28.12.1945, rano - Argentyna, Buenos Aires.
- To który za kierownicę? - Henryk krytycznym wzrokiem obejrzał obu delikwentów.
- Może Rosenberg? - Waltz wyglądał na bardziej skacowanego. - A potem się zamienimy.
- Dobrze. Tylko jechać mi ostrożnie. Miejscowość docelowa jest tu - pokazał palcem na mapie. - Dojedziemy za trzy godziny?
- Na tych drogach to raczej cztery. Albo nawet cztery i pół. Wie pan jakie są tu warunki.
- Wiem. I dlatego musicie nastawić się na kilka miesięcy podróżowania.
- Aż tyle?
- A coś ty myślał? Że tak raz, dwa i wszystko samo się zorganizuje? Odbudowa Rzeszy to zadanie na lata.
- Ale chyba niezbyt długie. Reichsleiter Bormann podobno mówił, że jak dobrze pójdzie, to wystarczą dwa lub trzy…
- I dobrze mówił. Ale, żeby się to spełniło, jedziemy tam, gdzie pokazałem. A takich podróży będzie jeszcze kilkadziesiąt.
- To chyba będziemy musieli zmienić menu. Więcej żarcia, a mniej wódki.
- Co? Już wymiękacie?
- To nie tak, obersturmbannführer. Jesteśmy trochę nieprzyzwyczajeni. W Hitlerjugend, a potem w czasie szkolenia w SS, stawiano głównie na trzeźwość oraz sprawność fizyczną i umiejętności bojowe. Alkohol był tam wykluczony.
- I bardzo dobrze. Dzieciaków nie wolno rozpijać. Ale wy chyba jesteście już prawdziwymi mężczyznami… Czy może się mylę?
- Jawohl, obersturmbannführer. Nie myli się pan.
- No! To do auta i w drogę. Bo tam na miejscu, czeka nas kilka naprawdę pracowitych dni.
- A później?
- Jak już mówiłem. Czeka nas jeszcze wiele podróży. Część do naprawdę pieprzonych dziur. Ale od razu mogę was pocieszyć. Co jakiś czas będziemy wracać do Buenos.
- To nie załatwiliśmy tu wszystkiego?
- Nie. Na razie nakreśliłem tu jedynie proces niezbędnych zmian. Ale co jakiś miesiąc będziemy musieli wracać, abym mógł skontrolować i ocenić postępy. No, co się dziwicie? Nie uczono was, że zaufanie jest dobre, ale kontrola lepsza?
28.12.1945, przedpołudnie - Stany Zjednoczone, Waszyngton D.C., Centrala Wywiadu Armii USA.
Major John Evans siedział zamyślony i to już od godziny. Głupi żart, prowokacja, czy może jednak żyła złota? Tyle, że tak nieprawdopodobna. Chodziły wprawdzie słuchy o ucieczce Hitlera do Argentyny, zwłaszcza po ujawnieniu się U - Boota o numerze 977. Zaginął też bez wieści Martin Bormann, przez Międzynarodowy Trybunał Wojskowy w Norymberdze mający być sądzony „in absentia”. Ale to, co Evans przeczytał w szyfrówce brzmiało jak sen. Pobyt w Argentynie zarówno Bormanna, jak i jakiegoś tam sobowtóra Adolfa? Odbudowa III Rzeszy? Były to oczywiste mrzonki i można by to było sobie darować, albo włożyć między bajki, ale jednego nie mógł już zlekceważyć. Dlaczego autor, podpisany jako „Janus”, pisze o jakichś niemieckich bombach atomowych? Przecież takie bomby mamy tylko my! A może jednak nie i ten sygnał jest najważniejszym od chwili zakończenia wojny? Tylko, czy można zaryzykować i zrobić z siebie głupca? Już przecież zdążył sprawdzić. Wśród pracowników jego służby nie ma i nigdy nie było żadnego „Janusa”. Nikt też nie prowadził agenta o takim pseudonimie. A może to jednak nie pseudonim? Z drugiej zaś strony przecież nikt się chyba nie nazywa tak, jak jakieś starożytne rzymskie bóstwo. Więc może sprawie nie nadawać biegu? Ale przecież informacja jest już zarejestrowana, zarówno tutaj, jak i w ambasadzie. Ktoś, kiedyś będzie to archiwizował i jeżeli będzie nadgorliwy, albo sprawa wypłynie w inny sposób… Nie. Kariery ryzykować nie można. Tym bardziej, że jest jeszcze jeden punkt. Ten polski major… Rzekomo miał się z nami kontaktować, ale takich rejestrów nikt przecież nie prowadzi. Najbezpieczniej więc będzie wysłać zapytanie do placówki w Londynie. Mają tam dobre kontakty z Polakami i szybko powinni zrobić ustalenia. Jeżeli nie ma u nich żadnego Orawy, to sprawa jest prosta. Głupi żart i tyle. Ale jeżeli jest…
Evans westchnął więc ciężko, upił łyk wystygłej już kawy, sięgnął po pióro, kartkę papieru i zaczął pisać.
Noc sylwestrowa 1945/1946 - Argentyna, Buenos Aires, klub „Faktoria”.
- Herr Joseph Brandt? Miło mi pana poznać - gruby Niemiec w zielonej, bawarskiej marynarce z wyszywanym w szarotki kołnierzem, wyciągnął rękę do Orawy i potrząsnął nią kordialnie.
- Mnie również, herr…
- Winkler. Hugo Winkler, do usług. Dziwi się pan, skąd znam pańskie nazwisko? Wskazał mi pana senior Diego Velasquez. Jest pan podobno jego szefem?
- Owszem. Będąc w Paryżu, kupiłem tę firmę od seniora Morano.
- Zdecydował się sprzedać tak dobry biznes? - w głosie Winklera dały się słyszeć nutki niedowierzania.
- Podupadł mocno na zdrowiu. Wie pan jak to jest. Podeszły wiek, brak sił, a i pamięć już nie ta. W każdym razie planował dać sobie spokój, żyć z kapitału i przenieść się w rejony o bardziej sprzyjającym klimacie. Mówił coś o Martynice, Tahiti lub też innych tropikalnych wyspach.
- I co w końcu wybrał?
- Tego nie wiem. Był chory i miał jeszcze iść do szpitala na jakieś badania, a ja już wyjeżdżałem.
- Tak… I co? Już zapoznał się pan z firmą?
- Powoli się wciągam. Nie jest źle. Senior Velasquez może nie jest nadmiernie pracowity, ale smykałkę do interesów ma.
- Co prawda, to prawda. Rok temu sprzątnął mi sprzed nosa naprawdę niezły kontrakt. Ale myślę, że my, jako Niemcy, w drogę sobie wchodzić nie będziemy.
- O ile nie będzie to ze sobą kolidować i nie przyniesie strat. W końcu biznes, to nie działalność charytatywna.
- Świetnie pan to ujął, herr Brandt. Chociaż czasami, trzeba się trochę poświęcić.
- Jeżeli cel jest tego wart…
- Tak pan myśli? - Winkler okazał nagłe zainteresowanie. - Zresztą, co ja mówię… To chyba zrozumiałe, że przez okres wojny musiał się pan poświęcać. Chociażby dla ojczyzny i narodu - widać było, że Winkler ewidentnie ciągnie Orawę za język.
- I tak i nie.
- Nie rozumiem…
- To proste. Od 3 września 1939 roku byłem w areszcie francuskiego kontrwywiadu. A później siedziałem w więzieniu w Anglii.
- Co pan powie? To w ogóle pan nie walczył?
- Niestety. Ominęła mnie wojna i nie byłem narażony na śmierć. Ale posiedzieć prawie sześć lat w pojedynczej celi, to nie jest coś, co można dobrze wspominać. Do dzisiaj, na widok Francuza czy Angola, skoczył bym takiemu do gardła.
- Tutaj nie musi się pan obawiać. Większość to sami swoi. A po tym, co od pana usłyszałem… Zapraszam do naszego towarzystwa. Wypijemy, pogadamy o starych czasach, zapoznam pana z kilkunastoma osobami. Bo coś czuję, że jeszcze będziemy mieć wspólne interesy.
01.01.1946, popołudnie - Argentyna, Buenos Aires, mieszkanie majora Orawy.
Winkler, Lucke, von Borck… Te i inne nazwiska plątały się w głowie Orawy doprowadzając prawie do bólu i dopiero po dłuższym czasie sam sobie postawił właściwą diagnozę. To nie nazwiska, a nadmiar wódki! Nie ma co… Podeszli go fachowo i gdyby nie wcześniejszy, obfity i tłusty posiłek, kto wie, czym by się to skończyło. A tak…
Starał się trzymać język za zębami, szerzej mówiąc tylko o tym, co było pewne i możliwe do sprawdzenia. Bo wspomniany przez niego Maurice Godard przed wojną rzeczywiście pracował dla Niemców, szpiegując na ich rzecz zarówno Francuzów, jak i Anglików. Poprzez swoje handlowe i towarzyskie kontakty z wojskiem, miał w tym duże osiągnięcia i o mało nie dotarł do tajemnic francuskiego Biura Szyfrów, a zwłaszcza Sekcji Dekryptażu. Skończyło się to aresztem, szybkim, tajnym procesem i śmiercią na gilotynie w listopadzie 1939. Mógł francuski kontrwywiad podejrzewać mających z nim kontakt Niemców? Jak najbardziej i dlatego Joseph Brandt, aresztowany w tym samym miejscu i czasie, niezależnie od formalnie posiadanego polskiego obywatelstwa został internowany, a następnie umieszczony w pojedynczej celi. Nie było na niego żadnych dowodów, ale „żabojady” ryzykować nie chciały. Po prostu go zamknięto i koniec, a niekończące się przesłuchania nie wniosły do sprawy nic konkretnego. W czerwcu 1940, chyba jako jednego z nielicznych, a może nawet w ogóle jedynego, ewakuowano go do Anglii i znów umieszczono w pojedynczej celi. Prawdopodobnie w Szkocji, bo przez niewielkie okienko widział tylko niebo i dwa górskie szczyty. Tam również zaliczył serię przesłuchań, po czym odczytano mu decyzję o internowaniu do końca wojny. Jak to ładnie napisano, z uwagi na bezpieczeństwo imperium brytyjskiego. Uwolniono go dopiero w końcu maja 1945, przewieziono do Hamburga i tam po prostu pozostawiono na ulicy, ze świadectwem zwolnienia i dziesięcioma funtami w kieszeni.
Cóż było robić? Z przygodami, bo z przygodami, wrócił w rodzinne strony mając nadzieję na odbudowanie sobie dawnego życia, ale szybko się przekonał, iż nie będzie to możliwe. Już wtedy, jeszcze przed oficjalnymi decyzjami zwycięskich mocarstw zaczęły się z tego terenu pierwsze wysiedlenia Niemców i szybko doszedł do wniosku, że tam nie ma przyszłości. Odnalazł też wtedy dolary oraz kilkadziesiąt zabytkowych, złotych monet, profilaktycznie jeszcze przed wojną ukrytych przez pewnego bogatego Żyda.
- Skąd wiedziałeś? - natychmiast padło pytanie i dobrze przygotowany Orawa bez wahania odpowiedział.
- Nie wiedziałem. Ale pamiętałem z dzieciństwa - kiedy to jeszcze nie miałem pojęcia kto to jest Żyd - jak jego syn, z którym czasami się bawiłem, pokazał mi schowek ojca, gdzie podobno w obawie przed złodziejami trzymano srebrną zastawę. Posesja stała opuszczona, wiec problemu nie było. Sreber co prawda też, ale to co tam znalazłem, wystarczyło mi za wszystkie czasy. Przez zieloną granicę przedostałem się do Paryża i tam dotarłem do znanego mi jeszcze sprzed wojny Emila Morano. Odkupiłem od niego interes i wylądowałem tutaj. A teraz chcę spokojnie żyć, choć gdyby nadarzyła się jakaś okazja, chętnie dokopał bym tym skurwielom co bez sądu i dowodów zabrali mi całe sześć lat życia…
To była cholernie dobra historia. Rzeczywiście istniał handlujący maszynami do pisania drobny i nieżonaty kupiec Joseph Brandt, którego aresztowano wraz z Godardem. Tyle, że w kwietniu 1940 roku wywieziono go do kolonii karnej, na Diabelską Wyspę w Gujanie Francuskiej, gdzie wkrótce zresztą zmarł na malarię. Ale to było już nie do sprawdzenia, tak jak i cała reszta. Bo człowiek posługujący się w swoim środowisku nazwiskiem Emil Morano był z kolei starym, kadrowym pracownikiem amerykańskiego wywiadu, udającym się właśnie na zasłużoną emeryturę i wyjeżdżającym na niewielką, rodzinną farmę w Arkansas. Z kolei Joseph Brand naprawdę miał parającego się intratnym handlem bogatego sąsiada o nazwisku Izaak Rosenblum, który wraz z całą swoją rodziną zginął w Auschwitz. A reszta? Kto niby i jak miałby sprawdzić teren, który teraz należał do Polski, czy też ludzi, którzy albo już nie żyli, albo też rozproszyła ich wojna? A że był wcześniej obywatelem polskim? Jakie to ma znaczenie? Na Górnym Śląsku było to normalne. Mało to Niemców mieszkało wtedy po polskiej stronie granicy? Obywatelstwo często mieli polskie, ale w domu mówiło się po niemiecku, kultywowano niemieckie zwyczaje, w głębi duszy czuli się Niemcami i za takich też się uważali. W końcu to był ich „Heimat” i właściwie dlaczego mieliby po tej pierwszej wojnie, z lat 1914-1918, opuszczać rodzinne strony?
Orawa zaprzeczył jedynie szpiegowskich działań na rzecz Rzeszy i to nawet pośrednio, przez Godarda. Nigdy nie wiadomo, co tak naprawdę zachowało się w ocalałych niemieckich archiwach i czy nie można by tego było sprawdzić. A poza tym? Przyjęto go jak swego i nie miał wątpliwości, że po jakimś czasie dojdzie do poważniejszych rozmów. Oczywiście, o ile podane przez niego fakty znajdą jakieś potwierdzenie w rzeczywistości, ale podobno sumienny kapitan McFarland żadnych niedoróbek po sobie nie pozostawiał.
06.01.1946, późny wieczór - Stany Zjednoczone, Waszyngton D. C., Centrala Wywiadu Armii USA.
Wiadomość z Londynu przyszła o 21.00 i specjalnie upoważniony pracownik bez zbędnej zwłoki zatelefonował po Evansa do domu. Normalnie było to prawie niewyobrażalne, ale wyjątkowo major kazał się budzić nawet w święta i w środku nocy. Czy to przysłowiowy świątek, czy piątek.
Trzy kwadranse jazdy samochodem były niewyobrażalną torturą. Już nie chodziło o ruch, bo ten z wolna zamierał, ani też o zaspy śniegu zalegające na ulicach, na bieżąco i pracowicie usuwane przez służby miejskie. Ważne było co innego. Istnieje jakiś major Orawa, czy też może jednak nie? Bo jeżeli nie, to chwała Bogu. Ale jeżeli tak, to zarówno przed nim, jak i całą jego służbą otwiera się piekielna otchłań.
Odbiór imiennie do niego adresowanej koperty z odszyfrowaną zawartością pokwitował o 22.07. Drżąc z podniecenia, jeszcze na korytarzu złamał pieczęcie i rozdarł papier. Jest!!!
Otworzył drzwi do swojego biura, zapalił mocne światło, usiadł w fotelu i dopiero wtedy dotarła do niego część dalsza. Jest, a jednocześnie go nie ma! Szybko przebiegł oczami tekst, a później jeszcze raz przeczytał go uważnie.
„Stanisław Orawa, syn Stefana, rocznik 1901, major Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Przed wojną kadrowy pracownik polskiego wywiadu, pracujący na kierunku niemieckim pod kierownictwem majora Alberta Zajezierskiego. - Cholera, co za nazwisko! - Evans musiał je sobie przesylabizować, ale po chwili czytał dalej. - Major Zajezierski zaginął we wrześniu 1939 w Warszawie i to w niejasnych, czy też wręcz podejrzanych okolicznościach, podczas ewakuacji akt. Już we Francji stwierdzono, że jakaś część tych akt również zaginęła. Postępowanie sprawdzające nie wyjaśniło sprawy, jak również nie wykazało, aby porucznik Orawa miał z tym cokolwiek wspólnego, jednak na wszelki wypadek, wiosną 1940 odsunięto go od spraw wywiadowczych i skierowano do służby liniowej. Wykazał się odwagą podczas walk we Francji, odznaczono go wówczas Krzyżem Walecznych i awansowano do stopnia kapitana. Od czerwca 1940 na Wyspach Brytyjskich, jesienią 1944 w składzie polskich jednostek ponownie na froncie we Francji. Po raz drugi odznaczony Krzyżem Walecznych, wiosną 1945 awansowany do stopnia majora. W lipcu 1945 rzeczywiście pełnił służbę w punkcie przejściowym na linii demarkacyjnej pomiędzy aliantami a sowietami i to na trasie Hannover - Magdeburg. Z dniem 31 lipca 1945 roku, w trybie nagłym i na własną prośbę, zdemobilizowany i przeniesiony do cywila. Innych danych polskie władze wojskowe nie posiadają”.
- Niech to jasny szlag trafi! - Evans na głos dał upust swoim emocjom. Sprawę trzeba ciągnąć dalej, a główna persona dramatu ot tak, po prostu sobie znika. - Jak u Szekspira - pomyślał jeszcze i zaraz się otrząsnął. Cholera jasna! To nie żadna, mająca kilka wieków literatura, a kawał współczesnego życia, które może się odbić na jego karierze. Kopniakiem zarówno w górę, jak i w dół.
Wykręcił numer nocnego bufetu, zamówił mocną kawę i jeszcze raz przeanalizował sprawę. Najpierw osoba majora. Wszystko się zgadza, a piszący list „Janus” dokładnie wiedział z kim chce się spotkać. Napisał zresztą - „znany osobiście”. To oznacza, że gdy dotrzemy do majora, poznamy też autora listu. A z jego tekstu wynika, ze autor może być uplasowany wśród najwyższych kręgów i decydentów powalonej siedem miesięcy temu III Rzeszy. Rzeszy, która chce się odrodzić! Rzeszy opartej na sobowtórze Adolfa Hitlera, reichsleiterze Martinie Bormannie oraz niemieckich bombach atomowych! A skoro oni dotarli już do Argentyny, to przecież nie sami i nie z pustymi rękami. Otwiera to możliwości poznania szlaków i sposobów przerzutu oraz wszelkich powiązań pomiędzy spiskującymi w Ameryce Południowej organizacjami hitlerowskich pogrobowców. A więc… Za wszelką cenę trzeba odszukać majora Orawę i przerzucić go do Argentyny. Jak będzie trzeba, to obiecać mu nawet złote góry. Bo jeżeli to wszystko prawda…
Przymknął oczy i przywołał w pamięci tekst dziwnego listu. Jeszcze minutę temu nie miał pojęcia jak się do tego zabrać, ale teraz już wiedział. Przecież „Janus” wyraźnie napisał, że w lipcu ubiegłego roku Orawa miał się kontaktować z władzami amerykańskimi i to w sprawie bomby atomowej w Poczdamie. Fakt czy fikcja? Nie słyszał o czymś takim, a zwłaszcza w Poczdamie, ale sprawdzić trzeba i Evans miał już koncepcję. Jutro wyśle odpowiednie pismo do ekspozytury w Niemczech. Ponadto przekona dyrektora pionu, aby nadać temu najwyższy priorytet i uzyskać jego podpis. Jest wtedy szansa, aby zdążyć przed 14 stycznia. Bo to przecież ostatni dzień, kiedy współczująca rodzina może złożyć kondolencje pogrążonej w żałobie Marii Diaz!
Komentarze
Prześlij komentarz