Przejdź do głównej zawartości

ATOMOWY POKER 187

 

07.01.1946, rano - Związek Sowiecki, Krym, ośrodek szkolenia Smiersz.


            - No, Walery Konstantynowiczu! - komendant ośrodka szkolenia, w którym od połowy sierpnia ubiegłego roku i każdego dnia od wczesnego ranka do późnego wieczora harował jak jakiś niewolnik, zagadnął do niego prawie po ojcowsku. - Przyszedł na was czas. Szkolenie i egzaminy zaliczone na ocenę celującą, przygotowanie wręcz wzorcowe. Jedyne co się zmienia, to sposób waszego wykorzystania. Nie pojedziecie pracować jako Hiszpan.

- Stało się coś, towarzyszu komendancie? - Rogozin był z lekka zdziwiony.

- Owszem. Pomimo wszelkich wysiłków, nie udało się stworzyć stuprocentowo pewnej legendy. Najpierw myśleliśmy o wykorzystaniu danych któregoś z hiszpańskich towarzyszy, którzy uciekli do nas przed krwawą zemstą tego faszystowskiego gada, generała Franco, ale z taką przykrywką nie byłoby szans na żadną efektywną robotę. Nie ma też szans, aby bezpiecznie wykorzystać do dzisiaj przechowywane autentyczne paszporty poległych towarzyszy z brygad międzynarodowych. Nie w dzisiejszej Hiszpanii… Wykluł się też pomysł, aby wykorzystać tożsamość któregoś z Hiszpanów znajdujących się u nas w niewoli.

- To mamy takich?

- A co wy tacy zdziwieni? Nie słyszeliście o hiszpańskich ochotnikach z tej ich tak zwanej „Błękitnej Dywizji”? W trakcie walk ujęliśmy ich ponad setkę i do dzisiaj kilkudziesięciu z nich gnije w naszych obozach na Syberii. Powstała koncepcja, aby rzekomo jeden z nich uciekł, ale po starannej weryfikacji i ona upadła. Sprawdzenia, jakim by was poddano, konfrontacje z rodzinami i byłymi towarzyszami broni, siłą rzeczy musiały by się skończyć nieuchronną katastrofą. Tak więc wyznaczono was do innych zadań, ale co i gdzie będziecie robili, tego nie wiem i nawet nie chcę wiedzieć. A teraz bierzcie się za pakowanie swoich rzeczy. Za trzy godziny wylatujecie do Moskwy i tam się wszystko wyjaśni. Powodzenia!

 

            08.01.1946 - Związek Sowiecki, Moskwa.

 

Mimo, iż w sekretariacie Szefa Głównego Zarządu Kontrwywiadu SMIERSZ, generała - pułkownika Wiktora Siemionowicza Abakumowa nie było zbyt ciepło, Rogozin poczuł nieodpartą chęć rozpięcia kołnierzyka munduru i poluzowania ciasno podciągniętego do góry węzła krawata. Nie spodziewał się wizyty aż na tak wysokim szczeblu, a w gabinecie najwyższego przełożonego dotychczas nigdy nie był. Nie był i nie palił się do tego, bo tak naprawdę, mogło to oznaczać tylko kłopoty i problemy. Humoru nie poprawiała też sekretarka, zasuszona matrona o lisiej twarzy, milcząco spoglądająca zza szkieł grubych okularów oraz stojący przed drzwiami gabinetu wartownik, który na dzień dobry przeszukał go pod kątem posiadania broni. - Czyżby generał aż tak się bał? - pomyślał Rogozin, ale dalsze rozważania przerwało mu skrzypnięcie drzwi i wyjście dwóch nieznanych mu cywilów, którzy mimo zdobiących jego mundur licznych przecież orderów, nawet nie raczyli na niego spojrzeć. W chwilę później na biurku sekretarki zadzwonił telefon, a gest i słowa matrony były aż nadto jednoznaczne.

- Możecie wejść. Generał was przyjmie.

- Przyjmie? - Rogozin jakby przez chwilę się zdziwił, ale nie dał tego poznać po sobie. - Przyjąć, to by mnie mógł, gdybym to ja prosił o spotkanie, a nie odwrotnie - pomyślał, ale tę uwagę zachował już tylko dla siebie. Wstał, obciągnął jeszcze mundur, nacisnął klamkę i sprężystym krokiem przekroczył drzwi gabinetu.

 

Szefa widział po raz pierwszy. Owszem, znał jego zdjęcie, ale tak na żywo, nigdy się z nim nie spotkał. Teraz zobaczył siedzącego za wielkim biurkiem bruneta, o zaczesanych na bok włosach, jeszcze przed czterdziestką. - Rocznik, zdaje się, 1908 - pomyślał. - Taki młody, a zaszedł już tak wysoko. Widać miał nieliche układy, albo też trafił na swoje pięć minut… Nie było jednak czasu na dalsze rozmyślania, gdyż siedząca za biurkiem postać poruszyła się, więc  Rogozin nie czekając już na  nic, stuknął obcasami i wygłosił regulaminową formułkę.

- Towarzyszu generale, podpułkownik Walery Rogozin melduje się na rozkaz!

- Siadajcie pułkowniku - gestem dłoni Abakumow wskazał jedno ze stojących przed biurkiem krzeseł. - Widzimy się chyba po raz pierwszy? - ni to stwierdził, ni zapytał.

- Tak jest, towarzyszu generale - Rogozin z bliska już przyjrzał się generałowi. - To dziwne - pomyślał jeszcze po sekundzie, w czasie, gdy Abakumow przerzucał na biurku jakieś papiery. - Ormianin, a wąsów nie nosi… Wszyscy Ormianie czy Gruzini, których dotychczas znał, nosili wąsy, łącznie z samym towarzyszem Stalinem. A ten jakoś nie… Nie było jednak czasu na dalsze rozważania, bo Abakumow miał już w ręku grubą teczkę, na okładce której czarnym tuszem wyraźnie wypisano stosowne personalia. Walery Konstantynowicz Rogozin. Otworzył ją, przerzucił kilka kart, pokiwał głową i uważniej spojrzał na postać siedzącą przed jego biurkiem.

- No, towarzyszu Rogozin, dość już tych krymskich wczasów. Trzeba się brać do następnej roboty.

- Tak jest, towarzyszu generale!

- Darujcie sobie te bzdurne formułki, dobre u rekrutów. Wy jesteście elitą i tak macie się zachowywać.

- Rozumiem… - Rogozin nie był jednak pewien jak się zachowywać, więc wybrał takie, stosunkowo bezpieczne stwierdzenie.

- To dobrze, bo od jutra przed wami nowe, ważne zadania.

- Jestem gotowy, towarzyszu generale.

- Wiem… Mam tu przed sobą waszą opinię z ośrodka szkoleniowego oraz wyniki egzaminów. Dotychczasowy przebieg służby też piękny, chociaż w Poczdamie można było chyba zdziałać nieco więcej…

- Robiliśmy wszystko, co w naszej mocy…

- Już dobrze. Opinia o was z Poczdamu również bardzo pozytywna. A teraz, musicie przygotować się na daleką podróż. Bardzo daleką… - Abakumow popatrzył na niego uważnie.

- Jestem gotowy na wszystko - Rogozin w ciemno akceptował decyzję, która już widać zapadła, chociaż nie miał żadnego pojęcia o co tu chodzi. Tak było przecież bezpieczniej.

- O! Podobacie mi się, towarzyszu Rogozin. Więc teraz przytrzymajcie się mocno krzesła, bo takich wieści nie usłyszy u nas prawie nikt. Polecicie do Argentyny!

- Gdzie? - Rogozinowi zdawało się, że nie dosłyszał. - Do Argentyny?

- Oczywiście. Zostaniecie tam nowym rezydentem naszego wywiadu. Poprzedni ma już swoje lata i zbyt dużo zaczął pić. Jego efektywność ostatnio mocno spadła, więc czas odesłać go do kraju. W jego miejsce wejdziecie właśnie wy.

- Ale my przecież jesteśmy kontrwywiadem i…

- To nie ma żadnego znaczenia. Jeżeli chodzi o Argentynę, nasze tam zaangażowanie zaakceptował sam towarzysz Stalin. Bo zadanie dla was będzie iście niezwykłe.

- A można już teraz wiedzieć jakie?

- Oczywiście, ale jest to tylko dla waszych uszu i nikogo więcej. Stanowi to zresztą tajemnicę państwową najwyższej wagi, o której nie macie prawa z nikim rozmawiać… - tu Abakumow zrobił dłuższą przerwę, po czy nagle zadał pytanie. - Co wiecie o śmierci Hitlera? 

- Hitlera? - Rogozin przez chwilę był wręcz oszołomiony. - Chyba tyle co wszyscy. Sam marszałek Gieorgij Żukow, dowodzący wojskami I Frontu Białoruskiego, które zajęły schron Hitlera,  jeszcze w ubiegłym roku, bodajże 9 czerwca,  na jednej ze swoich konferencji prasowych stwierdził, że nie udało nam się zidentyfikować jego zwłok i że istnieje możliwość, iż Hitler uciekł samolotem. Podobne oświadczenie złożył też sam towarzysz Stalin. Wracając zaś do marszałka Żukowa, stwierdził on jeszcze, że podobno Hitler się ożenił. A ponad to…

- Tak? - Abakumow słuchał ze wzrastającym zainteresowaniem.

- We wrześniu ubiegłego roku nasze władze wydały też oświadczenie, że nie odnaleziono ciał Hitlera i Ewy Braun. Stwierdzono w nim istnienie ponoć niepodważalnego dowodu, iż o świcie 30 kwietnia mały samolot wystartował z okolic Tiergarten i skierował się w stronę Hamburga. Na jego pokładzie miało być trzech mężczyzn i jedna kobieta. Ustalono też, że duży niemiecki okręt podwodny wypłynął z Hamburga, zanim weszły tam wojska brytyjskie. Na jego pokładzie miały być niezidentyfikowane osoby, w tym również jedna kobieta. Myślę jednak, że mogą być to zwykłe chwyty propagandowe, obliczone na wprowadzenie kapitalistów w błąd.

- Nie do końca, pułkowniku… Nie do końca, bo my rzeczywiście jednoznacznie nie zidentyfikowaliśmy jego zwłok. Znaleźliśmy co prawda część jego uzębienia, a właściwie mostek, który rzekomo nosił, ale to wszystko nic pewnego. Podobny mostek znaleźliśmy też w ustach domniemanych zwłok jego żony, Ewy Braun, która tego mostka - a wszystko na to wskazuje - nigdy nie nosiła!

- Domniemanych?

- A tak. Zwłoki, które podobno miały być jej zwłokami, były podziurawione odłamkami jakiegoś szrapnela, a w ich płucach wykryto pół litra krwi. Wszyscy twierdzą, że otruła się pod ziemią, w bunkrze, a przecież u trupa krwawienie już nie występuje. Kobieta ta musiała więc być żywa i znajdować się na zewnątrz, kiedy ją trafiono. W dodatku w resztkach jej zębów wykryto zaawansowaną próchnicę, a według przejętej przez nas dokumentacji gabinetu stomatologicznego Kancelarii Rzeszy, prowadzonego przez dentystę Hitlera, profesora Hugo Blaschkego, zęby miała zdrowe. A skoro miała je zdrowe, to po co byłby jej mostek? Trudno zresztą przypuszczać, aby żona Adolfa mogła mieć popsute zęby! Potwierdził to także ujęty przez nas technik dentystyczny Hitlera, Fritz Echtmann i jego pomoc dentystyczna, Kathe Heusermann, którzy z pamięci odtworzyli stan ich uzębienia. Dane te zgadzają się z przejętymi przez nas kartami stomatologicznymi Adolfa i kilkunastu osób z jego najbliższego otoczenia. W dodatku nasi tak zwani „uczeni” stwierdzili z ust zwłok silny zapach migdałów, który według nich jest potwierdzeniem użycia cyjanku potasu, nie biorąc pod uwagę prostego faktu, że wewnętrzne organy nie nosiły śladów jego użycia, zapach po spaleniu zwłok nie mógł być wyczuwalny, a od śmierci i spalenia do czasu wykonania sekcji minął aż tydzień! Znacie tak silny zapach? Jednym słowem, ktoś spalił zwłoki innej kobiety, a po spaleniu wetknięto jej w usta nadpalony mostek i zgnieciono kapsułkę z cyjankiem!

- A sam Hitler?

- Też diabli go wiedzą. Na dziedzińcu kancelarii Rzeszy i przed bunkrem Hitlera znaleziono szczątki około piętnastu osób. Mówię około, bo część z nich była mocno popalona i tak poszarpana oraz porozrywana wybuchami bomb i pocisków, że trzeba je było składać z kawałków. Kilka lepiej zachowanych ciał leżało na dnie pustego już zbiornika przeciwpożarowego, a wśród nich jedno, które do złudzenia przypominało właśnie Adolfa. Po południu 2 maja, odnalazł je szef kontrwywiadu 79 korpusu piechoty trzeciej armii uderzeniowej podpułkownik Iwan Klimienko, penetrujący bunkier i jego okolice w towarzystwie czterech zabranych z więzienia Niemców, w tym kontradmirała Hansa Ericha Vossa, który osobiście widział Hitlera dosłownie kilka dni wcześniej, opuszczając bunkier dopiero 30 kwietnia. Niemiec po krótkich oględzinach potwierdził tożsamość denata, ale szybko powstały poważne wątpliwości. Ciało co prawda miało na sobie marynarkę Hitlera z monogramem „AH” na wewnętrznej kieszeni, ale jednocześnie na stopach pocerowane skarpetki. A więc jak? Adolf i coś takiego? W dodatku w czole sobowtóra widniała rana po wlocie pocisku niewielkiego kalibru. Nie było jednak oznak, aby strzał oddany był z przyłożenia, co byłoby typowe w przypadku samobójstwa. W dodatku, samobójcy z reguły strzelają sobie w skroń, albo w usta czy pod szczękę, kierując lufę broni do góry. Strzał zaś w środek czoła nie jest wcale taki prosty. Pistolet trzeba by trzymać odwrotnie, lufą ku sobie, a spust naciskać kciukiem. W dodatku w pobliżu ciała broni żadnej nie odnaleziono,  a jest praktycznie niemożliwe, aby ktoś z otoczenia Hitlera ośmielił się go po prostu zamordować oraz porzucić ciało w tak niegodny i ostentacyjny sposób. W ciemno założyliśmy więc, że to jeden z jego sobowtórów.

- To jak to? Miał ich więcej niż jednego? - zdumiony Rogozin z wrażenia aż przerwał przełożonemu.

- A tak - Abakumow kontynuował, wręcz bawiąc się zdumieniem Rogozina. - Aby zakończyć temat dodam jeszcze, iż mimo faktu, że udało nam się aresztować kilka osób z najbliższego kręgu Hitlera, w tym miedzy innymi jego osobistego kamerdynera Heinza Linge, ich zeznania w dużej mierze są rozbieżne, a często nawet się wykluczają. Jedyne co z dużym prawdopodobieństwem udało nam się ustalić, to fakt, że z osób które surowo przesłuchiwaliśmy - a czasami biliśmy nawet do krwi - nikt nie widział śmierci Adolfa. Ciała mężczyzny i kobiety wynoszone z bunkra na dziedziniec były zawinięte w koce, tak, że nikt też nie widział ich twarzy. A tak jeszcze przy okazji… Heinz Linge w początkowych swoich zeznaniach twierdził, że przygotował tylko jeden koc, aby nikt nie mógł spojrzeć na twarz zmarłego Hitlera. Skąd więc później w zeznaniach świadków wzięły się dwa koce? Nie potrafimy tego rozstrzygnąć i nie wiadomo, czy kiedykolwiek nam się to uda. Nie ma więc żadnej pewności, że naprawdę były to ciała Hitlera i jego żony, a nawet czy rzeczywiście były to zwłoki, czy może jednak żywi ludzie, udający tylko martwych. Co zaś do sobowtórów… Był jeszcze jeden, którego wkrótce później aresztowaliśmy w Bernau. Nazywa się Gustaw Weler i siedzi już u nas w celi, tu, w Moskwie. Prawdopodobnie gówno wie, ale i tak już nigdy nie zobaczy błękitu nieba. No, co się tak dziwicie? - Abakumow już całkiem bawił się wyrazem twarzy swego rozmówcy. - Towarzysz Stalin przypuszcza, że to może być prawdziwy Hitler, który tylko udaje swojego sobowtóra, więc nie podejmie takiego ryzyka, aby kiedykolwiek go wypuścić.

- A gdyby przeprowadzić jakieś badania medyczne? Na przykład porównać ich grupy krwi? To by mogło chociaż wykluczyć tego typu przypuszczenia.

- Nie tak szybko, towarzyszu pułkowniku. Nie tak szybko… Nie mamy przecież żadnego materiału porównawczego i obawiam się, że nigdy go nie uzyskamy.

- To może jakaś dokumentacja medyczna dotycząca Adolfa? Nic nie trafiło w nasze ręce?

- Niestety nic. A gdyby nawet trafiło, to jaką mielibyśmy pewność, że ta dokumentacja jest autentyczna? Że nie została sfałszowana i specjalnie nam podsunięta, aby zwolnić naszego więźnia?

- A gdybyśmy jednak znaleźli prawdziwego Adolfa? Wtedy też nie wypuścimy tego Welera?

- Oczywiście, że nie. Musi zgnić w tym naszym lochu i widać takie już jest jego przeznaczenie. Wyobrażacie sobie, jakim pośmiewiskiem byśmy się stali, gdyby cała ta sprawa wyszła na jaw? A wracając do tematu i już na poważnie… Jako domniemane ciało Hitlera, nasi anatomopatolodzy określili dopiero zwłoki numer 12. Tam też stwierdzono zapach migdałów z ust, nie zważając na to, że zwłoki były w stanie szczątkowym, a według - co prawda rozbieżnych -  zeznań świadków, wcześniej paliły się co najmniej od dwóch i pół, do być może nawet i siedmiu godzin. Niemieckim dentystom dano też do zidentyfikowania nie całość czaszki i szczęki, ale jedynie nietknięty górny most protetyczny. W dodatku badania toksykologiczne ciała i jego wewnętrznych organów również nie wykazały obecności śladów cyjanku potasu. Zarówno dla mnie, jak i dla towarzysza Stalina jest więc w pełni oczywiste, że popełniono tam oszustwa anatomopatologiczne. Nie mamy też pełnego zaufania do wykonujących autopsje naszych lekarzy, bo kierował nimi Żyd.

 

Komentarze