23/24.12.1945 - Argentyna, Buenos Aires.
Już pierwszego dnia w Buenos zaczął realizować swój plan. Nie bez przyjemności zresztą. Ledwo się przebrał i zjadł kolację, od razu zagadnął hotelowego barmana o jakąś miłą panią do towarzystwa i kwadrans później miał już w łóżku czarnowłosą, ognistą Argentynkę, a spory zwitek banknotów sprawił, iż naprawdę się starała.
Cóż… Trzy czwarte roku bez kobiety zrobiło swoje i gdy nad ranem na miękkich nogach opuszczała jego lokum, kątem oka zauważył błysk uznania na twarzach swych aniołów stróżów, warujących na zaimprowizowanym posterunku za lekko uchylonymi drzwiami sąsiedniego pokoju. Wcześniej postawił im zresztą sporą flaszkę najlepszego Burbona i z ich zachowania jasno wynikało, że skwapliwie z niej skorzystali.Dobra nasza. Teraz trzeba to pociągnąć dalej. Odespał więc tylko trzy godziny i od razu po śniadaniu wyciągnął ich do fabryki Mandla, trzymając tam ponad dziewięć godzin bez odrobiny żarcia. Z uwagi na upał, sekretarce dyrektora polecił serwować im jedynie zimne drinki, co w końcu poskutkowało tym, że już przed wieczorem pokładali się jak dzieci. Ale czy na pewno? Powtórzył więc numer z panią do towarzystwa, wprawiając obu młodzieńców w niemałe zdumienie. Taki stary i tyle jeszcze może?
- Nie taki stary - Henryk z takim wewnętrznym uśmieszkiem pomyślał o sobie. - Dopiero czterdzieści parę lat, ale co ci smarkacze mogą wiedzieć o tym wieku? Dla pewności zamówił im jeszcze następną flaszkę Burbona i już o 23.00 obaj spali jak susły. Więc chyba teraz…
Kilka minut po północy po cichu odprawił dziewczynę i szybko się ubrał. Wyszedł na balkon, po czym uczepiony barierki wychylił się do granic możliwości, tak, aby udało mu się zajrzeć do pokoju obok. Cisza. W świetle zapalonej nocnej lampki dojrzał jedynie dwa łóżka ze śpiącymi w nich młodymi mężczyznami. Bezpośrednio przed snem porządnie podlani mocnym trunkiem, do rana nie powinni się obudzić. A więc do dzieła…
Jeszcze z wieczora poprosił do pokoju pióro i atrament, a ze stolika w hotelowym barze ściągnął po cichu kilka białych, papierowych serwet. Usiadł teraz i na jednej z nich, starannie kreślonym pismem technicznym szybko napisał kilkanaście wcześniej przemyślanych zdań. Popatrzył raz jeszcze i ponownie przeczytał tekst. Powinno być dobrze. Schował serwetkę do tylnej kieszeni i rozejrzał się wokół. Nie… Niczego nie zapomniał. Otrzymany od Waltza jeszcze na początku ich znajomości pistolet tymczasowo ukryty w łóżku pod materacem, klucz w drzwiach przekręcony od środka, ubranie ciemne, luźne i wygodne, w bocznych kieszeniach spodni dokumenty oraz - na wszelki wypadek - nóż. Będący na wyposażeniu pokoju wraz z zestawem standardowych sztućców, zwykły, stołowy, ale lepiej taki niż żaden. W razie jakiejś nieprzewidzianej kontroli ze strony policji, jakby co nie jest zabroniony. Obraz wyposażenia uzupełniała niewielka, zabrana z baru i - jak wcześniej sprawdził - nie nosząca żadnych oznaczeń, hotelowa popielniczka.
Ponownie wyszedł na balkon i dokładnie się rozejrzał. Ciemno, nikogo. Nawet z pobliskiej knajpy dochodziły chyba cichsze niż zazwyczaj odgłosy. Nic dziwnego. Przecież od pół godziny mamy już Wigilię Bożego Narodzenia. Popatrzył jeszcze raz dookoła, delikatnie przymknął drzwi balkonowe i przełożył nogę przez balustradę. Chwilę później jego dłonie zacisnęły mocny chwyt na biegnącym obok grubym, stalowym drucie piorunochronu, a nogi znalazły pewne oparcie na wystających z płaszczyzny muru ozdobnych elementach elewacji.
Nie było zbyt trudno. Chociaż wysokie, w końcu było to tylko pierwsze piętro, więc cała podróż w dół trwała może z siedem sekund.
Znalazłszy się na ziemi, znów przystanął. Cisza i pustka, ale to nie było nic zaskakującego. Przecież te pokoje wychodziły na ogród, a nie na ulicę. Bardzo dobrze. To teraz już tylko przecisnąć się przez rząd tui, przeskoczyć sięgające do piersi betonowe ogrodzenie i mały kwadrans na piechotę do amerykańskiej ambasady.
Idąc szybkim krokiem zdziwił się, jak wielu przechodniów jest jeszcze na ulicach. No, tak… Początek lata i najkrótsze w roku gorące noce. To dobrze, że nie będzie musiał samotnie wędrować. Przypomniał sobie zdziwienie obu towarzyszy, kiedy to raptem dwa dni temu przyjechali do Buenos. Wszedł wtedy do recepcji pierwszego z hoteli polecanych mu jeszcze przez Manfelda, z widoczną dezaprobatą rozejrzał się wokoło krytycznym wzrokiem, po czym kazał sobie podać książkę telefoniczną. Znalazł numer amerykańskiej ambasady, z przypisanym doń adresem. Tego mu było trzeba. Szybko znalazł więc następny polecany mu hotel, niby tylko parę ulic od ambasady, jednak w odległości nie wzbudzającej podejrzeń. A teraz nadeszła ta najważniejsza chwila. Dojść gdzie trzeba i…
Nie! Nie zamierzał tam wchodzić, ani z kimkolwiek rozmawiać. Zbyt wielkie ryzyko. Zresztą, kogo by tam w takim dniu i o tej porze zastał przy pracy? Zastosuje się inny sposób. Sprawdzony, bezpieczny i anonimowy. Jak psu, trzeba im podrzucić trop i zachęcić wonną kiełbasą. I jeżeli tylko żaden tępy, biurokratyczny matoł tego nie schrzani, powinno być dobrze.
Już z daleka zobaczył budynek i powiewającą na maszcie amerykańską flagę. A więc to tutaj… Posesja ogrodzona była wysokim metalowym ogrodzeniem, a wewnątrz za bramą wjazdową kilka kroków w te i we w te, przechadzał się uzbrojony w Thompsona żołnierz. Rzucić to w ogród? A jak wpadnie w jakieś krzaki i przez tydzień nie znajdą, a deszcz zmyje atrament? Albo znajdzie jakiś ogrodnik, cholera wie dla kogo tak naprawdę pracujący? Nie. Tu trzeba inaczej.
Zszedł więc do samego muru przy sąsiednim budynku. Tu było najciemniej. Wyjął z kieszeni popielniczkę i staranie ją owinął w zapisaną serwetę. Dla pewności zawiązał grubą nicią, wcześniej wyprutą z hotelowej kotary. Przeszedł na palcach jeszcze z pięćdziesiąt metrów i przystanął. Rozejrzał się, ale w pobliżu nie było nikogo. Więc jest realna szansa! Tylko czy stąd dorzuci? Podsunął się jeszcze przy samej ścianie, poczekał, aż żołnierz odwróci się tyłem, wyskoczył na środek chodnika i z całej siły cisnął pakunkiem w jego kierunku.
Lecący w powietrzu przedmiot nie zdążył pokonać jeszcze dziesięciu metrów, gdy Henryk odwrócił się na piecie, przebiegł kilkanaście kroków i znów przywarł do ciemnego muru. Jeszcze nie zdążył się weń dobrze wkleić, gdy usłyszał uderzenie popielniczki o bruk i natychmiast odwrócił głowę.
Żołnierz zamarł, ale po sekundzie już miał broń ściągniętą z ramienia. Odciągnął zamek i powiódł lufą dookoła. Co jest, do diabła? Jakiś chuligański wybryk? Powiódł wzrokiem po otaczającej go ciemności, ale szybko zdał sobie sprawę, że przyzwyczajony do światła latarni pod którą miał posterunek, niewiele zobaczy. Co więc trzasnęło kilka metrów za jego plecami? Przyjrzał się jeszcze raz i odkrył przyczynę. Kilka metrów za nim leżał jakiś niewielki pakunek, owinięty papierem i obwiązany sznurkiem, czy też grubą nicią. Granat? Chyba nie, bo już by wybuchło. Więc co? Podszedł bliżej i popatrzył. Papier i coś w środku, więc chyba nic strasznego. Popatrzył wkoło jeszcze raz, schylił się i sięgnął. Dziwne. W środku jakby kamyczki. Żwir? Ale odwinięty kawałek papieru był jakoś zapisany. Wiec to chyba coś ważnego! Podszedł więc do budki wartowniczej, sięgnął do telefonu i wykręcił numer do dowódcy zmiany.
Porucznik Wilson widział już różne rzeczy, ale czegoś takiego jeszcze nie. Zapisany chyba po niemiecku papier, a wewnątrz potłuczona popielniczka. Bez jakichkolwiek oznaczeń, co skonstatował, wpatrując się uważnie w leżące przed nim na biurku fragmenty. Ale nie to było ważne. Ważny był papier, a raczej list, jak już w myślach go nazwał. Jedno zdanie było po angielsku i w widoczny sposób powtarzało niemiecki nagłówek. „Do centrali wywiadu USA. Bardzo pilne!”. Ale co dalej? Wilson nie znal niemieckiego. Owszem, parę razy obił mu się o uszy ten język, ale nie rozumiał go ni w ząb. Więc chyba tu już nic nie wymyśli. Było co prawda coś o Hitlerze i Argentynie, ale niech inni głowy sobie tym łamią. Trzeba poczekać na przedstawiciela wywiadu, który bez trudu to odszyfruje, chociaż nie dziś czy jutro. Są przecież święta i pan kapitan wyjechał z żoną nad morze. Wróci zaraz po Bożym Narodzeniu, więc raptem za trzy dni. A przez tyle, papier chyba może poczekać. Świat się od tego nie zawali. Dalej będzie się kręcił.
Dotarłszy do hotelu, Henryk spojrzał na zegarek. Nieobecny był tylko przez trzydzieści pięć minut. Ktoś się w tym zorientował ? Chyba nie, bo wokół cisza, a w oknach ciemno. Złapał więc za piorunochron i już miał wejść, gdy nagle uświadomił sobie jedną rzecz. Początek lata był upalny, ale przerywany krótkimi deszczami. Wieczorem też przez kilkanaście minut padało i na ulicach były jeszcze kałuże. Po ciemku wszedł w kilka z nich, a przecież nie może zostawić śladów błota na ścianie. Gdy wychodził, buty były czyste, ale teraz… Szybko więc je zdjął, zawiązał sznurowadła i przewiesił sobie przez szyję, zaś skarpetki schował do kieszeni. No, teraz już można. Bose stopy dawały dobre wsparcie i raz dwa dotarł na piętro. Już miał się schwytać balustrady balkonu, gdy nagle coś chrupnęło i nim zdążył się zorientować, wisiał na drucie piorunochronu pół metra od ściany. Spojrzał w górę i dreszcz przebiegł mu po plecach. Znajdujący się metr wyżej i trzymający drut piorunochronu hak, wysunął się z muru, a i następny trzymał się już chyba tylko na słowo honoru. Jeżeli i on nie wytrzyma… Zebrał się w sobie i stawiając wszystko na jedna kartę, szarpnął w bok. Runie w dół i połamie nogi, albo… Nie! Nie połamał. Końcami palców dosięgnął balkonu i zacisnął dłoń jak kleszcze. Z duszą na ramieniu, starając się nie wykonywać żadnych gwałtownych ruchów, przyciągnął się bliżej i wyrzucając drugą rękę opanował sytuację. - Nie jest dobrze - pomyślał chwilę później. - Niewielkie wejście, a już się zadyszałem. Brak kondycji. Trzeba znów zacząć ćwiczyć. A jeszcze w dodatku ta argentyńska tandeta… W Niemczech żadna kontrola straży pożarnej nie przepuściła by takiej instalacji. Na razie jednak wychylił się ze swojego balkonu i spojrzał w bok. Dosięgnie tego haka czy nie? Trzymając się balustrady, w iście ekwilibrystyczny sposób sięgnął do zimnego metalu i jakiś cudem udało mu się z powrotem wepchnąć go w mur. Z drugim poszło już łatwiej, gdy tylko stanął na balustradzie. Popatrzył jeszcze chwilę i z wolna uspokoił oddech. Nie jest źle. Śladów obluzowania praktycznie nie widać i nikt nie ma prawa domyślić się tego, co tu faktycznie zaszło. W sąsiednim pokoju też się nic nie zmieniło i obaj jego towarzysze spali jak susły. - To dobrze. Snujcie te swoje pijackie sny - pomyślał. - Bo gdybyście jednak odkryli to, co właśnie zrobiłem, musiałbym was zabić. Albo wy mnie!
27.12.1945, przedpołudnie - Argentyna, Buenos Aires, ambasada USA.
Kapitan, oficjalnie posługujący się nazwiskiem Smith, nie zamierzał się spieszyć. Bo niby i po co? Cóż takiego ważnego mogło się wydarzyć w Wigilię czy Boże Narodzenie? Oczywiście, że nic. A ponadto, do czego też miałby się spieszyć człowiek, oficjalnie i dla kamuflażu zajmujący w ambasadzie stosunkowo niskie stanowisko trzeciego sekretarza? Toteż, gdy o 10.00 rano pojawił się w ambasadzie, zaczął od kawy i gazet. Przechylił się mocno w swoim fotelu, obcasami oparł o blat biurka i pobieżnie przerzucił pierwsze strony prenumerowanej przez ambasadę prasy. Nic nowego. Same pierdoły, nic nie wnoszące zarówno do pracy ambasady jak i jego formalnego przełożonego. Formalnego, bo wszelkie nieoficjalne papiery przechodziły najpierw przez niego, ale o tym wiedziało tylko trzech ludzi. Ambasador, szyfrant i on sam. Rozkoszował się więc tą nieformalną władzą, siedząc w swoim biurze. A co? Źle mu tutaj?
Dopiwszy kawę, wyciągnął wreszcie rękę po teczkę. Trochę szumne było to określenie, bo właściwie były to zielone, tekturowe okładki, wewnątrz których mogło się pomieścić najwyżej kilkanaście kartek. Dzisiaj jednak teczka była chudziutka i widać było, że przejrzenie jej zawartości zajmie tylko parę minut. A może i krócej?
Papier był tylko jeden, ale już po kilkunastu sekundach zelektryzował i poderwał kapitana na równe nogi. Przeczytał go raz, a następnie nie wierząc własnym oczom, po raz drugi. Nic nie chciało się zmienić. Niemiecki tekst zawierał starannie dobrane zdania, które uderzały weń jak młotem. Sięgnął więc po czystą kartkę i szybko go przepisał, tłumacząc od razu na angielski.
„Do centrali wywiadu USA. Bardzo pilne!
Temat wiodący - odbudowa III Rzeszy.
Tematy powiązane:
- ucieczka z Niemiec i przybycie do Argentyny sobowtóra Adolfa Hitlera.
- ucieczka z Niemiec i przybycie do Argentyny reichsleitera Martina Bormanna.
- niemieckie bomby atomowe!
- struktura niemieckich organizacji w Argentynie zaangażowanych w plan odbudowy III Rzeszy.
Osoba wyznaczona do kontaktu i odbioru informacji - znany osobiście major Stanisław Orawa, oficer Polskich Sił Zbrojnych podległych rządowi w Londynie. W miesiącu lipcu bieżącego roku był obecny na linii demarkacyjnej, w punkcie przejściowym miedzy Magdeburgiem a Hannoverem. Miał wtedy kontaktować się z władzami amerykańskimi w sprawie niemieckiej bomby atomowej w Poczdamie.
Kontakt: 15 - go stycznia, w godzinach 12.00 - 13.00, na tarasie kawiarni „Rosita” w Buenos Aires.
Potwierdzenie zrozumienia i akceptacji spotkania - w gazecie „Buenos Aires Herald”, w rubryce nekrologów zamieszczanych na stronie ósmej, w dniu poprzedzającym spotkanie zamieścić kondolencje dla Marii Diaz z powodu śmierci brata. Podpisać - współczująca rodzina.
Termin rezerwowy - miesiąc później, zamieścić kondolencje dla Isabelli Gonzales, reszta według tych samych zasad”.
„JANUS”
- No to mamy niezłe gówno! - pomyślał Smith i z wrażenia nalał sobie pełną szklankę whisky. Bo jeżeli jest to prawda, to tak na trzeźwo trudno to pojąć. Wypił połowę, wstrząsnął się i sięgnął do telefonu.
- Szyfrant? Za minutę u mnie! Jest pilna depesza do kraju. Najwyższy priorytet i stopień tajności. Wyjątkowo, użyjesz też szyfru jednorazowego. Wykonać!
27.12.1945, godz. 15.30 - Stany Zjednoczone, Waszyngton D.C., Centrala Wywiadu Armii USA.
Sierżant sztabowy Francis Miller pracował tu już piąty rok, ale czegoś takiego jeszcze nie czytał. Odszyfrował tekst i tak po prostu popadł w zdumienie. Sobowtór Hitlera, Martin Bormann i w dodatku jakieś niemieckie bomby atomowe? Przecież naziści takich nie mieli. Więc co tu jest grane? W dodatku ten kontakt na polskiego majora… Trudno. Nie jego głowa. Przepisał wiadomość na maszynie, nadał stosowne cechy tajności, wpisał do rejestru i wykręcił numer do oficera dyżurnego.
- Major Evans? Już wyszedł - usłyszał w słuchawce.
- Jak to? Chyba pracuje do 16.00?
- Owszem. Ale coś tam mu wypadło i wyszedł wcześniej. Będzie jutro od 08.00. A to bardzo pilne, sierżancie?
- Nie… Chyba nie. Myślę, że do jutra może zaczekać.
- To w porządku. Przekażecie to rano. I nie zawracajcie mi już głowy.
Komentarze
Prześlij komentarz