15.12.1945 - Argentyna, Buenos Aires.
Mimo, iż wspaniałe, złociste słońce wypełniało ulice Buenos Aires iście magicznym blaskiem, major Stanisław Orawa nie czuł się dobrze.
Fizycznie owszem, wszystko było w porządku. Niejakim smutkiem napełniały go jednak zbliżające się święta Bożego Narodzenia. Półtora tygodnia do Wigilii, którą miał zamiar spędzić razem z najbliższą rodziną po raz pierwszy od roku 1938 i znowu nic. Rodzina we Francji, a może już na pokonującym Atlantyk statku, a on w Argentynie, gdzie znów będzie się narażał. Trudno. Czego się nie robi dla ojczyzny i rodziny.Zastanowił się przez chwilę i zmienił zdanie. Tylko dla rodziny, bo o ojczyźnie, jaką znał sprzed wojny, należało na razie zapomnieć. Teraz zaś czekała go rozmowa z amerykańskim agentem, pracującym pod przykrywką jako przedstawiciel pewnej hiszpańskiej firmy. - Formalnie, już mojej firmy - pomyślał Orawa. Jeszcze raz spojrzał na numer domu, przywołał w pamięci oglądaną kilka dni wcześniej fotografię człowieka z którym miał się tu spotkać i nacisnął dzwonek.
- Tak, senior? Pan sobie życzy? - w średnim wieku służąca zmierzyła go spojrzeniem od góry do dołu.
- Jestem umówiony z seniorem Diego Velasquezem - Orawa zauważył, że jego angielski nie wywołał u służącej większego zdziwienia. - Proszę mnie anonsować.
- Pan zaczeka - szeroko otworzyła drzwi i wskazała stojący w holu głęboki fotel. - Już idę zawołać - zniknęła jak duch za najbliższymi drzwiami, skąd po kilkunastu sekundach wyszedł średniego wzrostu i wieku, najwyraźniej oczekujący go mężczyzna.
- Jestem Joseph Brandt - Orawa wyciągnął rękę do rozmówcy. -Poinformowano mnie, że prowadzi pan interesy z policją i armią.
- Armię bym postawił na pierwszym miejscu, senior.
- A co z więziennictwem?
- To ostatni człon mojej reprezentacyjnej triady - Velasquez szeroko i z widoczną ulgą uśmiechnął się do Orawy. - Wszystko się zgadza - szepnął jakby do siebie, komentując prawidłowość hasła i odzewu. - Zapraszam pana do mojego gabinetu, senior.
- O, nie. Widzę tutaj kawał ogrodu i sądzę, że tam się nam będzie lepiej rozmawiało - Orawa przyłożył palec do ust.
- Obawia się pan podsłuchów? - minutę później Velasquez pierwszy zadał pytanie.
- Czego się obawiam, to moja rzecz - Orawa od pierwszej chwili postanowił być twardym i pokazać, kto tu rządzi. Co prawda Velazquez otrzymał instrukcje z centrali, ale polecenia to jedno, a rzeczywista hierarchia to drugie.
- Nie rozumiem…
- I nie musi pan. A teraz proszę słuchać i nie przerywać, bo nie mam zamiaru się powtarzać. Od tej chwili ściśle wykonuje pan moje polecenia. Zarówno dla pana jak i dla wszystkich innych, nazywam się tak, jak przed chwilą się przedstawiłem. Gdyby się ktoś pytał, jestem Niemcem z Oberschlesien. To Górny Śląsk w obecnych granicach Polski, gdzie mieszkałem przed wojną. Firmę, której formalnie jest pan tu przedstawicielem, odkupiłem od poprzedniego właściciela trzy miesiące temu i teraz przyjechałem objąć ją w posiadanie. Jakby co, niech się pan nie martwi o mój niemiecki. Znam go bardzo dobrze, jak prawdziwy Niemiec. Dla ciekawskich, w momencie wybuchu wojny przebywałem we Francji, gdzie załatwiałem swoje interesy. Mimo, iż miałem polskie obywatelstwo, internowano mnie tam jako Niemca, podejrzewając, że jestem szpiegiem Abwehry. W roku 1940, kiedy to Francja się poddawała, wywieziono mnie do Anglii i tam, aż do końca maja bieżącego roku przebywałem w więzieniu. Po zwolnieniu, przez zieloną granicę dotarłem w rodzinne strony, odkopałem ukryte jeszcze w 1939 roku przez pewnego bogatego Żyda, dolary i sporo złota. A teraz jestem tutaj i chcę wreszcie spokojnie prowadzić interesy. Czy to jest jasne?
- Tak jest, senior Brandt. A czy mogę zapytać, jaki jest pański stopień?
- Zapytać pan może, ale odpowiedzi nie otrzyma. A właściwie otrzyma, ale oficjalną. Przepisową odpowiedź, którą poza naszą służbą udziela się wszystkim pytającym, od kaprala do pułkownika. Brzmi ona krótko. Mój stopień jest tajny, ale w tej chwili nikt z tu obecnych nie przewyższa mnie stopniem. Nie wiedział pan o tym?
- Rozumiem - Velasquez wydawał się coraz bardziej zdenerwowany. - Ale ja też przecież jestem w tej służbie.
- Nie ma żadnego „ale” i nie jest zdrowo wiedzieć zbyt wiele. A prywatnie, to mogę panu powiedzieć jeszcze jedno. Centrala dokładnie wie, że od dłuższego czasu nie przykłada się pan zbytnio do swojej roboty. Zasiedział się pan tutaj i przez te siedem lat pańska wartość systematycznie malała. Prowadzi pan na boku prywatne interesy, często wykorzystując służbowe fundusze. Niech pan nawet nie zaprzecza - widząc ruch ust Velasqueza, Orawa nie dał mu dojść do słowa. - Te sprawy w ogóle mnie nie interesują, a właściwie interesują o tyle, że nie mogą przeszkadzać w naszej podstawowej robocie. W tym jednak zakresie pozostawiam panu wolną rękę, ale o wszystkim muszę wiedzieć. Być może właśnie to będzie najlepsza droga dla powodzenia naszej misji. Jeżeli jednak stwierdzę choć jedno odstępstwo, w ciągu półtora tygodnia odpowiedni mój raport wyląduje w Waszyngtonie. Zostanie pan wtedy odwołany w trybie natychmiastowym i trafi do papierkowej roboty w najbardziej zakurzonym biurze wywiadu, mając nad sobą najbardziej zgorzkniałego i złośliwego przełożonego w całych Stanach. Rozumiemy się?
- Tak jest, senior Brandt.
- No! To teraz przejdźmy do konkretów. Cel naszych najbliższych działań to Fritz Mandl. Trzeba się do niego zbliżyć. Powinien go pan chociaż trochę znać, bo ma tutaj fabrykę rowerów.
- Mandl? Osobiście nie znam, ale robiłem dostawy dla jego firmy.
- Jakie?
- Pan wie, że oficjalnie handluję głównie naczyniami kuchennymi. Talerze, miski, sztućce, ale i menażki, manierki czy kompleksowe wyposażenie kuchni. Wszyscy muszą z czegoś jeść. Wojsko, policja, więziennictwo, restauracje, stołówki szkolne, zakładowe czy nawet klasztorne. Z tego powodu wszędzie mam dotarcie. A Mandl kupował ode mnie wyposażenie stołówki dla kopalni węgla. Z tym, że kontrakt załatwiałem wyłącznie z jego dyrektorem handlowym.
- Na początek może to wystarczy.
- Trudno powiedzieć. Na razie nic od nas raczej nie będą potrzebować.
- Hmm… A te rowery, co je tu produkuje? Dobre są?
- Można powiedzieć, że takie sobie. Słyszałem, że klienci skarżą się na słabą jakość łożysk w kołach i przy pedałach. Sypią się jak cholera. Wie pan, jak to jest… Kiedy Ameryka przystąpiła do wojny, cała tamtejsza produkcja poszła na potrzeby militarne. Znalazła się w samolotach latających nad Europą czy Japonią, w samochodach i czołgach, okrętach na Atlantyku, Pacyfiku i diabli wiedzą gdzie jeszcze. Tutaj, niejako zastępczo, uruchomiono produkcję jakichś łożysk, ale to tylko - jak to mówią Niemcy - zwykły „ersatz”.
- O! I to już jest coś. Kto te łożyska produkuje?
- Prawdę mówiąc, nie mam pojęcia. Nie moja branża.
- Od tej chwili już pańska, więc proszę słuchać uważnie. Na razie zamieszkam w hotelu, ale jutro w południe znów się tu zjawię. Chcę tu widzieć taki rower. Rozkręcimy go, zobaczymy jakie ma łożyska. Rozmiary i kto je produkuje. Jeżeli się da, sprowadzimy lepsze i tańsze. A później porozmawiamy o nich z panem Mandlem. Przedstawimy mu ofertę, której nie powinien odrzucić.
18.12.1945, wieczór - Argentyna, hacjenda niedaleko miejscowości Charata.
- Więc to wy macie mnie chronić? - Henryk uważnie obejrzał dwóch młodych dryblasów, stojących przed nim w dość niedbałych pozach i taksujących go spojrzeniami spod przymrużonych powiek.
- Jawohl! Takie zadanie postawił nam reichsleiter Bormann. Dzisiaj jeszcze mamy tu zanocować, a jutro rano ruszamy do Cordoby.
- Słucham? Co to znaczy ruszamy? - Henryk postanowił od pierwszej chwili i raz na zawsze rozstrzygnąć prawo dziobania i ustawić do pionu bezczelnych smarkaczy. - Ja zadecyduję kiedy ruszymy i ja wyznaczę cele naszych wojaży.
- Ale reichsleiter Bormann…
- Co, reichsleiter? Nie ma go tutaj i nie jest w stanie ocenić, co w danej chwili jest dobre dla naszej sprawy. A w ogóle, to co to za maniery? Przedstawić się! Stopień, imię, nazwisko i wiek. Ty! - wskazał palcem na pierwszego z nich. - I do cholery, jak ty przede mną stoisz? Baczność! - podniósł głos do tonu kaprala musztrującego głupawych rekrutów.
Wskazany jakby przez chwile się zawahał, ale wypełnił rozkaz, a Henryk katem oka zauważył, że wyprężył się i drugi.
- No, słucham! Zapomniałeś języka w gębie?
- SS - Sturmscharführer Thomas Rosenberg. Lat dwadzieścia trzy.
- Jakiś krewny Alfreda Rosenberga, naszego ministra do spraw okupowanych terenów wschodnich?
- Nie, to tylko zbieżność nazwisk.
- A ty? - Henryk przeszedł dwa kroki i stanął przed drugim.
- SS - Obersturmführer Ferdinand Waltz. Dwadzieścia pięć lat.
- Dobrze. To teraz posłuchajcie, co ja wam powiem. Dla was nazywam się Anton Schlegel - Henryk podał tę część danych ze swoich nowych, fałszywych dokumentów - choć w papierach jakie teraz posiadam, imię zapisano w wersji Antonio. Nie musicie wiedzieć, czy są to moje prawdziwe dane, czy też nie. Posiadam również stopień SS - Obersturmbannführera i tu akurat wszystko się zgadza, a w związku z tym, jako wyższemu stopniem macie bezwzględny obowiązek podporzadkowania się moim rozkazom. Zarówno prywatnie, jak i przy innych możecie do mnie mówić „panie inżynierze” i to na razie musi wam wystarczyć. Ja będę też decydował, jak, kiedy i w jakim zakresie będziecie mnie chronić. Bo jak mi się zechce zaciągnąć do łóżka jakąś panienkę, to przecież nie będziecie stali nade mną!
- No, nie…
- Czyli tę kwestię już sobie wyjaśniliśmy. Zasada jest prosta. Ja wydaję rozkazy, wy je wykonujecie.
- Ale reichsleiter…. - odezwał się jeszcze Waltz.
- Do cholery! Nie mam zamiaru wysłuchiwać tych skamleń. Kiedy wy jeszcze rżnęliście w pieluchy, a na gówno mówiliście papu, ja, jako członek NSDAP i SA, u boku führera walczyłem już w Coburgu i Monachium. Nie będę więc wysłuchiwał jakichś głupot, a z tego co zrobię, bezpośrednio rozliczę się przed reichsleiterem. Albo jeszcze wyżej…
- Wyżej? - z niedowierzaniem wyrwało się Waltzowi.
- Nie musisz wiedzieć. A na razie wracajcie do gospodarza. Da wam jeść i pokaże, gdzie będziecie spać. Wyruszymy pojutrze i nie do Cordoby, a do Buenos Aires. Odmaszerować!
Poczekał, aż wyszli z pokoju i głęboko odetchnął. Udało się! Tylko krzykiem i traktowaniem ich z góry mógł osiągnąć taki rezultat. A teraz następna część obmyślonego wcześniej planu. Buenos Aires. Tam zaaranżuje sytuację, w której będzie sam. Chociaż na godzinę. Bo przecież jakoś ten kontakt trzeba będzie nawiązać i uzyskać realną pomoc. A jedyną na całym świecie osobą, która mogła to zrobić, był major Stanisław Orawa!
19.12.1945 - Argentyna, Buenos Aires.
- Ma pan już tę odpowiedź?
- Tak jest, senior Brandt - Velasquez z widoczną ulgą wyciągnął papier z szuflady. - Jest fabryka w Chicago, która produkuje łożyska w tych rozmiarach. Produkcja wielkoseryjna, więc nawet uwzględniając koszty transportu, cena finalna będzie konkurencyjna.
- A jakość?
- Bez zastrzeżeń. Jeździ na nich pół Ameryki Północnej. Ale jest jedna prośba.
- Jaka?
- Proszą, aby te łożyska które wymontowaliśmy z argentyńskiego roweru, przesłać im do wglądu. Wie pan, jak to jest. Rozmiar niby ten sam, a różnić się mogą przetoczeniem krawędzi lub też czymś innym.
- W porządku. Niech pan to odpowiednio zapakuje i prześle. Ile czasu nam to zajmie?
- Trudno powiedzieć. Za parę dni święta Bożego Narodzenia, zaraz później Nowy Rok. A tu jest Argentyna. Tu nikomu się nie spieszy, zwłaszcza w takim okresie.
- Zdążyłem się już zorientować. Ale w przybliżeniu?
- Myślę, że odpowiedź będzie gdzieś około 10 stycznia. Może nawet na połowę miesiąca.
- Nie da się szybciej?
- Raczej nie, chociaż planuję to przesłać pocztą lotniczą. Z tym, że to też tak szybko nie idzie. Stąd nie ma bezpośrednich lotów do Stanów, a samoloty do Bogoty czy Caracas odlatują raz na kilka dni. Tam dopiero i to nie codziennie przesyłki przeładowują na samoloty amerykańskie, ale i tak wątpię, czy lecące bezpośredni do Chicago.
- Trudno. Trochę więc zaczekamy. A teraz druga sprawa. Sporządził już pan tę listę, o którą prosiłem?
- Tak. Ukończyłem ją już wczoraj. Tu, w Buenos Aires mamy co najmniej dziesięciu biznesmenów, których powinien pan poznać. Trzy czwarte z nich Mandla zna osobiście, lub też ma z nim powiązania handlowe. To kiedy zaczynamy?
- Myślę, że zaraz po Nowym Roku. Boże Narodzenie to święta rodzinne, a na Nowy Rok każdy z tych panów ma już pewnie jakieś plany. Musimy więc odczekać.
- A ten wyjazd do La Faldy i okolic? Wspomniał pan o tym zaraz drugiego dnia. I o tych, których kiedyś być może trzeba będzie porwać, a nawet i zabić.
- Na razie nieaktualne. Godzinę po naszej tamtejszej rozmowie dostałem wiadomość, że ptaszki wyfrunęły z gniazdka.
- A nie można było zareagować wcześniej?
- Informacje przyszły za późno. A to nie jest takie proste zrobić dokładne rozpoznanie i w perspektywie zorganizować kilkunasto czy też kilkudziesięcioosobowy oddział uderzeniowy, w dodatku przeznaczony do działania na terytorium obcego państwa, bez wiedzy i zgody jego władz, a następnie w sposób szybki i tajny przerzucić go na drugą półkulę. Potem pozostaje jeszcze likwidacja celów lub - co gorzej - bezpieczna ewakuacja z ujętymi celami i to tak, żeby nikt się nie zorientował, że cokolwiek takiego miało tam miejsce.
- O cholera! To jak znam życie, żaden biurokrata nie będzie się pod czymś takim chciał podpisać.
- Słusznie pan myśli, senior Velasquez.
- A jeszcze jedno… Jak pan dostał tę wiadomość? Od kogo?
- Ciekawość, to pierwszy stopień do piekła, a pan chyba nie chce tam trafić. Musi panu wystarczyć, że odgórnie i w trybie alarmowym przekazano mi tu namiar na parę źródeł, poza wiedzą ich oficerów prowadzących. Do kontaktów ze mną, w razie czego nie będą mieli prawa się przyznać.
- Więc może się zdarzyć, że i któryś z moich…
- Dobrze pan kombinuje, chociaż będą trzymać język za zębami. To jest to dodatkowe zabezpieczenie i bat na tych, którzy by chcieli ukręcić na boku coś dla siebie.
Kłamał. Ale co tam. Niech się ten leń trochę boi. Przekazano mu tylko namiar i to pośredni, na mieszkającego w La Falda niejakiego Pablo Martineza. W związku z tym już pierwszego dnia, jeszcze przed wizytą u Velasqueza spotkał się z tak zwanym mister Clarkiem i natychmiast wysłał go do La Faldy, a czterdzieści osiem godzin później telefon do jego hotelowego pokoju pozbawił go nadziei. Goście Fritza Mandla zniknęli jak kamfora, nie pozostawiając po sobie żadnego śladu.
Komentarze
Prześlij komentarz