Przejdź do głównej zawartości

ATOMOWY POKER 169

 

28.09.1945 - Niemcy, Bremen, amerykańska enklawa w brytyjskiej strefie okupacyjnej, siedziba Wywiadu Armii USA.  

 

            - Senior Orawa - słysząc prowadzoną właśnie lekcję hiszpańskiego, sekretarka żartobliwie zwróciła się do majora. - Generał pana prosi. Natychmiast!

- Stało się coś, pani Amelio?

- Przecież pan wie, że w obecności osób trzecich nie mogę nic powiedzieć - znacząco spojrzała na siedzącego obok lektora.

- Rzeczywiście. Przepraszam. Proszę powiedzieć, że zaraz będę.

 

            Idąc korytarzem rozważał możliwe sytuacje. Znowu coś wypłynęło w Argentynie? Jakiś trop na Janusa? Nieważne. Zaraz i tak się dowie. Obciągnął jeszcze na sobie mundur i energicznie zapukał do drzwi.

- Wejść!

- Panie generale, major Orawa melduje się na rozkaz!

- Proszę usiąść, majorze. Kawa? A może koniak?

- Raczej kawę, jeśli można.

- Sam pan wybrał. Ale ja na pana miejscu zadysponował bym jednak coś mocniejszego - Brown miał taki wyraz twarzy, że aż nagle Orawę przeszła dziwna myśl. - Czyżby…

- No? Już się pan domyśla? Jeżeli tak, to chyba jednak będzie koniak - podniósł słuchawkę telefonu, wykręcił numer sekretariatu i wydał krótkie polecenie. - Pani Amelio, proszę przyprowadzić gości. A potem przynieść odpowiednie szkło i butelkę koniaku. Francuskiego. Tego najlepszego!

 

            Pół minuty później w otwierających się drzwiach Orawa zobaczył żonę. W błękitnym kostiumie, niebieskim kapelusiku, z niewielką, mocno ściskaną w dłoni torebką, wydała mu się jakby nierzeczywista. Tyle lat… Nie widział jej przecież od końca sierpnia 1939. Pozostała w Częstochowie wraz z córką, czternastoletnim wówczas podlotkiem o piegowatej twarzy, ozdobionej dwoma jasnymi warkoczykami. A teraz… Za żoną zobaczył dorosłą już pannę, tak bliską, a jednocześnie tak nieznaną, wchodzącą w towarzystwie młodego, wysokiego cywila.

- Zofio! - ruszył naprzód i po chwili padli sobie w ramiona. Żona! Ukochana Zofia! Tak bardzo mu jej brakowało, zwłaszcza od chwili, gdy ponad trzy miesiące temu, przez Czerwony Krzyż nawiązał z nią listowny kontakt. Wiedział, że żyje, wiedział, że mieszka pod tym samym częstochowskim adresem, wiedział, że wraz z córką całe i zdrowe przetrwały czarną noc hitlerowskiej okupacji. W pierwszej chwili chciał tam natychmiast jechać, ale szybko przyszło otrzeźwienie. Intuicja i dochodzące z kraju coraz gorsze wieści kazały mu się wstrzymać. Skoro żyją, to jechać oczywiście trzeba. Ale po demobilizacji, jako zwykły cywil, a w najgorszym przypadku zakamuflowany jako szeregowy żołnierz, którego osoba nie wzbudzi większego zainteresowania miejscowych, komunistycznych organów bezpieczeństwa. Nie daj Boże, gdyby jednak zorientowali się, że służył w przedwojennym, określanym przez nich jako sanacyjnym, wywiadzie. Ale skoro wszystko ułożyło się inaczej, skoro już są tutaj… Rozejrzał się wreszcie i przygarnął do siebie stojącą obok córkę. Była kiedyś taka mała, a noszone przez sześć lat w portfelu jej zdjęcie, przedstawiało jeszcze dziewczynkę. Odsunął ją więc po chwili, wpatrując się w nowe, tak bliskie, a nieznane sobie jeszcze oblicze.

- Wyrosłaś córeczko - znów ją przygarnął. - Tak długo czekałem.

- My też - Zofia stała obok, a łzy ciurkiem leciały jej po policzkach.

- Coś się stało? Coś nie tak? - Orawa nagle się zaniepokoił.

- Nic. To ze szczęścia. Nareszcie razem.

            Znów nie mogli oderwać się od siebie, znów Orawa otworzył ramiona, przygarniając do siebie żonę i córkę.

- A z zięciem się pan nie przywita? - głos generała trafił w Orawę, jak grom z jasnego nieba.

- Słucham? Z kim?

- Z zięciem. Ten młody człowiek stojący skromnie za paniami, to też jest pańska rodzina.

- Jak? Skąd? - mimo twardego charakteru i opanowania, Orawie nagle zmąciły się zmysły. - Jak to?

- Normalnie. Pańska córka od roku jest już mężatką. Od czasu tego waszego Powstania Warszawskiego.

- Co? Byłaś tam wtedy? W Warszawie?

- Była. Oczywiście, że była - Zofia wierzchem dłoni ocierała łzy. - A ja przez cały ten czas, ze strachu o nią mało nie umarłam. Ale Bóg mnie wysłuchał. Wróciła cała i zdrowa. Wraz z mężem.

- A ja pana jakoś sobie nie przypominam. Poznaliśmy się może już wcześniej, przed wojną? - Orawa wreszcie bardziej uważnie przyjrzał się młodemu mężczyźnie.

- Nie, proszę pana. Marysię poznałem wiosną 1944. Była łączniczką i kurierką w częstochowskim okręgu Armii Krajowej. A ślub wzięliśmy we wrześniu, już w Warszawie, podczas powstania.

- No, tak. Jak to się czasem wszystko szybko dzieje… To jak właściwie nazywa się teraz moja córka?

- Nowicka. Maria Nowicka.

- A pan? Jak pan ma na imię?

- Andrzej. Andrzej Nowicki, pseudonim „Sosna”.

- Widzę, że rzeczywiście jest pan wysoki i prosty jak sosna. I był pan w AK razem z moją córką?

- Tak jest! - Nowicki jakby mimowolnie wyprostował się przed Orawą. - Podporucznik „Sosna”, okręg warszawski.

- To co, majorze? - generał przerwał tę prezentację. - Dla nas jest już koniak - dodał widząc wchodzącą właśnie sekretarkę z butelką i szkłem na srebrnej tacy. -  A co pan zadysponuje dla naszych gości?

- Nie wiem … A co sobie życzycie ? - zwrócił się do stojącej przed nim trójki.

- Może kawę? - pospieszyła się Zofia. - Ale jeżeli Andrzej też życzy sobie koniak, to chyba nic nie stoi na przeszkodzie.

- Tak, proszę koniak - Marysia zadecydowała za męża. - Dla mnie też.

- No, dobrze - Brown popatrzył na nich z uśmiechem. - Tymczasowo oddaję wam swój gabinet, ale najwyżej na pół godziny. Nacieszcie się sobą. A później ma pan wolne majorze. Do końca dnia. Dwa pokoje dla państwa już zarezerwowałem w naszym wojskowym hotelu. Za dwa, góra trzy dni, pomyślimy, gdzie i jak sensownie was ulokować. Wszystkiego dobrego!

 

            Popołudnie, a następnie i wieczór, przedłużyły się do później nocy. Tak wiele było do opowiedzenia… Bo Marysia już jesienią 1943 roku została łączniczką miejscowej Komendy Armii Krajowej. Od wiosny 1944 wykonywała zadania kurierskie, przewożąc tajne materiały do Warszawy i z powrotem. Tam właśnie zastało ją powstanie, tam też w połowie września jeden z kapelanów dał im ślub. Świadectwo tego sakramentu, ze względów bezpieczeństwa dotychczas w żadnym urzędzie nie rejestrowanego, przechowywali jak najświętszą relikwię. Dopiero teraz Orawa dowiedział się też, że po powstaniu wyszli z Warszawy w cywilnych ubraniach, wraz z innymi cywilami.

- A czemu nie jak pozostali żołnierze? Jak prawdziwi kombatanci?

- Nie było innego rozwiązania. Służyłem bezpośrednio w pionie wywiadowczym Komendy Głównej AK. Do obozów jenieckich kierowano liniowych żołnierzy. A na takich jak ja, Niemcy wręcz polowali i to ze wszystkich sił. Nie wiem czy bym przeżył, gdyby mnie zdemaskowali i nie wiem też, czy nie rozdzieliło by mnie to z Marysią raz na zawsze. Wyszliśmy więc jako zwykli cywile i już pierwszej nocy daliśmy nogę.

- Tak po prostu?

- Nie całkiem. Słyszeliśmy wcześniej o obozie przejściowym w Pruszkowie, o warunkach tam panujących i o działaniach Niemców mających na celu identyfikowanie naszych żołnierzy. Specjalnie więc dołączyliśmy do grupy wychodzącej późnym popołudniem. Mieliśmy bez żadnych etapów pośrednich dojść do Pruszkowa, ale kolumna poruszała się bardzo powoli. Około 23.00 sami konwojenci mieli już dość i zarządzili półgodzinny postój. Oboje z Marysią wykorzystaliśmy zamieszanie, ukryliśmy się w piwnicy jakiegoś spalonego domu i przeczekaliśmy odejście kolumny. Potem skierowaliśmy się na północ, w stronę Puszczy Kampinoskiej. Był tam taki jeden, znany mi osobiście punkt przerzutowy naszej bibuły, zorientowanej na dezinformację i szerzenie nastrojów kapitulanckich wśród Niemców. Przechowano nas tam przez prawie trzy tygodnie. W końcu października, kiedy już trochę się uspokoiło, przeprowadzono nas do Sochaczewa. Z przymusowymi robotnikami budującymi umocnienia na linii rzeki Rawki, pojechaliśmy najpierw do Żyrardowa, a później do Skierniewic. Stamtąd już pociągiem przez Koluszki i Piotrków Trybunalski, prosto do Częstochowy. I tam się przyczailiśmy do tak zwanego wyzwolenia.

- Tak zwanego?

- To takie moje określenie. Bo chociaż odeszli Niemcy, pojawili się Rosjanie i pracujący z nimi ramię w ramię podległy samozwańczemu rządowi lubelskiemu Urząd Bezpieczeństwa. Więc dalej musieliśmy siedzieć cicho, jak myszy pod miotłą. Marysia została w domu, bo pani Zofia trochę wtedy chorowała, ja natomiast zatrudniłem się jako konduktor na kolei. Aż poprzez Czerwony Krzyż przyszedł list od pana.

- I co? Nie mogliście napisać nic więcej? Tylko tyle, że żywi i zdrowi?

- Pani Zofia i Marysia chciały napisać więcej, ale ja już wiedziałem co się święci. Lepiej było nie pisać o czasach okupacji, powstańczych ślubach czy innych takich. Zastanawialiśmy się tylko, jak i kiedy pan do nas dołączy.

- Daj spokój, młody człowieku. Skoro już macie ślub, mów mi tato! - Orawa powiedział to z jakimś dziwnym uściskiem gardła. Czego jak czego, ale tego co go właśnie spotkało, w najśmielszych snach by się nie spodziewał.

- Dziękuję. Tak więc czekaliśmy na tatę, aż pewnej nocy pojawił się jakiś cywil, mówiący po polsku z nieco dziwnym akcentem. Tak nagle wtargnął, że w pierwszej chwili myśleliśmy, że to ktoś z UB. Ale pokazał amerykańskie, dyplomatyczne papiery i fotokopię przedwojennego zdjęcia Marysi. Tego, które zabrał  pan na wojnę. Z tyłu była dedykacja i to ostatecznie nas przekonało, że ten gość jest od taty.

- A dalej?

- Był zaskoczony, że trzeba dołączyć jeszcze mnie. Kazał nam przygotować zdjęcia legitymacyjne, ale z tym akurat problemu nie było. Mama i Marysia robiły takie półtora roku wcześniej, jeszcze do okupacyjnej kenkarty, natomiast ja miałem świeżo zrobione do legitymacji kolejowej.

- Od razu z nim pojechaliście?

- Nie. Zabrał zdjęcia i powiedział, ze od dziś za tydzień mamy być w każdej chwili gotowi. Kiedy minęły dwa tygodnie, myśleliśmy, że już nic z tego. Ale kilka dni później pojawił się znowu. Znów nocą, tym razem delikatnie zapukał do drzwi. Kazał nam wyjść przez okno na ogródek, a później na ulicę z tyłu. Stał tam duży ambulans oznaczony symbolami Czerwonego Krzyża, z wygaszonymi światłami, zapalonym silnikiem i jak się chwilę później okazało, z dwiema trumnami w środku. Kierowca coś tam niby grzebał pod maską, ale kiedy kazano nam szybko wsiadać, błyskawicznie wskoczył za kierownicę i natychmiast ruszyliśmy.

- Tylko mi nie mówcie, że jechaliście w trumnach!

- W trumnach? Nie. Ale były tam prawdziwe szczątki ludzkie.

- Jak to?

- Nam też wydało się to fantastyczne. Okazało się, że był to samochód rządu USA, który powołał specjalną grupę mającą na celu odszukiwanie i ekshumowanie zwłok poległych nad Polską amerykańskich lotników. Niedawno dostali oficjalną zgodę na takie działania i od razu przystąpili do swojej roboty. Szczątki dwóch lotników wieźli właśnie spod Blachowni. W ambulansie kazano nam się od razu i w czasie jazdy przebrać w amerykańskie, wojskowe mundury. Dano nam też dokumenty, z których wynikało, że jesteśmy obywatelami amerykańskimi, a jednocześnie członkami ich misji wojskowej. Tak dojechaliśmy do Warszawy, do jakiegoś ich przedstawicielstwa.

- Nie byliście śledzeni?

- Nie. Kierowca zaraz na początku trasy, dla niepoznaki pojechał w kierunku Krakowa, a później umyślnie zjechał w bok, we wcześniej przez siebie rozpoznaną, bardzo dziurawą i błotnistą polną drogę. Ambulans był na podwoziu terenowej ciężarówki z napędem na obie osie i powoli, bo powoli, ale przejechaliśmy. Jakiś samochód osobowy, który pojawił się tam nagle i nie wiadomo skąd, utknął gdzieś po niecałym kilometrze. Myślę, że śledziło nas wtedy UB. Nasz przewodnik mówił, że z tamtej drogi będą ich musieli wyciągać co najmniej w dwa konie. A dalej było już proste. W tym przedstawicielstwie dano nam jeść, przygotowano kąpiel i kazano iść spać. Następnego dnia wieczorem, wraz z większym konwojem składającym się z załadowanych trumnami czterech samochodów i w towarzystwie około dziesięciu Amerykanów, pojechaliśmy na zachód. Kazano nam siedzieć cicho oraz nic się nie odzywać. Na granicy dowódca konwoju zebrał dokumenty i to on rozmawiał z tymi, co tam stali. Później jeszcze strefa rosyjska, linia demarkacyjna i znaleźliśmy się tutaj. Pani Amelia załatwiła nam cywilne ubrania i zaprowadziła nas do tego budynku, gdzie się spotkaliśmy. I co teraz będzie?

- Teraz? Do Polski wrócić już  nie możemy. Przynajmniej przez okres, gdy rządzą tam komuniści.

- Ale jak przestaną rządzić, to wrócimy, prawda? - Marysia wykazywała się sporym optymizmem.

- Tak. Wrócimy. Ale obawiam się, że już nie za mojego życia.

- A co? Chory jesteś tato? Na co? Leczysz się?

- Nie. To nie to. Jestem zdrowy, ale widzę i wiem znacznie więcej, niż przeciętny człowiek. I obawiam się, że na to aby tam bezpiecznie wrócić, trzeba będzie poczekać ze czterdzieści, a może i z pięćdziesiąt lat.

- O Boże! - Zofia z niedowierzaniem popatrzyła na męża. - To gdzie my teraz będziemy mieszkać? I co będziemy tu robić?

- Na razie nic. Ale od jutra, zacznę coś działać. Bo jeszcze wam nie mówiłem, ale formalnie jestem już obywatelem amerykańskim. A to, zwłaszcza przy moim aktualnym zajęciu, daje naprawdę spore możliwości.

 

Komentarze