30.09.1945 - Środkowy Atlantyk, U - Boot As Pik.
- No i chrztu nie będzie! - Vogel pierwszy poinformował Henryka.
- Jak to nie będzie? Cała załoga się szykuje. Przepłynąć równik, to przecież nie byle co. A jeszcze cała ta morska tradycja…
- Führer ma tradycję w dupie. Powiedział, że nie będzie klękał przed jakimś tam prostym marynarzem udającym Neptuna, a już zupełnie wyklucza, aby wypić szklankę soku cytrynowego.
- A mamy jeszcze taki?
- Jest kilkanaście puszek, zachowanych przez kucharza specjalnie na tę uroczystość. A teraz będą z tego nici.
- Klękanie przez führera jeszcze rozumiem. Ale dlaczego nie mógłby wypić tego soku? Przecież to istna skarbnica witamin.
- Dlaczego? Powód jest prosty. Führer od lat leczy się na żołądek. Często ma bóle na skutek niestrawności. A po takim soku? Nie wiem, jakich leków musiałbym użyć, aby doprowadzić go do w miarę normalnego stanu.
- Więc dlatego führer nie chce brać udziału…
- Nie tylko nie chce, ale nawet zakazał, aby ta uroczystość się odbyła. Powiedział, że czas na rozrywki będzie dopiero w Argentynie. I to wtedy, gdy będzie miał przekonanie, że jesteśmy już w pełni bezpieczni.
- Może to i racja.
- Może? Na pewno! Bo dopóki tam nie dopłyniemy i nie zabezpieczymy własnych tyłków, musimy być maksymalnie czujni. Zresztą, führer nie ma też czasu na jakieś pierdoły. Siedzi teraz i rysuje.
- Pewno mu się przypomniały młode lata. W „Mein Kampf” pisał przecież o tym, jak rysował wiedeńską architekturę.
- To nie to. Führer kreśli szkice, jak powinien wyglądać okręt podwodny przyszłości.
- Co? A on się na tym zna?
- Czy się zna, tego nie wiem. Ale pokazał mi parę swoich rysunków. Doszedł do wniosku, że taki okręt powinien mieć kształt jak mocno wydłużona, spadająca kropla wody. Będzie wtedy jeszcze szybszy i jeszcze bardziej manewrowy.
- A skąd mu to przyszło do głowy?
- Führer lubi obserwować nie tylko ludzi. Również i przyrodę. Ten pomysł przyszedł mu podobno już dawno. Ale dopiero teraz, kiedy ma mnóstwo czasu, zaczął przybierać konkretne kształty.
- Nie wiedziałem, że takie myśli chodzą mu po głowie.
- Oj, nie takie i nie od dzisiaj. Wiedziałeś na przykład, że wymyślił i opatentował dwa swoje wynalazki?
- Żartujesz! Jakie?
- A widzisz, jaki jesteś zaskoczony? Pierwszy z nich to mała lampka na wysięgniku, montowana we wnętrzu samochodu. Tak, aby w nocy można było czytać mapę i wiedzieć, czy się dobrze jedzie. Ale ten się jakoś nie przyjął.
- A drugi?
- A drugi przyjął się jak cholera. To światło cofania w samochodzie. Wyobrażasz sobie, ile było by stłuczek, gdyby go nie było?
- I to wszystko nasz führer?
- On sam. Prawda, że genialny?
02.10.1945, noc - Środkowy Atlantyk, U - Boot As Pik.
- Doktorze Schwartz! Doktorze Vogel! - głos Bormanna wyrwał ich ze snu.
- Co się stało, reichleiter?
- Święto. Pokonujemy właśnie równik. A kapitan Hulenburg zezwolił na wynurzenie i kąpiel.
- Kąpałem się wczoraj - Vogel, nie całkiem jeszcze rozbudzony, nie wyłapał podtekstu.
- Ale tu chodzi o ocean. Rozumie pan?
- Co? Mamy się kąpać w oceanie? Tak po prostu?
- Nie inaczej. Oczywiście, kto chce. Führer nie zgodził się na chrzest, ale za to kapitan pozwolił się wynurzyć. Ocean jest spokojny, hydroakustyk już potwierdził, że w pobliżu jest czysto. Wyjdziemy więc na powierzchnię. Termometry pokazują, że woda ma w tej chwili aż 26 stopni. Jednym słowem piknik.
Nie trzeba im było dwa razy powtarzać. Ciemna noc doskonale kryła równie ciemny kadłub okrętu, leniwie kołyszący się na niewielkiej fali. Wyłączony napęd eliminował powstawanie kilwateru i nikt nie mógłby ich wypatrzeć nawet z odległości dwóch czy trzech mil. Zasnute chmurami niebo wisiało nisko nad wodą, dodatkowo chroniąc ich przed ewentualnym, przypadkowo przelatującym samolotem. A zresztą jaki niby samolot miałby tam teraz lecieć w środku nocy? W pełni więc bezpieczni wyszli na pokład. Wciągali w płuca ożywcze, świeże powietrze, ściągali z siebie spodnie i koszule.
Z niejakim zdziwieniem obserwował więc Henryk jak mający wolne marynarze, rozebrawszy się do naga, skakali z pokładu, rozkoszując się ciepłą, morską kąpielą.
- To co, doktorze? My chyba też - Bormann wahał się chwilę, ale również ściągnął z siebie pokaźnych rozmiarów bokserki.
- Jak wszyscy, to wszyscy! - zarówno Henryk jak i Vogel poszli za jego przykładem, rozebrali się do naga i skoczyli do wody.
- Uff! Co za rozkosz! - ogarnął Henryka błogi zachwyt. Woda łagodnie omywała mu ciało, unosiła na powierzchni i nawet jej słoność była jakaś inna niż ta, o metalicznym smaku i zapachu, pod okrętowym prysznicem.
- A czy są tu rekiny? - Vogel dopiero teraz głośno zadał pytanie, na które odpowiedział mu śmiech kilku najbliższych pływaków.
- Tutaj raczej nie ma - bosman Müller był najbliżej. - Lubią płytsze wody, gdzieś przy południowych atolach czy rafach koralowych. Tam, gdzie - jak to mówią - wody do kolan, a ryb do chuja!
- A właściwie, jak tu jest głęboko?
- Nie wiem. Ale będzie może i parę kilometrów.
- O cholera! - Vogel mimowolnie spojrzał w dół, jakby przez warstwę wody spodziewał się ujrzeć dno.
- To nie ma znaczenia, doktorze. Każda woda powyżej szyi jest za głęboka. A jak nie ma pan siły stać, to i taka po kolana. Bo w każdej takiej można się spokojnie utopić.
- Czy spokojnie, to bym polemizował. Ale czuję się dziwnie. Bo pod nami kilometry wody, a gdyby nasz okręt nagle się zanurzył?
- Praktycznie niemożliwe. Na okręcie pozostało tylko kilku wachtowych i obserwatorzy na szczycie kiosku. W kilku nie dali by rady, aby gdziekolwiek dopłynąć.
- No i führer!
- Co, führer?
- Też został na okręcie.
- To jego wybór. Ja tam wolę trochę popływać. Dopiero teraz czuję, jakie to przyjemne.
- Przyjemne? - pomyślał Henryk. - Pewnie, że tak. Po ponad dwóch miesiącach w tak nienormalnych warunkach? Dziwne, że załoga jeszcze nie wariuje. Im przecież wcześniej dołożono jeszcze trzy miesiące w ciemnej, skalnej grocie!
Pobudzony tą myślą pociągnął kraulem wzdłuż całej długości okrętu, okrążył dziób i po drugiej już stronie wrócił stylem klasycznym. W okolicach rufy, na obu burtach zwieszono plecione z lin około metrowej szerokości siatki, po których szybko wdrapał się na pokład.
- No, no! - Vogel spojrzał na jego nagie, muskularne ciało i nie krył podziwu. - W ubraniu jakoś mniej to było widać. Dźwigałeś jakieś ciężary?
- Pracowałem za młodu w kuźni dziadka. A potem amatorsko trochę ćwiczyłem. Przecież nie wypada, aby niemiecki mężczyzna wyglądał jak troki od kalesonów.
- Jeżeli rzeczywiście ćwiczyłeś tylko trochę, to masz dobre, germańskie korzenie. Ubrać cię w odpowiedni strój i będziesz wyglądał jak jakiś średniowieczny Wiking.
- Czy ja wiem? Nigdy się nad tym nie zastanawiałem.
- Nie bądź taki skromny. A swoją drogą, ciekawe co by to było, gdybym to tobie podał mój specyfik.
- Myślisz o tym, który tworzył nadludzi?
- Dokładnie tak! Mając taki materiał ludzki i odpowiednie wspomaganie, bylibyśmy panami świata. A przy okazji… Brałeś może udział w programie „Lebensborn”?
- Słucham?!!!
- Co, nie słyszałeś o nim? Przecież taką krew jak twoja, trzeba przekazywać dalej. Naszym następnym pokoleniom. Więc jak? Nie wzięli cię przypadkiem do tego programu?
- Nie bardzo wiem, o co ci chodzi. Słyszałem, że miano tam pomagać samotnym matkom. A ja przecież nie jestem kobietą, a tym bardziej matką.
- Ale powinieneś być ojcem. Masz jakieś dzieci?
- Nie.
- No to jak mieliśmy wygrać wojnę, kiedy takie okazy nie płodzą potomków? Nowych, germańskich wojowników?
- Zajęty byłem pracą naukową.
- Rozumiem. To prawie tak, jak i ja. Ale proszę się nie martwić. Porozmawiam o tym z führerem. Tam, w Argentynie, jest wiele Niemek, które z ochotą wyjdą za takiego chłopa jak ty. Znajdziemy ci jakąś chętną i jeszcze spłodzisz z nią syna. A teraz… Chyba już czas zejść do środka. Bo zostaniemy tu sami, a jak nie zauważą, to jeszcze się zanurzą i nas tu zostawią.
Kwadrans później, leżąc już w koi, Vogel wrócił do tematu.
- A wiesz, że w tym programie nie chodziło tylko o matki. Chodziło głównie o dzieci.
- Jeżeli o dzieci, to również o ich matki. Jedno bez drugiego nie istnieje.
- Owszem. Ale Himmler, jako twórca programu patrzył w przyszłość. Chodziło o odnowę niemieckiej krwi.
- Słyszałem. Sporo mnie to nawet kosztowało.
- W jaki sposób?
- Finansowy. Przecież od 1942 roku wprowadzono obowiązek członkostwa, od hauptsturmführera wzwyż.
- Czyli byłeś w SS?
- Skoro powiedziałem, że mnie to kosztowało… Ci członkowie, którzy nie mieli dzieci, musieli płacić na organizację z każdej miesięcznej pensji. Mnie odliczano coś około pięciu czy siedmiu procent. Dopiero od czworga dzieci było zwolnienie ze składek.
- Wiedziałem!!! Tak przypuszczałem! - Vogel aż podniósł głos. - Od początku zachodziłem w głowę, po co na pokład zabrano doktora prawa. Komu i do czego było to potrzebne. Ale teraz już wiem. Byłeś ważnym członkiem SS!
- Nie wiem czy ważnym, ale tak się jakoś złożyło.
- No to jesteśmy kolegami na śmierć i życie. Bo ja też tam byłem. A propos… Dlaczego mi o tym nie powiedziałeś?
- Nie pytałeś. Zresztą, nie wiem, czy przeszłość jest taka ważna. W moim przekonaniu ważniejsza jest przyszłość.
- To oczywiste. Ale skoro nie powinniśmy mieć przed sobą tajemnic…
- A nie pamiętasz, co mi ostatnio powiedziałeś?
- Niby co?
- Że jeszcze nie wiem o wielu rzeczach, jakie dzieją się na tym okręcie. Zapomniałeś? - Henryk z dziwnym uśmiechem popatrzył na Vogla.
- No tak. Głupio wyszło. Ale wtedy jeszcze nie wiedziałem, że jesteśmy z jednej gliny.
- To teraz już wiesz. Ale wracając do tego całego „Lebensbornu”… Co miałeś na myśli, mówiąc, że nie wzięli mnie do tego programu? Przecież byłem członkiem i płaciłem składkę.
- Nie o to chodzi. Znasz drugie oblicze tej organizacji?
- A była taka?
- A ty co? Pierwszy naiwny? Pewnie, że była. Zaczęło się już w roku 1936, kiedy Himmler oficjalnie powołał to wszystko do życia. Najpierw chodziło o to, aby rodziło się więcej Niemców. Znasz nasze ówczesne statystyki?
- Chodzi ci o urodzenia?
- Nie tyle urodzenia, ile o przerywane ciąże. Na początku lat trzydziestych ich liczbę oceniano na sześćset tysięcy rocznie! Patrząc perspektywicznie, to w połowie lat pięćdziesiątych, każdego roku było by o trzysta tysięcy robotników i żołnierzy mniej. Mniej również o trzysta tysięcy kobiet, które mogłyby rodzić następnych robotników oraz żołnierzy. I tak, rok w rok! Między innymi, dlatego już w 1933 roku führer wydał zakaz aborcji. Traktował to jako akt sabotażu przeciwko przyszłości naszej rasy.
- A czemu tyle tego było?
- Nie wiesz? Brak wiedzy o zapobieganiu ciąży, kołtuńskie, przesiąknięte ortodoksyjnym religianctwem społeczeństwo, które wtedy nie tolerowało samotnych matek i nie dorastało do wielkiej wizji führera, przestarzałe przepisy, które trzeba było zmieniać. Wiesz na przykład, że gdy samotna kobieta pracowała w urzędzie i zaszła w ciążę, to na mocy przepisów pochodzących jeszcze z XIX wieku, natychmiast ją zwalniano?
- Nie słyszałem.
- A widzisz. W miejscach zamieszkania samotne matki były potępiane i objęte ostracyzmem społecznym. Ale Himmler to wszystko zreformował. Utworzono więc sieć ośrodków, gdzie te kobiety spokojnie mogły urodzić. Dostawały tam też stosowne metryki. Mogły oddać dziecko bezdzietnym parom z partii czy SS, albo same je wychować bez żadnego ryzyka. Tak było na początku.
- A potem?
Komentarze
Prześlij komentarz