- Jak to Żyd?
- Normalnie. To patolog, niejaki doktor Faust Szkarawski, lekarz sądowy I Frontu Białoruskiego. Tylko on akurat był pod ręką, chłodni żadnej nie mieliśmy, szczątki nie mogły czekać, a towarzysz Stalin mocno ponaglał. Szkarawski to Żyd z pochodzenia, a my Rosjanie nie ufamy przecież obcym - Abakumow w tym momencie jakby zapominał, że przecież sam był Ormianinem.
- Jednym słowem… - Rogozinowi nagle zabrakło słów.
- Tak. Jednym słowem, nie mamy pewności, czy Hitler naprawdę zginął w Berlinie. A im bardziej badamy tę sprawę, im bardziej wgłębiamy się w szczegóły, tym więcej jest niewiadomych. A wy pułkowniku - tu Abakumow spojrzał Rogozinowi prosto w oczy - tak na gorąco i na podstawie tego, co wam tu powiedziałem - oczywiście w ścisłej tajemnicy - co o tym myślicie? Mieli byście jakiś pomysł na rozwiązanie tej zagadki?
- Tak na gorąco? - Rogozin był wręcz oszołomiony. - Nie mam żadnego konkretnego pomysłu, chociaż…
- No, mówcie śmiało!
- Tak sobie myślę, że kluczem do wyjaśnienia tej sprawy może być sobowtór na dnie pustego zbiornika. Jeszcze w Poczdamie obiło mi się o uszy, że bunkier Hitlera nie był duży, a przebywało w nim sporo ludzi. Nie było by więc możliwe, aby tam przetrzymywać sobowtóra i jeszcze zachować to w tajemnicy. Więc…
- Tak?
- Musiał być przetrzymywany gdzieś indziej. Nie za daleko, aby w każdej chwili można było go użyć, nawet w sytuacji gdyby padła wszelka łączność. Osobiście, umieścił bym go w ruinach Kancelarii Rzeszy. Na wyciągniecie ręki i w każdej chwili do dyspozycji. Mam nadzieję, że sprawdzono tę możliwość, bo to jest bardzo prawdopodobne. Przy czym nie mógł być tam sam. Ktoś go musiał pilnować i na pewno nie był to jeden człowiek. Ktoś musiał im dawać jeść i pić, ktoś musiał przynieść mu ubranie Hitlera. Sam czas przebywania w takiej sytuacji mógł trwać nawet dwa czy trzy tygodnie. Musieli się też gdzieś myć i załatwiać potrzeby fizjologiczne, a kancelaria, nawet w ruinie, idealnie by się do tego nadawała. A na koniec, ktoś go stamtąd wyprowadził, zaciągnął do zbiornika i tam zastrzelił, lub też zastrzelono go obok i dopiero później ułożono tam, gdzie znalazł go Klimienko.
- Jednym słowem sugerujecie, że…
- Myślę, że to byłby dobry trop. I gdyby dorwać tych, którzy byli w to zaangażowani, to idąc po nitce do kłębka wiele by się wyjaśniło. Może nawet doszli byśmy do samego Hitlera. A jeszcze, gdyby namierzyć to pomieszczenie i dokładnie je sprawdzić… Może tam by było jakieś rozwiązanie? Przy okazji jeszcze zapytam… Czy zrobiono sekcję zwłok tego sobowtóra? Może to by coś wyjaśniło?
- Niestety. Skoro zidentyfikowano go jako sobowtóra, to Klimienko kazał go po prostu pochować i później już nikt sobie tym głowy nie zawracał. A co do pomieszczenia, to też niestety nie wchodzi to w grę. Za późno.
- Zaraz… Chyba sprawdzono tę hipotezę i to od razu na miejscu.
- Usiłowano sprawdzić, ale nic z tego nie wyszło. Przykro to powiedzieć, ale to nikt inny jak właśnie nasi żołnierze spieprzyli wszystko.
- Nie rozumiem…
- To proste. Zanim się do tego zabraliśmy, zwykli szeregowi żołnierze wszystko splądrowali, pokradli co się dało, a co się nie dało, poniszczyli jako znienawidzone symbole faszyzmu. I w końcu tak wyszło, że nasze wysiłki spełzły na niczym. Jednym słowem niby wiemy dużo, a tak naprawdę wszystko rozpływa się nam w rękach. A tak przy okazji… Jak myślicie? Kto mógł to wszystko zorganizować?
- Myślę, że nie był to żaden z generałów obecnych w bunkrze. Zajęci byli ostatnimi, rozpaczliwymi próbami ratowania sytuacji. Nie mieli zresztą ku temu odpowiedniej władzy i możliwości. Nie mógł to być też minister propagandy Joseph Goebbels. Miał po prostu co innego na głowie, czyli planowane samobójstwo swoje i żony oraz zabójstwo swoich sześciorga dzieci. Heinrich Himmler był poza Berlinem. Tak więc pozostaje jedynie sekretarz Hitlera, minister partii, reichsleiter Martin Bormann. Tylko on mógł to wszystko zorganizować, miał władzę i odpowiednie ku temu możliwości. Szkopuł jednak w tym, że z tego co wiem, po ucieczce z bunkra rozpłynął się jak we mgle.
- Tak… Niestety dochodzicie do tych samych wniosków co ja. I w tej sytuacji naprawdę bardzo możliwe jest, że prawdziwy Adolf uciekł, na przykład do Argentyny.
- A dlaczego akurat do Argentyny?
- Nasza prasa o tym nie pisała, ale latem ubiegłego roku, właśnie tam dopłynęły dwa niemieckie U - Booty. U - 530 i U - 977. Oba zostały internowane przez Argentyńczyków i oba też wkrótce zostały przekazane wraz z całymi załogami Amerykanom. Chodzą słuchy, że któryś z nich przywiózł tam właśnie Hitlera i jego żonę. Nie możemy też wykluczyć, że po cichu dotarły tam i inne okręty podwodne. Tak naprawdę, nikt się ich do końca nie doliczył.
- To nie mamy tam rozpoznania?
- Mamy i to dobre, ale jeszcze nie takie, jakie byśmy chcieli. Od lat działa w Argentynie nasz znakomity wywiadowca, major Uszakow, ale i on dotychczas nie wpadł na żaden sensowny trop.
- Wiec to do niego mam jechać? Po co?
- Dobre pytanie. Major Uszakow pracuje pod przykrywką jako „nielegał”, a jednocześnie przemysłowiec. Rozkręcił dużą jak na tamtejszy rynek firmę, która wytwarza i sprzedaje oleje oraz smary. Od zwykłego towotu, po olej karabinowy. To pozwala mu docierać wszędzie tam, gdzie jest broń czy transport, a uwzględniając, że materiały eksploatacyjne z natury rzeczy trzeba uzupełniać, zapewnia nam to stały dostęp do wielu interesujących nas struktur, ludzi i zagadnień.
- A moja w tym rola? Tak oficjalnie?
- Z tym jest niejaki kłopot. Nie będziecie mieli żadnego immunitetu. Od kilkunastu już lat nie mamy tam ambasady czy chociażby konsulatu. Stosunki dyplomatyczne zostały zerwane praktycznie jednocześnie wraz z delegalizacją partii komunistycznej, która nastąpiła w 1930 roku, chociaż to właśnie wkrótce może się zmienić. Oficjalnie jesteśmy przecież aliantami, którzy razem pokonali faszystowskie Niemcy, a przeprowadzone ostatnio wybory prezydenckie w Argentynie wygrał Juan Peron. Jest on nastawiony mocno antyamerykańsko i mamy sygnały, że może z nami wznowić kontakty dyplomatyczne, chociażby na złość tym zarozumiałym jankesom. Niedawno też uruchomiliśmy tam nasze przedstawicielstwo handlowe i Argentyńczycy są z tego powodu bardzo zadowoleni. Będziemy kupować od nich zboże za które zresztą zapłacimy złotem, bo po zniszczeniach wojennych nasze rolnictwo jeszcze przez całe lata nie zapewni nam samowystarczalności, chociaż na zewnątrz przyznać się nam do tego nie wolno. Wy, oficjalnie zostaniecie tam naszym przedstawicielem w zakresie współpracy handlowo - kulturalnej. Oczywiście tylko formalnie, bo czarną robotę będzie wykonywał ktoś inny. Wasza funkcja będzie tylko szyldem, za którym będziecie robili to, do czego was tu szkolono i do czego zostaliście powołani. Zresztą, nie narzekajcie z góry. Z tego co wiem, wasze pierwsze zadanie będzie łatwe. Zabezpieczycie występy naszego ludowego zespołu pieśni i tańca z Abchazji, który rusza w tournée, aby rzekomo zacieśnić więzy z niedawnymi aliantami. To wam da możliwość nawiązania w miejscowych środowiskach wielu ciekawych kontaktów.
- Tak jest, towarzyszu generale. Zrobię wszystko, co w mojej mocy!
- Cieszę się z takiego entuzjazmu, bo czeka na was ogrom pracy. Ale najważniejsze wasze zadanie, poprzez Uszakowa jak i paru jeszcze innych naszych ludzi, których w ciągu kilku najbliższych miesięcy wam podeślemy, to poszukiwanie śladów prawdopodobnie zbiegłego właśnie do Argentyny Adolfa Hitlera! Zresztą, nie tylko jego. Do dzisiaj nie wiemy, co tak naprawdę stało się z reichsleiterem Martinem Bormannem, mamy też sygnały, że pojawili się tam już jacyś niemieccy naukowcy, wcześniej pracujący nad najbardziej awangardowymi i śmiercionośnymi projektami broni III Rzeszy. Kto wie, czy to właśnie nie poprzez nich trafimy do Adolfa. A gdyby nam się to udało… - Abakumow przez chwilę zawiesił głos. - Wtedy macie murowany awans od razu do stopnia generała, gwiazdę Bohatera Związku Radzieckiego, a kto wie, może i stanowisko mojego pierwszego zastępcy!
- Tak jest! - Rogozinowi z wrażenia aż zaschło w gardle. - Zrobię wszystko co w mojej mocy - powtórzył. - A wracając do moich przyszłych współpracowników… Co to będą za ludzie?
- Najlepsi z najlepszych i znakomicie zakonspirowani. Jeszcze przed wojną, a i w czasie wojny różnymi sposobami i pod różnymi legendami uplasowani przez nas w strukturach NSDAP, SS i Gestapo, nawet na dość wysokim szczeblu. Kilku z nich, dla uwiarygodnienia ich rzekomo wybitnie nazistowskich postaw, umieściliśmy nawet na naszych listach poszukiwanych zbrodniarzy wojennych, domagając się ich wydania przez zachodnich aliantów. Jednym słowem, skoro mamy już sprawdzone informacje o pojawieniu się tam różnego rodzaju faszystowskich szumowin, którym udało się zbiec z Europy, więc i nasi ludzie wkrótce muszą się tam zjawić. Skorzystają z kanału przerzutowego dla esesmanów, prowadzącego przez Watykan.
- Przez Watykan? Jak to?
- A, tak to. Papież chyba o tym nie wie, ale zaangażował się w to i pomaga im rezydujący w Rzymie austriacki biskup Alois Hudal. Uważa esesmanów za rycerzy Chrystusa, chroniących zachodnią cywilizację przed bezbożnym bolszewizmem. Ci z kolei, właśnie w Ameryce Południowej chcą sobie uwić bezpieczne gniazdka, unikając odpowiedzialności za wszystko, co nam tu zrobili. Przy okazji mamy już pewne sygnały, że nie zrezygnowali ze swoich ambicji panowania nad światem i stworzenia tam jakiejś nowej, podobno IV Rzeszy. To wszystko będziecie musieli rozpracować do samego dna. Ale o tym i o innych niezbędnych szczegółach, zostaniecie poinformowani przez mojego zastępcę oraz kierownika komórki do spraw legalizacyjnych. Za - tu Abakumow spojrzał na zegarek - pół godziny zameldujecie się w pokoju numer 3, a już jutro rano razem z naszą delegacją negocjującą ceny zboża, zabieracie się samolotem do Argentyny. Na razie zaś, życzę wam powodzenia Walery Konstantynowiczu. I raczej długo czegoś takiego już nie usłyszycie, bo tam, w Argentynie, występować będziecie pod zupełnie innym nazwiskiem.
10.01.1946, rano - Stany Zjednoczone, Waszyngton D.C., Centrala Wywiadu Armii USA.
Odpowiedź, jaka nadeszła z Europy, wprawiła majora Evansa w gniew i frustrację. Z jednej strony stanowiła pośrednie potwierdzenie kontaktów Orawy z władzami amerykańskimi, z drugiej zaś strony nie wnosiła nic nowego w zakresie ustalenia miejsca jego pobytu. Raz jeszcze spojrzał na krótki tekst, który po pierwszym czytaniu znał niemal na pamięć. „Centrala Ekspozytury Europejskiej w trybie natychmiastowym żąda - to ostatnie słowo szczególnie ubodło Evansa - wyjaśnień, odnośnie charakteru zainteresowania majora Johna Evansa osobą wymienioną w zapytaniu z dnia 07.01.1946. Podpisał - generał Brown”. Tak… Evans nawet nie chciał drugi raz spojrzeć na to nazwisko, które w przypadku najmniejszych uchybień zwiastowało potężne kłopoty.
No, właśnie… Tak to jest, gdy dyrektor pionu nie chce brać na kark odpowiedzialności za kontrowersyjne pomysły swoich podwładnych i osobiście wzbrania się podpisać pewnych pism. Niech lepiej podpisze ktoś niższy. W razie czego, nikt mu nie zarzuci, że się wygłupił, ale też, że hamuje inicjatywę swoich podwładnych. Teraz się jednak nie wywinie, bo major nie może przecież odpowiedzieć we własnej sprawie. A więc przyszła kolej na dyrektora!
Sporządzona i wysłana kilka godzin później odpowiedź była prawie równie enigmatyczna, jak szyfrówka z Europy. „Potwierdzam zasadność zainteresowania majora Johna Evansa osobą ujętą w naszym zapytaniu z dnia 07.01.1946. Osoba ta wymieniona jest jako osobisty kontakt z nadawcą informacji podpisanej jako Janus”. A ponieważ dyrektor pionu poczuł się urażony słowem „żąda” i to jeszcze w trybie natychmiastowym, nie dopisał cechy doręczenia priorytetowego.
11.01.1946, rano - Niemcy, Bremen, amerykańska enklawa w brytyjskiej strefie okupacyjnej, siedziba Wywiadu Armii Stanów Zjednoczonych.
- Jak myślisz Fred? - sierżant Best zwrócił się do siedzącego obok kolegi. - To chyba niezbyt pilne, co?
- Wygląda na to, że nie - żaden z nich nie był przy wysyłaniu wczorajszego zapytania i żadnemu też nie przyszło do głowy, aby sięgnąć do książki korespondencji. - Nie pali się. Generał jest na konferencji w Hamburgu i może to poczekać do poniedziałku.
11.01.1946, rano - Argentyna, Buenos Aires, sowieckie przedstawicielstwo handlowo - kulturalne.
- I jak się wam podoba Buenos Aires, towarzyszu pułkowniku? - lejtienant Dawidow postanowił być miłym, choć od przybysza biła posępna powaga. Nazywamy nawet to miasto „Boskim Buenos”.
- Nie przyjechałem tu po to, aby podziwiać widoki i nie po to ojczyzna i partia nas tu wysłała. Mamy organizować robotę i proszę się skupić tylko na tym. Kiedy dokładnie przyjedzie ten zespół?
- Za półtora tygodnia, we wtorek, 22 stycznia. Występy zaplanowano na czwartek i sobotę. To pierwsze dla oficjalnie i indywidualnie zaproszonych gości, to drugie dla zwykłej publiczności.
- No to do roboty, lejtienancie. Na poniedziałek rano chcę widzieć plan zabezpieczenia kontrwywiadowczego całej tej imprezy. Nikt z członków zespołu nie ma prawa włóczyć się gdzieś samodzielnie, udzielać jakichkolwiek wywiadów i w ogóle z kimkolwiek z zewnątrz się kontaktować. A już nie do pomyślenia jest, aby któryś z nich chciał tu pozostać. Jasne?
- Tak jest!
- To dobrze. Do poniedziałku rano sporządzicie też listę osób, które na pierwszy występ powinny dostać zaproszenie. Rozumiecie? Ważniejsi przedstawiciele rządu, dyplomaci, znaczniejsi bankierzy i przemysłowcy oraz paru bardziej znanych i przychylnych nam dziennikarzy. A ponieważ muszę się w tym wszystkim zorientować i wyrobić sobie odpowiednie kontakty, sami te zaproszenia rozwieziemy - Rogozin w tym momencie dostrzegł grymas niechęci na twarzy Dawidowa, ale nie zamierzał się tym przejmować. - I zajmiemy się tym natychmiast po sporządzeniu listy.
Komentarze
Prześlij komentarz