Tam też nie było lepiej. Z tym, że poszarpane wybuchami granatów czy posiekane pociskami zwłoki leżały już w pewnym porządku. Te w mundurach i hełmach na głowach leżały pod jedną ścianą, zaś inne, ubrane w cywilne bądź też w robocze ciuchy, pod drugą.
- Ktoś ich tu posortował, czy co?
- A cholera wie. Wygląda jednak na to, że był to ten, który wyszedł stąd żywy. Albo też ten, którego grób widzieliśmy na dole.
- Myślisz?
- A niby kto? Innej możliwości nie ma. A ten w grobie, musiał być jakimś wspólnikiem tego, który stąd ocalał. Bo inaczej nie został by pochowany. Zostawiono by go tak jaki i tych – Moore wskazał na leżące pod ścianami zwłoki.
- Na to wychodzi. Chodźmy dalej.
Poszli wiec, potykając się o leżące na skalnym podłożu hełmy, walające się magazynki z amunicją czy pistolety maszynowe. Uwielbiający broń Moore usiłował nawet wziąć jeden do ręki, gdy nagły krzyk Kowalsky’ego zatrzymał go w miejscu.
- Zostaw! Nie widzisz, że leży tuż przed nieboszczykiem? W dodatku z rozprutym brzuchem? A to oznacza tylko jedno… Że może być na nim trupi jad! Wystarczy, że dobrze nie umyjesz rąk albo nawet tylko lekko się zadraśniesz. Chcesz tu zostać razem z nimi?
Faktycznie… Gdyby tu mieli jakieś gumowe rękawice, ciepłą, bieżącą wodę i jakiś spirytus do odkażania… A tak…
- Słuchaj Kowalsky’ego – Williams nie miał wątpliwości. – Kto wie, czy naprawdę tak nie jest. A ja mam taką dziwną ambicję, abyśmy naszą trójką, cali i zdrowi wrócili do domu. Jasne?
- Na takie „dictum” argumentów nie było. Ruszyli więc dalej, zaglądając już tylko do mijanych pod drodze pomieszczeń. Tu i ówdzie leżały tam jakieś zgniłe zwłoki, aż trafili na miejsce, w bezsprzeczny sposób będące kuchnią. Nic nie zakłócało panujących przy piecu, stole czy wśród ustawionych na półkach garnków porządku oraz harmonii. I tylko obraz, jaki ujrzeli w kącie tegoż pomieszczenia obudził w nich niejaki dysonans. Przy biegnącej pionowo rurze, nieodparcie kojarzącej się z kanalizacyjną, siedziały zwłoki ubrane w czarny esesmański mundur. Nogi związano jakimś kablem elektrycznym, wykręcone do tyłu ręce tak samo, w czole zwieszonej na piersi głowy widniała niewielka dziura, za to z tyłu czaszka była wręcz rozerwana. A za nią, na betonowej ścianie widniała ciemna, kiedyś pewnie szarobrunatna plama po rozchlapanej na niej mieszaninie krwi i mózgu.
- Hauptsturmführer – Williams podszedł bliżej i popatrzył na oznaczenia stopnia.
- I na pewno nie pełnił samobójstwa – Moore zdobył się na mało odkrywczy komentarz.
- Tak… Ktoś tu sobie serdecznie z nim pogadał – Kowalsky dołączył swoją, nieco ironiczną cegiełkę.
- A skąd wiesz, że „serdecznie”?
- A nie widać? To nie była jakaś nagła czy przypadkowa śmierć. Tu wyraźnie ktoś się mścił, albo chciał uzyskać informacje. Kto wie, czy to nie był ten, który stąd ocalał.
- Rzeczywiście – pochylony nad zwłokami Williams uważnie oglądał przywiązane do rury ręce. – Został obezwładniony, przywiązany do rury i dopiero zabity. Czyli tak, jak mówisz. Najpierw musieli sobie pogadać. I dla tego tutaj, nie była to pewnie przyjemna rozmowa.
- Nie ma go co żałować. Esesman. A jeśli do tego przewinął się kiedyś przez jakiś obóz koncentracyjny, to był to tylko akt sprawiedliwości. A zemsta, jak już kiedyś słyszałem, to potrawa, która najlepiej smakuje na zimo!
- Pewnie tak – Williams w zamyśleniu popatrzył na zwłoki. – No, ale dość już tego. Idziemy dalej.
Poziom wyżej trafili wreszcie na odpowiednie drzwi. Na wpół uchylone, z przykręconą do nich mosiężną, nieco już pokrytą patyną tabliczką i napisem na który wszyscy czekali. „Zastępca Dowódcy”.
- Ciekawe, dlaczego nie u dowódcy – Moore zastanowił się pierwszy.
- Niby co?
- No, ten klucz, który mamy tu znaleźć. Tak na logikę, powinien być u dowódcy, a nie u jego zastępcy. Dziwne to jakieś…
- A może podczas tej masakry dowódcy w obiekcie nie było? Może akurat rządził tu zastępca?
- Jak było, tak było – Williams nie zamierzał dłużej już czekać. – Wchodzimy!
Pokój był niewielki i wyposażony wręcz spartańsko. W ścianie kratka wentylatora, pod nią żelazne żołnierskie łóżko, obok elektryczny grzejnik, szafa na ubrania, krzesło i biurko, na którym stał telefon oraz elektryczna, podłączona do wychodzącego na zewnątrz kabla, zapalarka.
- Więc chyba on to wszystko wysadził…
- On czy nie on, co za różnica? Otwierajmy szufladę i bierzmy wreszcie ten klucz.
Szuflada nie była zamknięta. Tyle, że tak oczekiwanego klucza po prostu w niej nie było! Patrzyli niedowierzająco, ale im bardziej wytężali wzrok, tym bardziej uwidaczniała się panująca wewnątrz pustka.
- No, co jest do cholery? – pierwszy nie wytrzymał Kowalsky. – Przecież miał tu być!
Istotnie… Zapewniano ich o obecności tego klucza prawie tak samo, jak ksiądz, pop, pastor, rabin, imam czy jakikolwiek inny szaman zapewnia swoich wiernych o istnieniu bóstwa, w które każe im wierzyć. A tu nagle co?
- Może w bocznych szufladach? – Moore wskazał w końcu na dwoje drzwiczek po bokach mebla.
Otworzyli je, wyciągnęli kilkanaście nieco już zawilgoconych, czystych jak i zapisanych papierów, jakąś linijkę, wieczne pióro, kilka kopiowych ołówków, ale upragnionego klucza nadal nie było.
- No i dupa! – Williams nie mógł się opanować. – Wyprowadzono nas w maliny!
- Ciekawe, czy przypadkiem, czy też może celowo? – zawtórował mu Moore.
- Celowo? Nie sądzę. To zbyt poważna sprawa, aby ktoś robił sobie z nas żarty. Musi tu być jakiś błąd.
- Tylko jaki?
- A bo ja wiem? Ale dość tego. Do tych atomowych głowic, musimy się dostać tak czy inaczej. Jakieś pomysły?
- A może to jednak miał być w pokoju dowódcy?
- Klucz?
- No…
- Dobra. Szukajmy go.
Nie musieli się wysilać. Pokój dowódcy był tuż obok, ale i w nim żadnego klucza nie było.
- I co teraz?
Spojrzeli po sobie. Wreszcie po paru sekundach, Kowalsky podniósł rękę, niczym uczniak w szkole.
- Może jakiś wytrych?
- A umiesz go zrobić? I co najważniejsze… Otworzysz nim te cholerne drzwi?
Zapadła cisza. Znów popatrzyli po sobie i tym razem Moore zabrał głos.
- Tam na dole… – zawahał się.
- No, wykrztuś to z siebie!
- Te pierwsze pancerne drzwi. Noszą ślady spawania. Ktoś się już do nich dobierał, albo też je naprawiał.
- I co z tego?
- Nie wiemy po co i w jakich okolicznościach, ale skoro tak było, to powinna być tu również jakaś spawarka czy palnik. I jeżeli tylko znajdziemy butle z gazem… Bo ja, nie chwaląc się , byłem jednak kiedyś niezłym spawaczem!
To była myśl! Zabłysnęła im nadzieja i jeżeli tylko się ziści…
Pół godziny później, na najwyższym poziomie stanęli przed następną zagadką. Przed zamkniętymi wrotami, przez które mógłby przejechać nawet wagon kolejowy, znaleźli przedmioty, których tak szukali. Ale nie to było najdziwniejsze. Po co przed tym stalowym wyjściem, a może i wejściem zgromadzono tyle sprzętu budowlanego? Bo niezależnie od palników i butli z gazem, był tam również agregat prądotwórczy, leżały pneumatyczne młoty, sprężarki powietrza, wiertarki, taczki, kilofy, łopaty, a nawet górnicze obudowy. Po co to wszystko i to akurat w tym miejscu? Patrzyli więc niepewnie na grube, pomalowane minią na rdzawy kolor wrota, na tkwiące w nich niewielkie drzwi, których nawet nie dało się ruszyć, na zgromadzony tam sprzęt.
- Co to jest, do cholery? – przemówił wreszcie Kowalsky. – Co oni tu kombinowali? I gdzie prowadzą te wrota?
- Gdzie? – Williams podrapał się po głowie. – Myślę, że na zewnątrz i to do podnóża tej góry.
- Do podnóża?
- A niby gdzie by miały prowadzić? Według mnie, właśnie w tym miejscu rozpoczęto drążyć tę górę. Wielkość jest odpowiednia do wjazdu wagonu kolejowego i właśnie stąd wgryźli się w głąb. A już po zakończonej robocie wrota zamknięto, zawalono jakąś kilkumetrowej grubości warstwą skał i kamieni, zamaskowano i koniec. Bo skoro na zewnątrz nic nie widać…
- A tory? – Moore nie zamierzał kapitulować przed tym wywodem. – Przecież na zewnątrz ich nie ma. Śladów torowiska też.
- Nie musi ich być. Można sobie wyobrazić, że rozłożyli jakieś prowizoryczne, na podkładach, które po ukończeniu budowy zdemontowali. A późniejsze maskowanie i przyroda dokonały reszty.
- Niby tak… A ten sprzęt? – zatoczył ręką koło. – Czemu się tu znalazł?
- Nie będę udawał, że wiem. Ale na logikę, są dwa wytłumaczenia. Albo to wszystko pozostało pod koniec budowy i nikomu już nie chciało się tego ruszać, albo też…
- Co?
- Albo pozostawiono to tutaj na wypadek gdyby droga, którą tu weszliśmy, z jakichś powodów okazała się niedrożna. Zawalona, wysadzona czy coś podobnego… A przy zgromadzonym tutaj sprzęcie, można by się pokusić o pokonanie tej ściany i wyjście na zewnątrz. Po partacku, awaryjnie, ale jednak…
- Bingo! – Kowalsky nie miał wątpliwości. – Ale przestańmy już dywagować i weźmy się za konkretne działanie. Bo samo się przecież nic nie zrobi.
- A tak po kolei? – zatroskanym wzrokiem Moore patrzył po zgromadzonym sprzęcie.
- Po kolei? – Williams nie miał wątpliwości. – Nie mamy innego wyjścia, jak znieść to na dół. Oczywiście tylko palnik i butle z gazem – dodał szybko widząc zdumienie na twarzach podwładnych. – Bo przecież reszta nie będzie nam potrzebna.
- Winda też nie działa… Nie ma elektryczności.
- No właśnie.
- A gdyby tak odpalić ten agregat? – Kowalsky wskazał na stojącą obok maszynę. – Może i winda by ruszyła. I na cały potrzebny nam czas mieli byśmy światło.
- Zapomnij – Moore już grzebał przy agregacie i po chwili się wyprostował. – Akumulator rozruchowy padł. W końcu, stał tu już półtora roku. A ponadto, gdzie i jak odprowadził byś spaliny? Przy działającej na zewnętrznym zasilaniu wentylacji spokojnie dało by się to zrobić. Ale tu? Sami byśmy sobie skonstruowali komorę gazową. A co do światła…
- Tak…
- Co każda armia wiesza na ścianach w koszarach?
- Zdjęcia swoich dziewczyn?
- No, tak… Głodnemu chleb na myśli… Ale nie o zwykłych żołnierzach tu myślę. Mnie chodzi o regulaminy, spis inwentarza w poszczególnych pomieszczeniach i o coś jeszcze innego. O lampy naftowe!
- Lampy?
- A co? To nie zauważyliście, że i tu na ścianach wiszą lampy? Chociażby w tych wartowniach i pomieszczeniach, gdzie odkryliśmy pierwsze zwłoki. A potem w pokojach dowódcy, zastępcy oraz w innych. Tak jest panowie! Na wypadek braku prądu, to najlepsza alternatywa! Bo te nasze latarki, na długo tu nie wystarczą.
Rzeczywiście! Teraz dopiero uprzytomnili sobie co widzieli i ich nastroje od razu poszybowały w górę.
- Brawo! – Williams zdobył się wreszcie na pochwałę. – To teraz ja, razem z Kowalsky’m bierzemy się za te butle i taszczymy je na dół. A Moore, w ramach wyróżnienia znajdzie i przyniesie tam kilka lamp. Zasłużył sobie.
Nawet nie przypuszczał, w jakie bagno się wpakował. Butle okazały się pioruńsko ciężkie, a wózek na którym stały, nie nadawał się do ich transportu po schodach. Szczęście, że były tam jeszcze szerokie brezentowe pasy, które nieco ułatwiły sytuację i mimo, iż ani on, ani Kowalsky na brak siły nigdy nie narzekali, minęło prawie półtorej godziny zanim dwie butle znalazły się na dole. Na koniec usiedli przy nich, z poobcieranymi rękami, zlani potem i krańcowo wycieńczeni całą tą operacją.
- No, jak tam? Jakoś się trzymacie? – trzymający lampę i oświetlający im schody Moore obejrzał ich krytycznym okiem.
- Odpieprz się – Kowalsky’emy nie było do śmiechu. – Była chwila, kiedy myślałem, że te butle polecą nam na dół. A my razem z nimi. Że też żaden baran nie pomyślał, aby wyposażyć je w jakieś uchwyty…
- Tak… Czyżbyś zapomniał o starej, wywodzącej się jeszcze z prawa rzymskiego zasadzie, że chcącemu nie dzieje się krzywda?
- Wcale nie chciałem ich nosić.
- Ale do misji zgłosiłeś się na ochotnika i to w ciemno. Wiec teraz nie narzekaj.
- Wystarczy! – ciężko oddychający Williams powoli dochodził do siebie. – Odpoczniemy jeszcze z pół godziny i coś zjemy. A potem Moore weźmie się za palnik.
- Jeszcze dzisiaj? – kandydat na spawacza spojrzał zdumiony.
- A dlaczego nie?
- Wiesz, która jest godzina?
- No? – Williams mimo woli również spojrzał na zegarek.
- Już prawie dwudziesta pierwsza. Czas leci jak cholera, nie wiadomo kiedy i jak. Wstaliśmy dwie godziny przed świtem i od tej pory jesteśmy na nogach. To ponad szesnaście godzin. Ja osobiście padam już na ryj!
- Prawdę mówiąc, ja też – Kowalsky poparł kolegę.
- Czyli co? Dzieci najpierw chcą spać? – ironia w ustach Williamsa wywołała na ich twarzach grymas niezadowolenia.
- A dlaczegóż by nie? Przecież samo odspawanie tych drzwi aby wejść do środka, może nam zająć kilkanaście godzin. Do samego rana! A potem i tak będziemy zbyt wykończeni, aby wyruszyć w drogę powrotną. Lepiej więc się wyspać, wcześnie rano zacząć spawanie i do popołudnia załatwić sprawę. Zrobić fotki, potem nieco odpocząć, na koniec założyć ładunki wybuchowe i wieczorem opuścić obiekt. A potem prosto do domu!
Mimo tak obiecujących zamierzeń, zeszło im się jeszcze z godzinę. Bo gdy wreszcie zdecydowali się nocować w pokoju zastępcy dowódcy, dokąd przytargali dwa dodatkowe łóżka i chyba z dziesięć całych oraz nie noszących śladów zabrudzeń koców, Kowalsky, który już układał się do snu, przekręcił się nagle w bok i pomacał w okolicach krocza.
- Idę jeszcze do kibla – oznajmił. – Coś mi się chce lać, a nie mam zamiaru przerywać sobie snu.
Wyszedł, lecz już kilka chwil później usłyszeli jego szybkie kroki i nawet nie zdążyli się zdziwić, gdy poderwał ich na nogi głośnym okrzykiem.
- Wstawać! Chyba mamy rozwiązanie!
- Co? Jak?
- Normalnie. Obok kibla są wpółotwarte drzwi. Leży tam jeszcze jeden trup, a pierwszy rzut oka wskazywał na to, iż była to tylko centrala łączności.
- A nie była?
- Owszem, ale jakoś tak otworzyłem te drzwi szerzej. A tam, na bocznej ścianie jest gablota z woreczkami. Kapujecie? Wiszą tam klucze alarmowe. Jeżeli więc znajdziemy i do tych drzwi, które zamierzamy pruć, to…
Nie pozwolili mu dokończyć. Jak jeden mąż rzucili się we wskazanym kierunku, chwilę później zdejmując z tablicy zaplombowane woreczki. Czytali napisy, zrywali plomby wydostając z wnętrza klucze z dowieszonymi do nich metkami. I tylko dwóch kluczy zabrakło im do szczęścia. Jeden spokojnie mogli sobie darować, bowiem nacięty od tyłu woreczek krył niegdyś klucze do magazynu materiałów wybuchowych. Kto, kiedy i po co go opróżnił, nie wiedzieli, ale nie to było najważniejsze. Ważniejsze było natomiast co innego. Klucza do tych naprawdę priorytetowych i interesujących ich drzwi, za którymi szerzyła swe kły atomowa śmierć, po prostu nie było!
Komentarze
Prześlij komentarz