Przejdź do głównej zawartości

ATOMOWY POKER 264

 

                                         Rozdział VII

 

                                          Kontratak.

 

31.01.1947, południe – Środkowy Atlantyk, argentyński statek towarowo – pasażerski „San Juan”.


            Sztorm, który mokrą pięścią uderzył w nich już trzy dni temu, powoli cichł.

Ustały niepokojące drgania kadłuba, złowieszcze trzeszczenie blach poszycia i nie obawiając się już zmycia za burtę, wreszcie mógł wyjść na pokład. Pozieleniały jeszcze na twarzy, z lekka odwodniony od wcześniejszych kilkakrotnych torsji, stał teraz oparty o reling, chciwie wciągając wilgotne morskie powietrze. Co jak co, ale tego się wcześniej nie spodziewał. Płynął już przecież przez ocean, z Hiszpanii do Argentyny i to jeszcze we wrześniu 1944 roku, ale pogoda wówczas sprzyjała. Nie miał wtedy zawrotów głowy czy jakichś odruchów wymiotnych, więc myślał, że jest odporny na chorobę lokomocyjną. I dopiero świeżo przebyty sztorm ukazał mu ograniczenia własnego organizmu, kiedy to jak pijany praktycznie trzy dni przeleżał w koi, bojąc się wstać na nogi. Może dlatego, że i statek którym płynął, nie był zbyt imponujący. Noszący argentyńską banderę i mający około pięciu tysięcy ton nośności parowiec, z trzema wypełnionymi zbożem ładowniami i dziesięcioma kabinami pasażerskimi, z których w tym rejsie jedynie siedem było zajętych, od piętnastu już lat pracowicie przemierzał niebezpieczne wody, jak dotąd zwycięsko wychodząc z najgorszych sztormów. Tym razem też wyszedł, nie licząc słabo zamocowanej i przez to roztrzaskanej przez fale szalupy, zerwanej pokrywy z dziobowej ładowni, którą załoga naprędce musiała uszczelniać brezentem i wybitej szyby w sterówce. Poza tym, buchając czarnym dymem z dwóch kominów płynął jednak dziarsko do przodu i wreszcie Otto Manfeld miał czas, aby raz jeszcze na spokojnie przemyśleć swoją sytuację i przyszłe przedsięwzięcia.

            A było o czym myśleć, bowiem wbrew okazywanemu na zewnątrz poparciu dla realizacji projektu Bormanna, w głębi ducha Manfeld nie miał do niego ani krzty przekonania. Bo i jaki sens ma ta misja, skoro już od czerwca 1945 wiadomym jest, iż doktor Reschke wysadził obydwa wejścia do obiektu „Centrum”? Wcale się też z tym nie krył otwarcie głosząc, że zrobił to, aby uniemożliwić przejecie bomb atomowych przez Sowietów. Takiemu rozumowaniu nie można było nic zarzucić i w tej sytuacji nikt też do niego pretensji nie miał. No bo niby jaką miał alternatywę? Podać Stalinowi na tacy największe osiągnięcia III Rzeszy i narodowego socjalizmu? Była by to największa zbrodnia na samej duszy narodu niemieckiego i niewybaczalny historyczny błąd! Tak więc, nie mając zastrzeżeń co do decyzji zaginionego w dziwnych zresztą okolicznościach doktora, Manfeld czuł, że misja na którą go wysłano z góry skazana jest na niepowodzenie. A jeszcze to uparte i nie uwzględniające obiektywnych okoliczności nastawienie Bormanna? Do dzisiaj pamiętał wyraz jego twarzy, gdy pod jego adresem rzucił bezwzględne - „odpowiadasz za to głową, Manfeld”! Ale jak tu czymkolwiek odpowiadać, gdy tak naprawdę nic od niego nie zależy? Już przecież stracili dwóch ludzi, teoretycznie i praktycznie najbardziej odpowiednich do takich działań. Sam Moder, zanim skierował ich ku obiektom „Riese” wyrażał wątpliwości, czy cokolwiek osiągną. Niby Reschke nie miał planów całego kompleksu wysadzając znane sobie dwa wejścia, ale czy naprawdę nic tam już nie pozostało? Zwłaszcza od strony obiektu „Ramenberg”, w którym nikt z obiektu „Centrum” nigdy nie był, a którego załoga w zawierusze ostatnich dni wojny też jakby wyparowała nie zostawiając za sobą najmniejszego nawet śladu. Bo przecież na wejście od strony „Wolfsberga” raczej nie było co liczyć. A nawet, gdyby jakimś cudem udało się wejść do „Centrum”, to niby jak wyciągnąć na powierzchnię i bezpiecznie wywieźć do zachodnich stref trzy ważące po tysiąc kilogramów ładunki? Jak zrobić, aby nikt tego nie zauważył? Przecież na bieżąco pęta się tam miejscowa, już polska ludność, zafascynowana tajemniczymi podziemiami i opowieściami o ukrytych w nich skarbach. Jak zmylić patrole Milicji, Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego oraz polskich pograniczników? Jak przewieźć wydobyte bomby przez granice stref okupacyjnych? Nie miał na to Manfeld żadnych odpowiedzi i w głębi duszy pocieszał się tylko jednym. Nawet jak ktoś stamtąd wróci, to i tak lepiej niech nie znajdzie wejścia do wysadzonych podziemi. A w takiej sytuacji odpadną wszelkie dalsze działania i wreszcie będzie się można skupić na w miarę spokojnym życiu po powrocie do Argentyny.

            Na razie zaś… No, cóż. Trzeba się skupić na działaniach, od których może zależeć jego dalszy los.

 

     31.01.1947, popołudnie – Niemcy, Bremen, siedziba Wywiadu Armii USA.


            - Melduję się, panie generale! – mimo łączącej ich swoistej zażyłości i swobodnego przebiegu nawet służbowych rozmów, nigdy nie rezygnując z regulaminowych wymogów McFarland wyprężył się w drzwiach.

- I jak tam, panie majorze? Ma pan jeszcze jakieś pomysły?

- Przyznam się szczerze, że nie. Wydaje mi się, że już dwa dni temu omówiliśmy wszelkie aspekty tej sprawy. A teraz jest czas na pańskie rozkazy.

- Tylko tyle? No, cóż… Trudno! A ja mam jeszcze jeden pomysł. I kto wie, czy z tego wszystkiego nie najlepszy. Proszę usiąść i pilnie słuchać.

- Tak? – zajmując wskazany przez generała fotel, McFarland nadstawił uszu.

- Mówił mi pan ostatnio, że jeszcze raz przeczytał wszystkie materiały pochodzące od doktora Reszki?

- Tak jest, panie generale! – nie wiedząc do czego Brown zmierza, McFarland powoli tracił zwykłą pewność siebie.

- I pewno pan pamięta, że Bormann w rozmowie z Dietrichem w pewnym momencie wyprosił pozostałe osoby?

- Sam to przypomniałem…

- Świetnie! A co się działo chwilę wcześniej? – Brown zmrużył żartobliwie oczy.

- Wcześniej? Tak ogólnie, to rozmawiali o przesyłaniu listów z naderwanymi lewymi dolnymi rogami znaczka.

- A gdzie te listy mały trafiać?

- Do Fritza Schaube… – McFarland był już całkiem skołowany. 

- No właśnie. I dokładnie pamiętam, że aby nie wzbudzać żadnych podejrzeń miały one trafiać nie na jego prywatny adres, tylko do firmy, jako zwykła korespondencja handlowa. Zaś Schaube miał je przechowywać wśród innej oficjalnej korespondencji, prawda?

- Czyli?

- No, zdaje się, że nareszcie pan łapie. Skoro miał je przechowywać wśród innej firmowej korespondencji, to gdzie ta korespondencja może się znajdować? Gdzie powinna być przechowywana?

- Podejrzewam, że w firmie herr Schaube.

- Bingo! Więc gdyby zaistniało tam jakieś włamanie i ktoś by ukradł lub zniszczył między innymi firmową korespondencję, to oczekujący na wiadomość o trzecim starym przyjacielu herr Otto Manfeld został by z gołą dupą na wietrze. Czyż nie tak?

- O, rzesz…

- Właśnie! Sam pan mówił, że obserwacja w sowieckiej strefie praktycznie jest niemożliwa, a podsłuch też nie byłby łatwy. W dodatku co by nam dało, gdyby nawet z podsłuchu wyszedł ten trzeci adres? Już przecież wiemy, że też będzie zaszyfrowany i jak na razie diabli wiedzą jak się do niego dobrać. A jakby tak nagle zaginęła ta korespondencja, to Manfeld zostaje na przysłowiowym lodzie. I gdyby nawet nasze domysły odnośnie planowanej akcji w Polsce były prawidłowe, to jak i z kim miałby ją przeprowadzić?

- Pozostaje jednak pewien dodatkowy aspekt, panie generale – McFarland powoli odzyskiwał pewność siebie.

- Jaki?

- Czy nie obawia się pan, że mamy zbyt mało czasu? Taka akcja bez właściwego rozpoznania i przygotowania to cholerna ryzyko.

- Wiem, ale w tej chwili czas nie działa na naszą korzyść, więc po prostu musimy wykonać ruch wyprzedzający. Czasem sytuacja wymusza nawet takie przedsięwzięcia. A ryzyko… Zminimalizujemy je, wysyłając naszych najlepszych ludzi.

- A czy to nie będzie tak, że ich w ten sposób niejako ostrzeżemy? Albo mówiąc inaczej, spłoszymy czy też przestraszymy? Bo po omawianym przez nas numerze Manfeld może zaszyć się w takiej dziurze, że już nigdy nie wyjdziemy na jego trop.

- Myślałem o tym, ale nie wydaje mi się to możliwe. Przysyła go Bormann, a i sam Manfeld nie jest typem, którego by można tak po prostu spłoszyć. To twardy i zahartowany gość. Być może nawet utrata korespondencji w jakiś sposób go ostrzeże, ale na pewno nie odstraszy. A gdy nawet nieco przestraszyła, to nie odstąpi od swoich zamiarów. Stoi bowiem za nim Bormann, który w razie niepowodzenia bezwzględnie go rozliczy. Niezależnie od tego, możemy jeszcze swoje działania nieco zamaskować.

- Przyznam, że nie wiem, co pan generał ma na myśli…

- Oj widzę, że nie jest pan dzisiaj w formie. A co by pan powiedział na jakiś pożar? Z tego co się orientuję, w siedzibie firmy nikt nie mieszka. Więc jakby co nikt nie ucierpi, a umiejętnie podłożony ogień może zatrzeć wiele śladów. Trzeba by też zadbać o to, aby przyczyna pożaru była jak najbardziej prozaiczna. Na przykład jakieś przypadkowe zwarcie w instalacji elektrycznej, oczywiście po uprzednim zabezpieczeniu interesującego nas listu. Nie sądzi pan?

- Oczywiście! – McFarland zobaczył szansę przed sobą. – Czyli co? Szykować i wysyłać naszych ludzi?

- A mamy jakieś inne wyjście? Przecież niezależnie od tego czy wychwycimy Manfelda już w Hamburgu, czy też ewentualnie nie, zepsucie im szyków zadziała tylko na naszą korzyść. A, jeszcze jedno… W naszej ekipie musi być chociaż jeden dobry elektryk oraz możliwie najlepszy fachowiec od otwierania wszelkiego rodzaju zamków. Bo kto wie, czy herr Schaube nie przechowuje swojej korespondencji w jakimś pancernym sejfie!

 

            03/04.02.1947, noc – Niemcy, Poczdam, sowiecka strefa okupacyjna.

  

            Do Berlina Zachodniego dotarli już wczesnym popołudniem, jako członkowie oficjalnego wojskowego konwoju wiozącego żywność dla amerykańskiej armii, której to liczne jednostki stacjonowały w tym mieście. Poczekali do wieczora, przebrali się w cywilne ciuchy, wyciągnęli doskonale spreparowane papiery zwykłych niemieckich robotników i wcześniej już przygotowaną dla nich niewielką ciężarówką niemieckiej proweniencji ruszyli do Poczdamu. Nie obawiali się przy tym żadnej kontroli, jako że tablica rejestracyjna  i papiery auta wskazywały na rejestrację w angielskiej strefie Berlina. I cóż z tego, że były fałszywe? Sowieci mieli tam utrudniony dostęp i nie dało by się ot tak, a zwłaszcza po nocy, na pstrykniecie palcem sprawdzić ich autentyczności. W dodatku napis na burcie skrzyni ładunkowej sugerujący prace remontowo-budowlane, nie powinien wzbudzać niczyjego zainteresowania. Nie spiesząc się więc, pod właściwy adres dotarli już po 22.00 i tu przeżyli pierwsze niemiłe zaskoczenie. Nie było czasu na wcześniejsze rozpoznanie, a z informacji jeszcze od doktora Reszki nie wynikało, aby biuro i garaże firmy Fritza Schaube były w nocy pilnowane. Teraz jednak było inaczej. Dostęp do wnętrza ograniczało ogrodzenie ze stalowej siatki, od strony ulicy stała solidna brama, a dodatkowo w podwórku widniała budka nocnego stróża.

- No to się narobiło! – dowodzący dwoma pozostałymi porucznik Walker popatrzył ponuro z przejeżdżającego obok obiektu samochodu. – Trzeba zmienić plan. Zajedź od tyłu. Może tam się znajdzie jakieś dobre miejsce do zaparkowania i zastanowimy się co dalej – zwrócił się do kierującego autem elektryka.

Nie trwało to długo. Pół minuty później, dosłownie tuż za rogiem zobaczyli siedzibę posterunku miejscowej policji i siedzący za kierownicą natychmiast miał pomysł.

- Szefie! A może by tak właśnie tutaj? Bezpośrednio przed budynkiem jest wyznaczone miejsce dla pojazdów służbowych, ale kawałek dalej już nie. Żaden złodziej nie zdecyduje się podpieprzyć nam auta pięćdziesiąt metrów od komisariatu.

- A jak by chcieli nas legitymować? – odezwał się kasiarz.

- Jeżeli bezpośrednio po zatrzymaniu, to powiemy, że silnik nam nawala. A gdyby po zakończeniu akcji, to właśnie wyruszamy do Berlina. Na wczesną poranną zmianę.

Minutę później wysiedli z samochodu targając dużą, mocno wypchaną torbę. I gdyby tak ktoś do niej chciał zajrzeć, od góry zobaczył by tylko typowe klucze i narzędzia przydatne każdemu mechanikowi czy hydraulikowi. Nie było zaś możliwe, aby przy jakiejś bardziej pobieżnej kontroli odkryć w niej podwójne dno, gdzie ukryto kilkanaście przedmiotów, które już na pierwszy rzut oka każdemu policjantowi dały by powód, aby spróbować ich zamknąć w najbliższym areszcie. Już na pieszo, skręcili zaraz na najbliższym skrzyżowaniu, przywierając do stojących tam jakichś komórek i wtapiając się w mrok słabo oświetlonego zaułka. Zaraz potem przeskoczyli jedno i drugie niewielkie ogrodzenie, wkrótce stając na zapleczu interesującego ich obiektu.

- Czyli co? Od czego zaczynamy?

- Spokojnie. Najpierw zacznijmy od stróża. Tak na moje oko ma już ponad siedemdziesiątkę i może zaraz pójdzie spać.

- A jak nie? Niektórzy w tym wieku cierpią na bezsenność.

- Poczekamy, zobaczymy. Nie wygląda na takiego, który by tu pilnie czuwał przez całą noc.

- To cholera zmarzniemy. Już przy wyjeździe z Berlina niemiecki termometr wskazywał siedem na minusie. A koło północy będzie dobra dycha!

- W stopniach Celsjusza?

- Tak.

- No to nie jest dobrze. Ponadto śnieg skrzypi pod nogami.

- Trudno. I tak się ciesz, że nie ma tu żadnego psa. A w ogóle to może nie będzie tak źle, bo dziadek właśnie zgasił lampkę. Pewno jednak pójdzie spać.

Rzeczywiście. Piętnaście minut później podeszli do budki i przez niewielkie okienko zajrzeli do środka. Rozparty w fotelu około siedemdziesięcioletni wąsaty mężczyzna chrapał tak, że mało ściany się nie trzęsły.

- Dobra nasza – specjalista od zamków obejrzał drzwi. – Zamknął się tylko na haczyk, ale zaraz go otworzymy.

- To raz, dwa. Otwórz haczyk, ale drzwi pozostaw przymknięte. Jakby co, elektryk go przypilnuje. A my zaraz do drzwi wejściowych.

            Tu też nie było problemu. Prosty zamek pod klamką poddał się już po pół minucie i wreszcie weszli do środka. Zapalili niewielkie przyciemnione latarki, rozejrzeli się po pogrążonym w półmroku wnętrzu i wreszcie Walker zadecydował.

- Dobra. Ja przeszukuję biurko, ty regał pod ścianą. Na razie jednak nie robimy bałaganu. Wszystko ma zostać tak jak było. 

Drugie rozczarowanie przyszło już po pięciu minutach. Bo wszystko jednak wskazywało, że interesujące ich papiery mogą być tylko w stojącej pod ścianą niezbyt wielkiej, ale sprawiającej wyjątkowo solidne wrażenie pancernej kasie.

 

Komentarze