- Wojna wiele zmieniła. Powołano Główny Urząd Rasy i Osadnictwa SS. Chodziło o zaludnienie zdobytych terytoriów i osiągniętej przez Niemcy przestrzeni życiowej. Roztoczono wtedy również opiekę nad wartościowymi rasowo kobietami innych narodowości, które spodziewały się dzieci z naszymi żołnierzami. Przejmowano też do adopcji i wychowania inne dzieci o cechach germańskich. Prowadzono badania rasowe. Jak oceniał to wtedy główny lekarz „Lebensbornu”, doktor Gregor Ebner, po trzydziestu latach konsekwentnego prowadzenia programu, mielibyśmy do dyspozycji 600 dodatkowych pułków!
- Program widzę był obszerny.
- To jeszcze nie wszystko. Rozszerzono kompleksową działalność celem przyspieszenia przyrostu naturalnego.
- Niby jak?
- Z jednej strony nasz führer ustanowił Dzień Matki Niemieckiej i Honorowy Krzyż Matki Niemki. Dzień obchodzono i krzyże uroczyście wręczano 12 sierpnia, czyli w rocznicę urodzin jego matki. Kobieta, która urodziła czworo dzieci dostawała brązowy, ta która urodziła sześcioro, srebrny. Na to, aby załapać się na złoty, musiała urodzić co najmniej ośmioro dzieci.
- To akurat wiem. I co dalej?
- Powołano nowe ośrodki „Lebensbornu”. W tak zwanej starej Rzeszy finalnie utworzono ich aż dziewięć. Powstały też specjalne ośrodki w Austrii, Francji, Norwegii i Belgii, a nawet w Polsce, pod Litzmannstadt. Z tym, że jeśli chodzi o ten ostatni kraj, praktycznie to nie wypaliło. Głównie zajmowano się tam przygotowaniem dzieci do adopcji.
- Chodziło oczywiście o sieroty?
- Prawdę mówiąc, to nie tylko.
- Mam rozumieć, że odbierano rodzicom dzieci?
- No, cóż… Były i takie przypadki. Nasz kraj potrzebował każdego wartościowego człowieka.
- Mam nadzieję, że nie brałeś w tym udziału? Bo to ostatnie to zwykłe draństwo. Wyobraź sobie, że na przykład teraz Amerykanie czy Ruscy zabierali by dzieci niemieckim rodzinom - Henrykowi aż skoczyło ciśnienie. - To też byś usprawiedliwiał ?
- No, co ty? Przecież tu chodziło o los naszego narodu!
- I może właśnie te i inne metody doprowadziły do tego, co stało się teraz.
- Już dobrze. Nie brałem w tym udziału. Osobiście uważałem, że nawet jeśli dzieci są rasowo wartościowe, to zawsze może się w nich odezwać obca, wroga krew.
- Tylko dlatego?
- A co byś chciał? Abyśmy litowali się nad naszymi nieprzyjaciółmi?
- Nie o to chodzi. Brudne metody obracają się często przeciwko tym, którzy je stosują.
- Taak… Tu się z tobą zgodzę. Ale nie wszystkie metody były brudne.
- A niby jakie?
- Słyszałeś o „Rozkazie do ostatnich synów”?
- Obiło mi się coś o uszy.
- No! To jako esesman powinieneś wiedzieć, że już 15 sierpnia 1942 roku Heinrich Himmler wydał taki rozkaz. Wycofywano z frontu esesmanów do trzydziestego czwartego roku życia, którzy byli jedynymi lub ostatnimi synami w rodzinach, a nie mieli jeszcze dzieci. Kazano im wracać do domów i brać się za płodzenie.
- A jeżeli ktoś był nieżonaty? Albo żona była bezpłodna?
- Znaleziono sposób i na to. Do ośrodków „Lebensbornu” trafiały też pełnoletnie, najbardziej fanatyczne oraz o najlepszych cechach rasowych dziewczyny z BDM. I tu się zdziwisz, ale ochotniczo. Chciały urodzić dziecko, jako dar dla führera.
- Żartujesz…
- Wcale nie. Przyjeżdżały do ośrodków, aby je zapłodnić. Czasami były to dziewczyny z naprawdę dobrych domów.
- I kto to robił?
- Właśnie ci, wycofani z frontu najdzielniejsi i nieżonaci esesmani. Dziewczynom pozwalano wybrać sobie partnera. Przyjeżdżały na cztery, pięć dni, kiedy miały dwunasty dzień cyklu owulacyjnego.
- I spały z wybranymi przez siebie esesmanami?
- Spały? A kiedy one miały czas na sen? Jak taką dorwał wygłodzony półrocznym pobytem na froncie dwudziestoparolatek, to dymał ją jak obłąkany i to po kilka razy dziennie. W końcu były to naprawdę chętne i z reguły dorodne dziewuchy…
- I co dalej?
- Normalnie, jak to w takich przypadkach. Prawie jedna trzecia z nich zachodziła w ciążę już po pierwszej takiej sesji. Z tego co wiem, urodziło się w ten sposób około pięciu tysięcy dzieci.
- A ty skąd o tym wiesz?
- Jestem przecież chirurgiem. I byłem ponad pół roku w takim ośrodku. Zaspokoję twoją ciekawość i od razu przyznam, że niestety nie w takim charakterze o jakim teraz myślisz.
- To co tam niby robiłeś?
- Swoją, chirurgiczną robotę. Przecież nie wszystkie dzieci rodzą się naturalnie. Czasami ich ustawienie jest takie, że trzeba pomóc naturze. Robiłem wtedy cesarskie cięcie i ogólnie żyłem jak pączek w maśle. A później, niestety przenieśli mnie gdzie indziej. Szkoda…
- No to ładnie będziemy wyglądać, jak to wszystko wyjdzie na jaw.
- Nie wyjdzie. Nie ma obawy.
- Jakim cudem?
- No, trochę niewątpliwie wyjdzie, zwłaszcza odnośnie przejmowanych i kierowanych do adopcji dzieci. Ale jeżeli chodzi o program płodzenia, to możemy być spokojni.
- Chyba nie całkiem. Musiały przecież zostać jakieś dokumenty, czy coś…
- Richard! Wszystko zostało obmyślone. Jeżeli dziewczyna zachodziła w ciążę, z reguły brała ślub z esesmanem, który ją zapłodnił. Jeżeli nie, to i tak wypisywało się fikcyjną metrykę. Nikt nie dojdzie, jak było.
- Ale mówiłeś, że również poza Rzeszą były takie ośrodki.
- I co z tego? Cudzoziemki, które się tam znalazły, teraz nie pisną ani słowa. Będą się wstydzić i bać, bo gdyby cała ta sprawa wyszła na wierzch, to ich rodacy by je zagryźli.
- A Niemki?
- Też nie puszczą pary z gęby. W obecnej sytuacji będą siedziały cicho. A po papierach, nikt do niczego nie dojdzie.
- Jednym słowem, perfekcyjna robota.
- A jak! Nie takie rzeczy działy się podczas wojny.
- Inne też?
- Oczywiście. Nie słyszałeś o akcji T 4?
- Tej, o której grzmiał na kazaniu w sierpniu 1941 roku katolicki biskup Münsteru, Clemens August Graf von Galen?
- Właśnie. Prowadzono ją od 1939 do 1944 roku. Chodziło - jak to w papierach ładnie ujęto - o „eliminowanie życia niewartego życia”.
- Czyli?
- Udajesz naiwnego? Przecież nie można było dopuścić, aby zdrowa część narodu utrzymywała jakichś tam degeneratów. Widziałeś chyba plakaty, że utrzymanie takiego kogoś kosztowało społeczeństwo 60 tysięcy marek, zanim w naturalny sposób zmarł.
- Widziałem.
- Czyli sprawa jest jasna. Wyeliminowano ze społeczeństwa około 200 tysięcy osób z padaczką, umysłowym otępieniem, schizofrenią, niepoczytalnych, z wadami rozwojowymi i innymi ciężkimi chorobami, a także przebywających w zakładach opiekuńczych powyżej pięciu lat. Koordynował to wszystko Viktor Brack, zastępca szefa Kancelarii Führera, a sam kryptonim akcji wziął się od jego berlińskiego adresu biura, które mieściło się przy Tiergartenstraße 4.
- Wyeliminowano? - w tonie Henryka nie dało się ukryć gryzącej ironii.
- A tak. Chyba to lepsze, niż dalsze ich utrzymywanie - Vogel jakby nie zwrócił uwagi na ton głosu swego rozmówcy. - Gaz, trucizna czy proste rozstrzelanie uzdrowiły sytuację. Wyeliminowaliśmy złe geny obciążające społeczeństwo.
- I nic nam to nie pomogło…
- Mówisz, jak jakiś pieprzony humanista… A mieliśmy inne wyjście? Pomnóż sobie teraz te 200 tysięcy osób na utrzymaniu razy 60 tysięcy marek. Policz, ile za te pieniądze można było wyprodukować czołgów, samolotów czy okrętów. Również tego, na którym teraz płyniemy.
- Wiem. Ale chyba można było to wszystko urządzić jakoś inaczej - wstrząśnięty cynizmem Vogla Henryk, w ostatniej chwili ugryzł się w język, aby nie określić tego procederu mianem cynicznego, masowego mordu, i to do tego na własnym narodzie.
- Inaczej? Było i inaczej. Tych, którzy mogli pracować, ale nie powinni się rozmnażać, sterylizowano.
- Czyli, co?
- Normalnie. Mężczyznom przecinano nasieniowody, a kobietom podwiązywano jajowody.
- Dobrowolnie?
- Jaja sobie ze mnie robisz? Oczywiście, że nie. Ale takie były przepisy ustawy dotyczącej przymusowej sterylizacji, która weszła w życie w lipcu 1933 roku, zresztą opracowanej przy współudziale mojego dobrego kolegi, doktora Josefa Mengele. W ten sposób wyeliminowano z rozmnażania się około 400 tysięcy następnych degeneratów. No, nie rób takiej zdziwionej miny. W medycynie nazywa się to „eugenika negatywna” i nie myśmy to zapoczątkowali. Rozpoczęło się to wszystko w USA!
- Żartujesz?
- Mówię poważnie. Amerykanie zaczęli to już w roku 1896, w stanie Connecticut. Stan Wirginia uzyskał takie prawa werdyktem Amerykańskiego Sądu Najwyższego w roku 1927. Rozwinęło się to też w innych krajach.
- Gdzie?
- Na przykład w Szwecji. Już w roku 1921 powstał tam tak zwany „Instytut Higieny Rasy” i zaczęto sterylizacje osób takich jak u nas. Stosowano ją też miedzy innymi w Kanadzie, Australii, Danii, Norwegii, Finlandii, Estonii czy Szwajcarii.
- Nie wiedziałem.
- Nie dziwię się. Przecież nie siedzisz w tym temacie. Ale mogę cię też pocieszyć. Oprócz „Lebensbornu”, prowadziliśmy i inne działania mające na celu zwiększenie ilości urodzin i poprawę jakości narodu. Słyszałeś na przykład o ślubach na odległość?
- Z tego co wiem, było to nawet dość popularne.
- A widzisz? Można było zawrzeć ślub z żołnierzem przebywającym aktualnie gdzieś daleko na froncie, można było zawrzeć ślub z marynarzem będącym na środku Atlantyku. Jeszcze w grocie opowiadał mi Hulenburg, że było to bardzo proste. Tego samego dnia i jeśli to było możliwe, o tej samej porze, kobieta w kraju stawała przed kierownikiem Urzędu Stanu Cywilnego, a marynarz przed dowódcą U- Boota. Wypowiadali przysięgę małżeńską, wypełniało się stosowne formularze i już. Byli małżeństwem ze wszystkimi wynikającymi z tego stanu skutkami prawnymi. Mogli się już nawet w życiu nie zobaczyć, ale prawnie wszystko było uregulowane. Dzieci, majątki, spadki, renty.
- To akurat nie jest niczym dziwnym. Wojna wojną, ale porządek musi być.
- To jeszcze jest nic. A słyszałeś o ślubach z nieboszczykami?
- Bredzisz!
- Serio. W listopadzie 1941 wyszła mało znana dyrektywa naszego führera, że można poślubić zmarłego żołnierza, jeżeli uprzednio istniał poważny zamiar zawarcia związku małżeńskiego. Mówi ci coś nazwisko Franz Kutschera?
- To był, zdaje się, jakiś wyższy dowódca SS i Policji w Generalnym Gubernatorstwie?
- Tak. Konkretnie w Warschau. Na początku lutego 1944 zastrzeliła go na ulicy polska grupa specjalna, z tej ich Armii Krajowej.
- Widać byli cholernie dobrzy.
- Nie o to chodzi. Kutschera miał w tym momencie narzeczoną. Norweżkę, która podpisała niemiecką listę narodowościową. A dodatkowo ta Norweżka była jeszcze w ciąży. Planowali ślub i tu naraz taki pech.
- Chcesz powiedzieć, że ślub się odbył? Wzięła ślub z trupem?
- A co myślałeś? Pewnie, że tak. Do sali, gdzie wystawiono trumnę, przybył odpowiedni urzędnik. Odczytał formułę zaślubin w imieniu nieboszczyka. Narzeczona w czarnej, żałobnej sukni, wygłosiła swoją. Przysięgła mu miłość, wierność i posłuszeństwo. Wypisano akt małżeństwa i została jego prawowitą małżonką, a nienarodzone dziecko uzyskało prawo do nazwiska swego ojca. Oboje otrzymali też rentę i odszkodowanie po zmarłym.
- No to miała baba szczęście w nieszczęściu.
- Ona tak. Ale, jak to często w życiu bywa, szczęście jednego jest nieszczęściem drugiego. W odwecie za śmierć Kutschery, następnego dnia w pobliżu miejsca zamachu publicznie rozstrzelano stu Polaków, a zaraz potem następnych dwustu w ruinach getta. Dodatkowo, 10 lutego rozstrzelano jeszcze blisko czterystu, a dzień później na balkonach jednej z kamienic powieszono dwudziestu siedmiu wziętych z najbardziej znanego warszawskiego więzienia, czyli tak zwanego „Pawiaka”. Jak to wszystko sobie policzysz, to wychodzi dobre siedem setek!
- Czyli zapłacili cholernie drogo. I nie przekalkulowali tego wcześniej? Opłaciło im się?
- Gdybyś zapytał rodziny rozstrzelanych i powieszonych, to na pewno nie. Ale przecież ani ze strony Armii Krajowej, ani tym bardziej z naszej strony nikt ich o zdanie nie pytał. Taka jest wojna Richard i nic na to nie poradzisz.
Komentarze
Prześlij komentarz