pierwszy miał możliwość zaprezentowania patrzącemu z podziwem Alemu, jakich to umiejętności nabył kiedyś w Casablance. Wyciągnął z kieszeni kilka wytrychów, chwilę przyglądał się zamkowi i wreszcie jeden z nich wsunął w dziurkę od klucza. A pół minuty później, lekko szczęknąwszy, zamek wreszcie ustąpił.
- Słyszałeś? – nie mogąca zasnąć Truda znów trąciła go w ramię.
- Znowu jakaś kura? – lekko poirytowany Henryk tym razem przekręcił się na wznak.
- Nie. Tak jakby szczęknął zamek. A potem zaskrzypiały drzwi. Jakby ktoś tam wszedł…
- Może ci się śniło…
- Nie. Wyraźnie słyszałam.
- Jesteś pewna? – mimo woli sięgnął pod łóżko, aby wyczuć uspokajający chłód siekiery. – Może…
Nie dokończył. Bo w tym samym momencie również i on usłyszał nieodległy skrzyp deski w drewnianej podłodze.
- A nie mówiłam? – mimo, iż wyszeptała mu to do ucha, w jej głosie wyczuł trwogę.
- Pod łóżko! – wyskakując z pościeli, jedną ręką ściągnął ją na podłogę, a drugą chwycił za siekierę. – Wczołgaj się!
- A ty? – wyszeptała przerażona.
- Pod łóżko! I cisza – wyszeptał również, stając z boku otwierających się właśnie drzwi.
Moment później widząc wchodzącą sylwetkę, jakby usiłującą rozeznać się w panujących tam ciemnościach, zamachnął się z całej siły i obuchem siekiery uderzył na wysokości piersi.
Cios był straszny. Nie doszedł do klatki piersiowej wchodzącego, bowiem trafiając w trzymany do góry karabin, nie trafił bezpośrednio. Za to znajdująca się wyżej niż punkt uderzenia lufa, z potężną siłą trafiła prosto w twarz intruza, łamiąc mu nos, szczękę i wybijając przednie zęby. Krew z przeciętej na czole skóry zalała mu oczy, a on sam bezwładnie runął na podłogę, tymczasowo odpływając w głęboką nieświadomość. I tylko mocno naciągnięty na czoło, a przez to amortyzujący uderzenie turban sprawił, że jeszcze żył. Sekundę później z sąsiedniego pomieszczenia padł pierwszy strzał, zrzucając z przeciwległej ściany wiszący tam jeszcze po poprzednich właścicielach obraz jakiegoś świętego.
- Wyłaź! Szybko! Otwieraj okno i do stodoły! Bo tu… - zanim dokończył padł i drugi strzał, o włos mijając jego ramię. Szczęście w nieszczęściu było jednak takie, że Truda posłuchała. W nocnej koszuli, jak duch wyskoczyła spod łóżka, dopadła okna i szarpnęła je do środka. Zamknięte na noc okiennice też nie wymagały jakichś długich czy skomplikowanych czynności i już po chwili przestrzeń podwórka stanęła przed nią otworem.
- Uciekaj! – krzyknął do niej i moment później jeszcze dodał. – Do stodoły!
Posłuchała. Wyskoczyła przez okno i jak ptak z rozpostartymi skrzydłami frunęła przez podwórze. Spojrzał jeszcze za nią i natychmiast go zmroziło. Bo oto z ganku, znajdującego się dosłownie cztery metry od ich okna, wybiegła ciemna sylwetka w turbanie. Nie! Nie może jej dogonić! Rzucił się więc Henryk do okna, wyskoczył na podwórze i po chwili o mało się nie zderzył z jeszcze jedną ciemną sylwetką. Zwarli się w uścisku, ale na szczęście ten osobnik nie był jakoś szczególnie mocny. Zejście w bok, podstawiona noga i chwyt wykręcający dłoń zrobiły swoje. Napastnik zawył z bólu, wypuścił karabin i runął na ziemię, gdzie dla pewności Henryk szarpnął mu jeszcze za ramię, natychmiast słysząc w nim jakieś głośne chrupnięcie. Rozejrzał się też za Trudą, ale ani jej, ani uprzednio goniącego ją napastnika już nie zobaczył.
Mężczyzna, który przedstawiał się jako Horst, miał z reguły mocny sen. Zwłaszcza tu, u państwa Haaze, dokąd kilka dni temu przyprowadził go miejscowy listonosz, będący jednocześnie zaufanym członkiem Werwolfu, herr Hubert Neugebauer. Stodoła była sucha i ciepła, gospodyni karmiła dużo i smacznie, więc po kolacji zapadał w siano, śniąc o coraz bliższej podróży do Włoch, gdzie już wkrótce miał wsiąść na statek płynący do Ameryki Południowej. Tak było i tego wieczora, gdy niespodziewanie wyrwał go ze snu przytłumiony strzał. Gdzie strzelano? W pierwszej chwili nie potrafił tego określić, ale moment później padł drugi i Horst już wiedział. To w domu jego gospodarzy! Zerwał się na równe nogi, w kilka chwil wskoczył w stojące obok buty i podbiegł do drzwi. Tak jak już wcześniej zarządził, nie były zamknięte, ale ich nie otwierał. Uchylił tylko nieco i ledwo spojrzał, gdy z okna leżącego naprzeciw budynku mieszkalnego wyskoczyła postać jak anioł. W jasnej, porozwiewanej koszuli popędziła w jego kierunku, w chwilę później mając już za sobą goniącą za nią męską sylwetkę w turbanie. Ile jeszcze mogła tak biec? Dwie, trzy sekundy? Nigdy później już nie poznał, jaki instynkt kazał mu w tej chwili rzucić się w bok, złapać za stojące obok widły i stanąć w pogotowiu. Sekundę później szarpnięte na zewnątrz drzwi otworzyły się z hukiem, jasna postać wpadła do środka i zawadziwszy o dyszel stającego tam ręcznego wózka w jednej chwili wylądowała na klepisku. Jej pełen zaskoczenia krzyk, zaraz potem zlał się z pełnym bólu i przerażenia rykiem kogoś, kto poczuł w swym brzuchu wbijające się tam trzy długie ostrza. Impet jego był tak wielki, że drzewce wideł zostało wręcz wyrwane z dłoni Horsta, a opadając, zaryło się w podłożu. Nadziany na widły napastnik, rycząc wniebogłosy oraz łapiąc się za krwawiący i porozrywany brzuch upuścił karabin, szarpnął się jeszcze raz czy drugi, następnie opadł na kolana, aż po chwili z pianą na ustach zwalił się w bok. I taki właśnie widok zastał Henryk, chwilę później pojawiwszy się w drzwiach stodoły.
Komentarze
Prześlij komentarz