- Słyszałeś? – Lachmut wyszeptał to Lischce wprost do ucha, bardziej wyczuwając niż widząc podnoszoną przez kompana i gotową do strzału broń. – Zaczekajmy jeszcze parę minut. Bo może rzeczywiście uda się im otworzyć te pierwsze wrota. A zaraz później ich skosimy.
- Dobra. Ale tylko te pierwsze. Bo jakbym miał jeszcze czekać na tego gościa z palnikiem, to prędzej tu padnę z głodu i pragnienia, niż on zakończy swoją robotę.
- A może jednak zakończy?
- Niby co masz na myśli?
- Normalnie. Tych dwóch skosimy, a spawacza zmusimy, aby dokończył swoją robotę. A w razie czego, sam się wezmę za palnik.
- Znasz się na tym? – Lischka był autentycznie zdziwiony.
- Trochę tak. Latem 1943-go pod Smoleńskiem, przez prawie półtora tygodnia nękał nas ruski pociąg pancerny. Wyjeżdżał z takiego wielkiego i gęstego lasu, przez dwie do trzech minut ostrzeliwał nasze pozycje i zanim zdołaliśmy sprowadzić bombowce nurkujące czy też nakierować na niego ciężką artylerię, spieprzał z powrotem. Chował się tam pod jakimiś siatkami maskującymi i nie dawało się go namierzyć, a podczas prowadzenia ostrzału nigdy nie zajmował tego samego stanowiska. Wreszcie na pomoc wezwano pluton w którym wówczas służyłem. Przebraliśmy się w ruskie mundury, wzięliśmy stosowny sprzęt wcześniej usuwając z niego wszelkie niemieckie oznakowania, po cichu przeszliśmy w nocy przez ich linie i na bezczelnego, pod pozorem prac remontowych wspawaliśmy w rozjazd stalowe kliny. Kapujesz? Pociąg nie mógł pojechać dalej, ani tam gdzie by chciał.
- A nie mogliście tych torów po prostu wysadzić? Albo też wcześniej zbombardować?
- Można by było, ale nasz dowódca pułku był bardzo ambitny i postanowił pociąg zdobyć albo raz na zawsze zniszczyć. Huk, płomień wybuchu i w końcu wysadzone tory słychać i widać było by z daleka. Z ich minowaniem też by nie była prosta sprawa, bo jednak w pobliżu kręcili się ruscy wartownicy, nawet z nudów patrząc nam na ręce. Ba! Przypętał się tam nawet jakiś głupi i nadgorliwy ich komisarz polityczny, dodatkowo popędzając nas do roboty! A tak… Kiedy nadjechał pociąg, to zanim się zorientowali w czym rzecz, dwóch naszych ludzi wskoczyło do lokomotywy i załatwiło jej obsługę. Niestety, nie było torów, które by prowadziły w naszą stronę i trzeba było ją unieszkodliwić. Sprawę załatwiła wiązka granatów wrzucona do paleniska, a unieruchomiony skład dwadzieścia pięć minut później wykończyły Stukasy i nasze haubice 105 milimetrów. Dostaliśmy wtedy za tę akcję sporo Żelaznych Krzyży. Ale teraz już cicho… Zakończyli hartowanie i idą tutaj!
Poprzedzały ich drgające w świetle lamp naftowych ustawionych przy stanowisku pracy Moore’a cienie. Trzymanymi w dłoniach latarkami świecili głównie pod nogi, ale też i co chwila, jakby przypadkiem omiatali ściany boczne. Zwłaszcza tę część, gdzie za wpół otwartymi drzwiami spodziewali się najgorszego. Doszli wreszcie do stalowych, poprzecinanych bliznami spawów drzwi i jakby chcąc zyskać na czasie Williams zarządził jeszcze jedno.
- Daj mi swoją latarkę. Jakoś chyba lepiej świeci. Muszę głębiej zajrzeć w zamek.
Przekazanie latarki pozostawiło Kowalsky’ego w półmroku. Na tyle głębokim, że nikt nie mógł zauważyć jak spod kurtki wyciągnął jakiś owalny przedmiot, pociągnął za wystający z niego sznurek i prawie jak zawodowy baseballista, z półobrotu cisnął nim wprost w tajemniczą, a zarazem i podejrzaną ciemność.
Pakunek wylądował wprost pod nogami Lachmuta, a siła następującej pół sekundy później eksplozji rzuciła go aż pod ścianę. Leżąc tam, zszokowany, zaskoczony, poobijany i ogłuszony, w pierwszej chwili nie był w stanie zareagować, nawet wtedy, gdy zobaczył wpadające do środka dwie sylwetki, ukryte za snopami światła z latarek. Jego zmysły zarejestrowały tylko odgłos wystrzeliwanej gdzieś za nim i w głębi ciemności serii z pepeszy, widok bezwładnie walącego się jednego z napastników, trzy szybkie strzały z pistoletu i ponowny odgłos upadającego ciała, tym razem tuż za nim. Światło jednej z latarek zniknęło pod leżącym napastnikiem, drugie zaś zaczęło przeczesywać środek pomieszczenia, tam, gdzie jeszcze przed chwilą słychać było wystrzały. I to mu wystarczyło… Wracał do rzeczywistości, nadal trzymając w dłoniach gotową do strzału pepeszę, gdzie wystarczyło tylko nacisnąć spust. Z tej odległości, nawet bez celowania oddał więc długą, o wiele za długą jak na taki dystans serię, masakrując drugiego z napastników. A potem dopiero wstał, sięgając po latarkę, która potoczyła się wprost pod jego nogi.
Zgodnie z planem, Moore spawał dalej. Nawet gdy Williams podszedł z Kowalsky’m do tych drugich, rzekomo podatnych na sforsowanie drzwi. I dopiero, gdy usłyszał ogłuszający huk, zerwał się na równe nogi. Rzucił palnik nawet go nie gasząc, wyciągnął gotowy do strzału pistolet i ruszył w stronę kolegów. Ile biegł? Chyba nawet nie półtorej sekundy, gdy prawie jednocześnie usłyszał odgłos serii z broni automatycznej, jakieś pojedyncze strzały z pistoletu, krzyk i następną serię. A potem nastała nagła, złowroga cisza…
Czy to już? – Lachmut zgasił latarkę nie chcąc, aby zdradziła jego pozycję. Zrobił kilka kroków do przodu, ostrożnie zaglądając w głąb korytarza, ale zdążył tylko zobaczyć znikające w bocznym korytarzu plecy trzeciego przeciwnika. Postał chwilę w tym miejscu, ale nie widząc dalszego zagrożenia, cofnął się w głąb i włączył latarkę. Najpierw o mało nie nastąpił na leżące w poprzek ciało, z rozdartą jego serią klatką piersiową. Obok leżały zwłoki drugiego napastnika, skoszonego wcześniej przez Lischkę. A on sam? Leżał nieco w głębi, z nieregularną dziurą zamiast nosa, rozwalonym tyłem czaszki i zakrwawionym brzuchem. Nie było nawet sensu sprawdzać mu pulsu i nagle Lachmut poczuł trwogę. Dwóch, to zawsze dwóch… Ale sam? W ciemnych i zimnych lochach, owianych śmiercią i grożących wszystkim co najgorsze? Na razie jednak zadziałał instynkt. Wyjął z dłoni pierwszego trupa pistolet i schował go do kieszeni. Następnie wypiął ze swej pepeszy mocno już opróżniony magazynek, wyjął pełny i po chwili z powrotem miał już broń gotową do walki. Wypiął też magazynek z pepeszy Lischki i nabój po naboju opróżnił go w dłoń. A potem doładował swój. Nie było z tym żadnych trudności, bo jeszcze przed laty, w okresie rekruckim, instruktor wyszkolenia strzeleckiego darł się na nich jak opętany: - „A wy myślicie, że co? Że będziecie ładować magazynki gapiąc się na nie jak szpak w pizdę? Ładować należy intuicyjnie, wyczuwając kształt naboju w dłoni, a jednocześnie obserwować przedpole. Bo nigdy nie wiadomo, kiedy i skąd wróg zaatakuje!”. Co bardziej odporni na tę wiedzę musieli ładować mając zasłonięte oczy i na czas! A niech się tylko który nie wyrabiał… Zaliczał stumetrowy dystans czołganiem przez pełzanie do kulochwytu i z powrotem, czasem nawet po kilkadziesiąt razy. Niby brutalnie, ale pomogło. Lachmut sam był w sytuacji i to co najmniej kilkanaście razy, kiedy ta nauka mu się przydała, a raz nawet bezpośrednio uratowała mu życie. Ale teraz, w nieznanym sobie podziemnym labiryncie, gdzie za każdym załomem czyhała śmierć? Trzeba było użyć sposobu i po kilku chwilach miał już pomysł.
Moore również zadziałał instynktownie. Słysząc serie z broni maszynowej nogi jakby same mu stanęły. Bo przecież ani Williams, ani Kowalsky nie mieli czegoś takiego! Co prawda usłyszał też w międzyczasie jakby kilka szybkich pojedynczych wystrzałów, ale zaraz potem nastała śmiertelna cisza. Czyli co? Nie żyją? Takie zabijaki? I nie czekając już na więcej, Moore natychmiast skręcił w boczny korytarz. Przebiegł w nim kilka metrów, zatrzymał się za zakrętem i ciężko oddychał. W korytarzu pod stalowymi drzwiami wciąż jeszcze syczał porzucony palnik, wciąż paliły się dwie lampy naftowe rzucające w głąb jego kryjówki migotliwe cienie. Co robić? Zacząć myśleć i uspokoić oddech. Bo koledzy już pewnie nie żyją. Gdyby było inaczej, na pewno by się odezwali. A na razie czekać!
- Hej Jankesie! Jesteś tam? – Lachmut nabrał powietrza w płuca i wykrzyczał to w głąb korytarza. – A może jednak Brytolu?
Odpowiedziała mu cisza. Nie zniechęcił się jednak i ponowił wołanie. – Jeżeli tam jesteś, to coś odpowiedz. Pogadamy!
- Co on mówi? – Moore był zupełnie oszołomiony. – O czym można rozmawiać z kimś, kto jest śmiertelnym wrogiem i to w sytuacji, gdy tak naprawdę nie wiadomo co z jego towarzyszami? I ilu przeciwników ma przeciwko sobie? Przemyślał jednak sytuację i uznał, że można zaryzykować.
- Niby o czym? – usłyszał Lachmut po dłuższej chwili, kiedy już miał krzyknąć po raz trzeci.
- O współpracy! – wykrzyczał znów w przestrzeń korytarza, mając jednak broń gotową do strzału. – Dogadajmy się!
- Jaja sobie robisz?
- Nie. Twoi kumple nie żyją, więc nie masz wyboru.
- A ty masz?
- Ja? Owszem. Mogę się wycofać i zablokować drogę, którą tu weszliście. Zostaniesz sam, skazany na zagładę. Wiesz jak się umiera z głodu i zimna? Ja spokojnie poczekam ze dwa albo i trzy tygodnie, a później przyjdę ponownie. Na początek obejrzeć twoje zwłoki.
- Nie tak prędko… Tutejszy magazyn żywności jest jeszcze w większości pełny. Konserwy, mąka, mleko w proszku, cukier, kawa, herbata i co jeszcze chcesz. Nawet wino i francuski koniak. A co do wyjścia… Myślisz może, że to jedyna droga? Jest jeszcze druga! – Moore blefował, nie mając już innej możliwości. Bo gdyby tak tajemniczy wróg naprawdę spełnił swoją groźbę… – Jak słyszę, gówno o niej wiesz i to ja mogę cię zablokować – kontynuował. – A co do twojego ponownego przyjścia… Jesteś pewien, że nie wylecisz w powietrze na jakiejś minie pułapce?
Tym razem cisza zapadła na dłużej. Nie doczekawszy się odpowiedzi, przesunął się Moore bliżej korytarza i świecących lamp. A potem nagle wpadł na pomysł. Lusterko! A w zasadzie lustro, które widział w znajdującej się obok pobliskich pomieszczeń umywalni. W oczywisty sposób mało ułatwiać golenie czy czesanie się i nie było na stałe przytwierdzone do ściany. Wisiało jak jakiś obraz, po prostu na haku. I właśnie to Moore postanowił wykorzystać. Na palcach pokonał kilkanaście metrów, zdjął lustro ze ściany, wrócił i postawił je na posadzce, tuż przy feralnym korytarzu. Wystawało tylko na kilka centymetrów i nie było go widać z głębi, gdzie czaił się wróg. A potem usiadł z przeciwnej strony i popatrzył w szklaną taflę. Widział w niej wszystko, aż do ciągle wpółotwartych drzwi i to go dopiero nieco uspokoiło. A potem pomyślał już na zimno… Te kilka pojedynczych strzałów musiało wyeliminować co najmniej jednego wroga. Wiedział jakimi strzelcami byli Williams czy Kowalsky i nie ulegało dla niego wątpliwości, że nie strzelali sobie ot tak, na próżno. A to by właśnie tłumaczyło reakcję jego interlokutora. Bo przecież gdyby było ich więcej, nie próbował by negocjować. W dodatku, prawdopodobnie nieświadomie mówił o sobie w liczbie pojedynczej. Czyli chcąc nie chcąc zdradził się ze stratami. A on? Cholera! Stracił swoich kolegów i też nie jest w lepszej sytuacji. Został sam, ale ma jedną przewagę… Nie musi iść na wroga, bo rzeczywiście w spiżarniach jest jeszcze mnóstwo żarcia. Są liczne lampy naftowe, woda, łóżka, koce. Można też pozbierać i sprawdzić kilka granatów czy pistoletów maszynowych. A jego wróg? Ile jeszcze może siedzieć w tym kiblu, o głodzie, chłodzie i bez dostępu do wody? No, chyba, że się po cichu wycofa i rzeczywiście zablokuje wyjście, co grozi mu śmiertelnym niebezpieczeństwem. Jak to sprawdzić? Dumał o tym parę minut, ale jakoś nic nie wymyślił. No, trudno… Trzeba poczekać na ruch przeciwnika.
Lachmut też intensywnie myślał, bowiem dylemat jaki właśnie musiał rozstrzygnąć, był iście diabelski. Jeżeli rzeczywiście jest stąd jeszcze jedno wyjście, to niezależnie od tego co zrobi, właśnie stoi na przegranej pozycji. Bo co do tego, że muszą się tu dotychczas znajdować spore zapasy żywności, wątpliwości nie było. Pracowało tu wcześniej co najmniej kilkudziesięciu ludzi! Musieli mieć co jeść i pić, a wymienione przez wroga produkty, w tej temperaturze mogły bez uszczerbku i w stanie przydatnym do spożycia przetrwać nawet kilka ładnych lat. Głodem więc go nie zamorzy. Wodę też ma, bo przecież wspomniał o tej kapiącej z kranu. A że tylko kapiącej? Wystarczy przecież podstawić tam jakiś garnek czy wiadro… Nie trzeba przy tym stać, aby po jakimś czasie nakapało po same brzegi. A gdyby jeszcze to wróg po cichu zablokował mu wyjście? Od tej myśli aż przebiegły go dreszcze i po kilku dalszych minutach Lachmut ponownie zdecydował się zabrać głos. Nie miał gotowego planu takiego dyskursu, ale przynajmniej będzie wiedział, czy wróg nadal tam jest.
- Hej ty, słyszysz mnie?
- Czego? – usłyszał w odpowiedzi.
- Nie musimy być wrogami. Niech każdy zrobi co swoje i rozejdziemy się, każdy w swoją stronę.
- Ale ja nie wiem, co znaczy to „co swoje”.
- No, tak jak powiedziałem. Ja nie wnikam w to co robisz, ty nie wnikasz w moje sprawy.
- Oczywiście. Do czasu, aż nie odwrócę się plecami. Zarobię wtedy kulkę z tyłu i nawet nie będę wiedział, kiedy odejdę do krainy wiecznych łowów – Moore nie miał wątpliwości, że tak właśnie by się stało.
- Wiecznych łowów? Czyli się nie pomyliłem! – w głosie Lachmuta zabrzmiał tryumf. – Jednak Jankes! Może nawet masz w sobie indiańską krew. Zaś co do tej kulki w plecy… Sądzisz pewno po sobie. A przecież możemy współpracować.
- Ciekawe w czym…
- Słuchaj! Jest tu mnóstwo dobra. Starczy dla nas obu. Ci, którzy tu wcześniej zginęli, przywieźli ze sobą złoto, srebro, biżuterię i różne cenne drobiazgi. To byli bogaci ludzie… Elita! Sygnety, obrączki, złote zegarki, łańcuszki, krzyżyki, jakieś rodzinne pamiątki. No i oczywiście twarda waluta. Ja mogę się zobowiązać, że tu zaczekam. Na przykład kwadrans. A ty w tym czasie zajrzyj do ich pokoi, sprawdź nocne szafki, kieszenie płaszczy czy mundurów w szafach. Trupów na razie nie musisz ruszać, bo wystarczy to, co powiedziałem. Jak znam życie, to aż się zdziwisz!
- Chcesz, abym się bawił w cmentarną hienę?
- Oj, jaki to niby delikatny… Posłuchaj! Jak nie chcesz, to ja to zrobię. A potem wszystko podzielimy na pół i pojedziemy gdzie tylko będziesz chciał. Chociażby na słoneczne Karaiby. Pasuje?
- Nie!
- To co do cholery cię tu trzyma? Bo jak nie bogactwo, to co?
- Nie musisz wiedzieć!
- A… Już chyba się domyślam… – w głosie Lachmuta ponownie zabrzmiał tryumf. – Bo jak nie kasa, to chyba tylko bomby atomowe! Co, zatkało cię? Przyznaj się Jankesie! – kontynuował po chwili, nie słysząc odpowiedzi. – Przyszliście tu właśnie z ich powodu!
Komentarze
Prześlij komentarz