Przejdź do głównej zawartości

ATOMOWY POKER 193

 

            13.02.1946, wieczór - Argentyna, Buenos Aires, siedziba firmy majora Uszakowa.


            - Mamy go, towarzyszu pułkowniku! Znowu się pojawił!

- Schlegela?

- Oczywiście. Zresztą, co to za różnica jak naprawdę się nazywa, Reschke czy Schlegel… Najważniejsze, że to ten sam. Tak jak poprzednio, zameldował się w hotelu „Miramar”. Pokój numer 206, pierwsze piętro.

- Sam, czy z tymi dwoma?

- Z nimi. Zajmują pokój obok, numer 207.

- Wiemy ile tam będą?

- Niestety. To chyba jacyś znajomi czy protegowani właściciela. Nie określili daty wyjazdu. I co teraz, towarzyszu pułkowniku?

            Co teraz? Pomysł Rogozin już miał. Trzeba tego Reschke vel Schlegela po prostu porwać! Porwać i przewieźć do Moskwy. Jak mu tam przystawią lufę do łba, to raz dwa będziemy mieli bombę atomową. A na razie…

            Dotychczas jakoś nie wierzył, że znów złapie trop i nie poczynił w tym kierunku żadnych przygotowań. Co tam przygotowań! Nawet w zarysie nie przewidywał jak takie przygotowania mogłyby przebiegać. No bo jak tu planować, gdy się nie zna warunków, miejsca, dnia ani godziny? Westchnął więc ciężko i popatrzył na Uszakowa. Trzeba go będzie wtajemniczyć i ewentualnym sukcesem nieco się podzielić. A jak skończy się porażką, to nie tylko jego.

- Brawo, majorze. Usiądźcie więc i posłuchajcie. Opowiem wam o herr Schlegelu vel Reschke i sami zaraz zrozumiecie, co i dlaczego musimy zrobić!

            Starannie omijając swoje porażki, wszystkiego nie powiedział. Bo i po co się ośmieszać? Wiadomo, czy Uszakow by to kiedyś nie wykorzystał? Przekazał jednak kilkanaście podstawowych informacji, które w niezorientowanego jak dotąd Uszakowa uderzyły niczym grom i już same w sobie świadczyły, że sprawa jest poważniejsza, niż by się komukolwiek mogło wydawać.

- Job twoju mać! - Uszakow słuchał z rosnącym niedowierzaniem. - Więc to taka  „ptica”?

- Nie inaczej, towarzyszu majorze. I to my musimy tę „pticę” pojmać. Jakieś pomysły?

            Pół godziny później doszli do wniosku, że realnych szans nie było. No bo niby jak? Po co taki Uszakow, który uchodził tu za Argentyńczyka i o którym wszyscy wiedzieli, że ma na mieście luksusowy apartament,  meldował by się w hotelu? Żeby zwrócić na siebie uwagę? Po co Rogozin, który funkcjonuje tu jako oficjalny przedstawiciel kulturalny, meldował by się w hotelu, gdy wiadomo, że mieszka na terenie przedstawicielstwa? Jako Rosjanina, nawet by go tam pewnie nie wpuścili. A jeżeli nawet jakimś cudem, to spłoszyłby cel. Z ludzi do dyspozycji mieli tylko Dawidowa, bo o reszcie szkoda było nawet gadać. Zaledwie kilku cywilnych i naprawdę oficjalnych przedstawicieli handlowych, biurokratycznych gryzipiórków z brzuchami oraz bez żadnego specjalnego przeszkolenia. A jedyne co mieli, to służbowe samochody i trzy miejscowej proweniencji pistolety nielegalnie załatwione przez Uszakowa. Nielegalnie, bo na broń legalną szans nie było. Tutaj cudzoziemcy czegoś takiego po prostu posiadać nie mogli. No, chyba że przebywali w Argentynie już od kilku lat i nie mieli konfliktów z policją. Mogli wtedy wystąpić o pozwolenie na broń myśliwską i po otrzymaniu odpowiedniej zgody, zakupić najwyżej jakąś dubeltówkę.

            Niestety. Kraj był odległy, prowincjonalny, na kompletnym zadupiu prawdziwego i liczącego się świata, a oni pierwszym zaczynem tego, co trzeba tu było niemal od podstaw organizować. Raz jeszcze wrócili do tematu i znowu nic. Porwać go z hotelu? A niby jak? Jak się tam dostać? Jak go stamtąd wynieść lub wyprowadzić bez zwracania niczyjej uwagi? A może zabawić się w uliczny napad i ryzykować strzelaninę jak u gangsterów z Chicago? Ale przecież ten Reschke vel Schlegel, czy jak mu tam, nie jeździ sam. Nie było wątpliwości, że zamieszkała obok dwójka dryblasów to jego obstawa. W razie czego będą strzelać bez ostrzeżenia i pardonu. A jeszcze ten ich samochód… Wielki amerykański Buick z potężnym, ośmiocylindrowym silnikiem. Nie to co ich służbowe pospolite Fordy, zakupione przez wykrwawioną ojczyznę, jako skromne i nie rzucające się w oczy. Prywatnego samochodu Uszakowa też wziąć nie mogli. Reprezentacyjny, ekstrawagancki, a przez to zbyt znaczny. Jakby co, już po pół kilometrze każdy głupi by się zorientował, że jest śledzony. Więc co? Odpuścić? Nie… Rogozin nie miał już odwrotu. Wtajemniczył Uszakowa i cofnąć się nie było gdzie. Więc trudno. Chociażby na przysłowiową „wydrę”, ale zrobić to muszą. I nie wyjdą z tego pokoju, dopóki czegoś sensownego nie wymyślą.

 

            14.021946, rano - Argentyna, Buenos Aires, hotel „Miramar”.


            Niecierpliwie przerzucił strony dostarczonego mu przed chwilą świeżutkiego, pachnącego jeszcze drukarską farbą  egzemplarza „Buenos Aires Herald” i serce mało mu nie stanęło. Jest!!! Na ósmej, wśród kilkunastu innych nekrologów Henryk znalazł wreszcie to, na co czekał już od miesiąca. Współczująca rodzina składała kondolencje pogrążonej w żałobie Isabelli Gonzales. A więc jest kontakt! A spotkanie już jutro. Nareszcie. Dzisiaj więc trzeba posiedzieć u Mandla i to do oporu. Pomarudzić i skrytykować co tylko się da. A jutro Waltzowi i Rosenbergowi dać wolne. Niech jadą nad morze z tymi dwoma, miesiąc temu poznanymi kelnerkami. Tak, aby sam diabeł nie wiedział, co sobie właśnie zaplanował.

 

14.02.1946, popołudnie - Argentyna, Buenos Aires, lokal konspiracyjny Wywiadu Armii USA.  

 

            - Wszystko gra? Oba magnetofony sprawne? - Brown nie umiał ukryć zdenerwowania.

- Tak jest, panie generale. Sprawdziłem dokładnie. Wszystko przygotowane i podłączone. Wystarczy tylko wcisnąć ten guzik - technik przygotowujący sprzęt też był przejęty.

- To wiem. Pan, majorze, też już został szczegółowo poinstruowany?

- Oczywiście - Orawa raz jeszcze obejrzał magnetofony. - Sprawa jest zbyt poważna, aby ją spieprzyć.

- Dobrze. Kapitanie McFarland! Samochody gotowe?

- Tak jest. Mechanik sprawdzał je jeszcze dziś rano. Ja sprawdziłem radiostacje, broń i dokumenty. Ze strony sprzętu nic nie powinno zawieść.

- W porządku. Ludzi szczegółowo poinstruuję wieczorem. A później spać i ani kropli alkoholu. Bo jutro, chcę mieć do dyspozycji trzeźwe i myślące głowy.

 

14.02.1946, wieczór - Argentyna, Buenos Aires, sowieckie przedstawicielstwo handlowo - kulturalne.  

             

            Zrobił, czy nie zrobił? - schodząc do garażu, Rogozin tylko tę jedną myśl obracał w głowie. - Bo jak nie, to nie będę się z nim patyczkował. Raport do Moskwy i fiuu…

- I jak? Gotowe?

- Już kończę, towarzyszu pułkowniku - z wiertarką w ręku Dawidow odwrócił się do Rogozina. Zostały mi tylko ostatnie dwa szczeble.

- A co wy się tak z tym pieprzycie?

- Wybaczcie, towarzyszu pułkowniku, ale to nie takie proste. Towarzysze z handlówki musieli zakupić odpowiednie liny, a później jeszcze twarde deseczki pod wymiar, piły do drewna i metalu, wiertarkę, wiertła, żelazne pręty, imadło i stół warsztatowy. Dostarczyli to wszystko dopiero przed szesnastą. A ja tu siedzę już ponad cztery godziny.

- No, właśnie widzę. Chyba więcej siedzicie, niż robicie.

- Przepraszam towarzyszu pułkowniku, ale wykonanie drabinki sznurowej musi nieco potrwać. Kupić takiej  nie możemy. Zresztą wątpię, czy w całym Buenos sprzedają gdzieś coś takiego. A gdyby nawet, to dopiero poszły by plotki po całym mieście. Bo niby na co nam drabinka sznurowa?

- Dobra. Nie mędrkujcie już. To za ile będziecie gotowi?

- Z drabinką za trzy kwadranse. A później jeszcze…

- Co później?

- Później jeszcze trzeba zrobić odpowiednio wygięte haki. Jak już dotrzemy na balkon, to czymś ją trzeba zaczepić za balustradę.

- Czyli dziś w nocy się nie da?

- Absolutnie nie. Bo przecież musimy ją jeszcze sprawdzić w działaniu. Czy wytrzyma ciężar towarzysza pułkownika.

- O to się nie martwcie. Ważę osiemdziesiąt kilo i spokojnie dam sobie radę. A próbę wykonamy jutro, na terenie firmy Uszakowa. Wyśle ludzi w teren, a my wypróbujemy ją przy ścianie magazynu. Przy okazji potrenujecie wejście po piorunochronie.

- Koniecznie ja?

- A co wam się znowu nie podoba? No przecież nie ja, ani tym bardziej Uszakow. Za bardzo przytył, więc będzie dobrym balastem, aby drabinkę przytrzymać od dołu. Będzie więc tak, jak już wcześniej sygnalizowałem. Wchodzicie po piorunochronie, a później przez uchylone drzwi balkonowe do pokoju. Obezwładniacie gościa chloroformem i wyciągacie na zewnątrz. Spuszczacie cienką linę, a my zaczepiamy do niej drabinkę. Wciągacie ją na górę i hakami zaczepiacie o balustradę. Po tej drabince wchodzę ja, z grubą liną. Na wszelki przypadek gościa kneblujemy, wiążemy i we dwóch spuszczamy na dół, do Uszakowa. Ja schodzę po drabince, wy odczepiacie haki i na cienkiej lince spuszczacie drabinkę. Na koniec sami  schodzicie po piorunochronie. A potem to już proste. Przeciągamy gościa przez ogrodzenie i od razu ładujemy do samochodu. Następnie wywozimy go za miasto, tam, gdzie ostatnio Uszakow zakupił starą cegielnię i planuje postawić stację benzynową. Na razie jest tam pusto i bez problemów możemy gościa przetrzymać. Jak trzeba będzie, to i parę tygodni. Więc nie marudźcie mi tutaj, bo jak się to wszystko uda - tu Rogozin oczami wyobraźni widział już na swoim mundurze generalskie pagony i przypinane mu do piersi ordery - to i wy na tym sporo skorzystacie. Jasne?

 

15.02.1946 - Argentyna, Buenos Aires.


            Ciche pukanie ułożyło się w uzgodniony schemat najpierw jednego, a następnie trzech szybkich dźwięków, wskazujących, że drzwi można otworzyć bezpiecznie.

- To co, szefie? - oczy zarówno Waltza jak i Rosenberga błyszczały radosną nadzieją. - Na pewno możemy jechać?

- Powiedziałem i słowa dotrzymuję. Będę tu dzisiaj siedział i cały dzień pisał. Nawet obiad zamówię sobie do pokoju. A wy wskakujcie w samochód, bierzcie te swoje panienki i róbcie z nimi co tam wam się uda. I żebyście mi tu wrócili na 22.00!

- Jawohl! Ale…

- No, co jeszcze?

- Tak, jak mówiłem - Waltz chciał się upewnić. - Proszę, aby nikomu obcemu szef nie otwierał i cały czas był ostrożny.

- A, o to wam chodzi. Nie musicie sobie tym głowy suszyć. Jak już powiedziałem, słowa dotrzymuję. A oprócz tego nie będę przecież sam.

- Jak to? - Rosenberg aż otworzył usta. - Przecież przed chwilą szef powiedział, że…

- Zapomnieliście już o tym? - nagłym ruchem Henryk wyrwał zza poły marynarki potężny pistolet marki Ballester - Molina. - Przecież sami mi go wręczyliście, jeszcze pod Charatą!

            Faktycznie. Masywny kawał stali robił wrażenie. Produkowany w Argentynie na licencji amerykańskiego Colta M 1911 A 1, kalibru 0,45 cala, albo jak kto woli 11,43 milimetra i oficjalnie nazywany tutaj wzorem 1927, mieścił w magazynku siedem naboi, a wystrzeliwane z niego piętnastogramowe pociski posiadały moc mogącą obalić nawet rozjuszonego bawoła.

- Aaa… - na twarzy Rosenberga pojawił się uśmiech.

- Beee… Dobrze. Idźcie już i nie przeszkadzajcie. I tak jak powiedziałem. Z powrotem na 22.00!

- Jawohl, obersturmbannführer!

 

            Pochodził trochę po pokoju, popisał później trzy godziny i chyba już dziesiąty raz spojrzał na zegarek. Jeszcze siedem minut. Jak je przeżyć? Ze zdenerwowania poczuł parcie i aż musiał skorzystać z toalety. To dobrze. Czas szybciej minie i będzie nieco spokojniejszy.

            Przy oknie stanął dokładnie o 12.03. Sięgnął po zakupioną jeszcze w czasie poprzedniego pobytu niewielką teatralną lornetkę i spojrzał w dal. Jeszcze przez chwilę regulował ostrość i po chwili oblał go zimny pot. Spośród kilku osób siedzących na oddalonym o niespełna 300 metrów tarasie kawiarni nie było tego oczekiwanego. Stało się coś? Ogłoszenie przecież było. Więc?

            Specjalnie wybrał to miejsce widoczne z tej strony hotelu, gdzie w razie czego mógł kontrolować sytuację nie ruszając się z pokoju. Niby do końca ustalonego terminu jest jeszcze prawie godzina, ale… Machnął ręką oganiając się od natrętnej muchy, gdy jego oczy zarejestrowały nowy ruch. Tak! To on! Major Stanisław Orawa! W popielatym letnim garniturze, z lekko poluzowanym przy szyi krawacie, z jasnym kapeluszem na głowie. Wszedł, usiadł przy stoliku z boku, niedbale się rozejrzał, zdjął kapelusz i położył go na krześle obok. - Jakby chciał być bardziej widoczny i rozpoznawalny - pomyślał Henryk i jeszcze raz popatrzył po okolicy, starannie obserwując kawiarnię oraz kilka innych, obecnych tam osób. Nie wychwycił nic podejrzanego. A więc, do dzieła. Założyć marynarkę, kapelusz i do kawiarni.

 

Komentarze