Przejdź do głównej zawartości

ATOMOWY POKER 194

 

            W drzwiach tarasu pojawił się dokładnie dziesięć minut później.

Obrzucił spojrzeniem nielicznych o tej porze gości, zlokalizował Orawę i wolnym krokiem skierował się do sąsiedniego stolika. Zdjął kapelusz, a nie widząc jeszcze w pobliżu kelnera, wyjął papierosa i wsadził go w usta. Nieco ostentacyjnie poklepał się zaraz po kieszeniach, jakby wszystkim chciał zademonstrować swoje roztargnienie. - Papierosy wziąłem, a zapałek czy zapalniczki już nie! - Rozejrzał się jeszcze raz, wstał i podszedł prosto do pijącego kawę Orawy.

- Przepraszam. Ma pan może ogień?

- Służę panu - Orawa sięgnął do kieszeni, a gdy ich oczy się spotkały, usłyszał szept Henryka.

- Za pół godziny. W toalecie. Ty wychodzisz za kwadrans.

 

            Piętnaście minut od wyjścia Orawy, wydawały się Henrykowi najdłuższym okresem w całym jego życiu. - Mogłem mu powiedzieć dziesięć minut. Albo nawet tylko pięć - myślał sobie paląc papierosa i dopijając przyniesioną przez kelnera kawę. - Ale może to i lepiej. Zbyt szybkie wyjście mogłoby zwrócić czyjąś uwagę. A tak… Jednak trzeba było zadbać o bezpieczeństwo. W końcu nikt z obecnych na tarasie kawiarni i będących mimowolnym świadkiem pozornie niewinnego przypalania papierosa nie powinien mieć żadnych niepotrzebnych skojarzeń.

 

            W toalecie, czujnie ale i z widoczną ulgą, popatrzyli sobie w oczy.

- Czysto - Orawa wskazał ręką dwie kabiny. - Przy pisuarach też nikogo.

- Ok. To teraz prowadź tam, gdzie będzie można spokojnie pogadać. Z tobą, ale chyba i  nie tylko.

- A skąd wiesz?

- Skoro znalazłem ciebie poprzez Amerykanów, to musieliście się solidnie przygotować.

- Racja. To teraz ty słuchaj. Nie możemy wyjść razem, więc idziesz do kabiny i czekasz tam pięć minut. Pamiętaj, aby przed wyjściem dla porządku spuścić wodę. Potem wychodzisz na ulicę i skręcasz w lewo. Czekam na ciebie w samochodzie za najbliższym rogiem. To jakieś trzydzieści pięć czy czterdzieści metrów. Będzie tam stał czarny Ford. Acha… Pójdzie za tobą dwóch moich ludzi. Będą cię chronić.

- Nikogo nie zauważyłem.

- A widzisz? Są naprawdę dobrzy. No, idź już.

 

            - To gdzie jedziemy? Mam nadzieję, że niezbyt daleko? - zapytał wsiadając do samochodu i jednocześnie słysząc odpalany silnik.

- Jest taki jeden dom. Na przedmieściu. Dwadzieścia minut jazdy stąd.

- Pewny?

- Że pewniejszego być nie może. I to wszystko skrojone pod ciebie.

- Przesadzasz…

- Wcale nie. A przy okazji chciałbym cię uprzedzić. Jak już się domyśliłeś,, nie tylko ja mam się z tobą spotkać.

- A niby kto jeszcze? To nie wiesz, że jak o czymś wie dwóch, to znaczy, że o jednego za dużo?

- Niby tak. Ale o tobie też wiedziało dwóch. Major Zajezierski i ja. I gdyby nie przypadek, tam w Niemczech, w punkcie przejściowym na linii demarkacyjnej…

- To z nim mam się spotkać?

- Nie. Z kimś innym.

- A właściwie… Co z majorem? Żyje? Gdzie jest?

- Major? Nie wiem.

- Nie pracujecie już razem?

- To nie tak. Właściwie, to nawet nie wiem, jak ci to powiedzieć.

- Zginął?

- Raczej zaginął.

- Jak to raczej?

- Normalnie. Zgubiliśmy się w Warszawie, we wrześniu 1939 - go, podczas ewakuacji akt. Mnie niespodziewanie i wbrew pierwotnym ustaleniom skierowano z jednym transportem, on miał jechać z następnym. Więcej się już nie spotkaliśmy.

- Ale to wcale nie znaczy…

- Znaczy i to bardzo wiele. Bo z majorem, którego zresztą oficjalnie poszukiwano, zaginęły też ewakuowane akta. Twoje akta…

- Moje?

- A, tak. Po ty wszystkim podejrzewano nawet, że major mógł być niemieckim szpiegiem. W latach dwudziestych zmienił przecież nazwisko. Wcześniej nazywał się Herling.

- Bzdura! - Henrykowi aż skoczyło ciśnienie. - To wszystko nieprawda.

- Wszystko? - Orawa spojrzał na niego z widocznym zaskoczeniem.

- No, niezupełnie. Rzeczywiście zmienił nazwisko, ale tylko dlatego, aby mnie z nim nie kojarzono. Bo to był mój stryj! A konkretnie, rodzony brat mojej matki.

- Co?!

- Właśnie. A jeżeli zaginęły moje akta, to chyba tylko dlatego, że chciał mnie chronić. Prawdopodobnie palił je przy Forcie Legionów.

- Skąd wiesz?

- Bo te akta, poprzez Abwehrę, trafiły do nas. Do SD. A właściwie jedna, nadpalona i niekompletna kartka w tekturowej okładce. Stryj opisał w niej sposób nawiązania ze mną kontaktu na czas wojny. Mało przez to nie wpadłem.

- O cholera! - Orawa aż pokręcił głową. - Bo różne słuchy o tym chodziły. Mnie z tego powodu w 1940 - tym odsunięto od wywiadu i skierowano do służby liniowej. I gdybyśmy się przypadkiem nie spotkali…

- To prawdopodobnie już bym nie żył. Musiałbym uszkodzić tę bombę w Poczdamie, a za to była tylko śmierć. Ale wracając do sprawy… Kto ma niby być tym drugim?

- To trzygwiazdkowy amerykański generał ze służb specjalnych. Wielka szycha. Organizował akcję przejęcia bomby w Poczdamie. A teraz przyjechał aż tutaj i to specjalnie ze względu na ciebie.

- Specjalnie… - sarkazm w głosie Henryka był aż nadto oczywisty. - Spieprzył jedną akcję, to może chociaż druga się uda.

- To nie tak. Tam było inaczej.

- A niby jak?

- Nie udawaj. Strefa sowiecka i totalna inwigilacja. Cud, że zdołaliśmy koło fabryki zorganizować punkty obserwacyjne. Zorientowali się jednak, że celem naszego zainteresowania jest dzielnica przemysłowa. A potem jeszcze zdarzył się pewien incydent, który prawdopodobnie zaważył na reszcie.

- Jaki?

- W dniu, w którym mieliśmy uderzać, tuż koło fabryki pewien sowiecki oficer wskakiwał do jadącego tramwaju. Chwile później wyleciał stamtąd jak z procy. Podniósł się i zaczął gonić ten tramwaj, kilka razy strzelił też w jego kierunku. A później Sowieci wkroczyli do akcji. Analizując sytuację, doszliśmy do wniosku, że właśnie to zdarzenie było decydujące. I dziwnie mi się wydaje, że coś o tym wiesz…

- Wiem? To właśnie ja wykopałem go z tego tramwaju!

- Naprawdę? To w końcu jak? Znaliście się?

- Bardziej on mnie, niż ja jego. A co do szczegółów, dowiesz się już na miejscu. Nie ma sensu opowiadać dwa razy tego samego.

 

            Mężczyzna, którego Orawa przedstawił jako amerykańskiego generała, na pierwszy rzut oka nie sprawiał szczególnego wrażenia. Lat około pięćdziesięciu pięciu, niewysoki, szczupły i łysawy, wyglądał na jakiegoś podrzędnego urzędnika. Dopiero mocny uścisk dłoni i przywykły do rozkazywania głos, zdradziły jego prawdziwą rangę i profesję.

- Niech się panu przyjrzę. Naprawdę rzuca się pan w oczy.

- Niemożliwe. Pierwsze słyszę - nieco ironiczny i rozbawiony ton głosu Henryka, wypowiedziany w dodatku w nie najlepszej angielszczyźnie wywołał u generała gest zdziwienia.

- Dowcip? Bo nie za bardzo zrozumiałem…

- Być może. Ale do rzeczy. Uwzględniając godzinną rezerwę czasową, najpóźniej o 21.00 muszę być z powrotem w hotelu.

- Jakim? - generał w sekundę przeszedł do konkretów.

- „Miramar”. To 300 metrów od miejsca naszego spotkania z majorem Orawą.

- No, to mamy - jakby automatycznie wszyscy trzej spojrzeli na zegarki - osiem godzin czasu. I myślę, że nie powinniśmy go marnować. A przy okazji… W jakim języku woli pan rozmawiać? Bo pańska angielszczyzna jest taka, niezbyt… Za to pan, jak i major Orawa bezbłędnie operujecie niemieckim, a i ja w trzecim pokoleniu pochodzę z rodziny niemieckich emigrantów i znam ten język wystarczająco dobrze.

- Oczywiście. Może być w niemieckim.

- To jeszcze dwie prośby. Nietypowe, ale chcemy z panem grać w otwarte karty.

- Słucham…

- Chcemy panu wykonać parę zdjęć. Sylwetka, przód, profil, półprofil, w kapeluszu i bez.

- A po co?

- Dla naszych ludzi, którzy tu ze mną przyjechali. Tak samo jak do majora Orawy, otrzyma pan do nich numer telefonu. Będzie pan to musiał zapamiętać. A oni będą pana chronić.

- Mam już swoją obstawę.

- Tak?

- Bormann przydzielił mi dwóch esesmanów. Na dzisiaj, wyjątkowo udało mi się ich spławić.

- Nawet jeżeli tak jest, to kilka dodatkowych luf w pańskiej obronie gotowych na wszystko, nie zawadzi - Orawa pierwszy wrócił do równowagi.

- W porządku. Coś jeszcze?

- Chcemy nagrać nasze spotkanie. Na wszelki wypadek na dwa magnetofony. Wie pan, jak to jest - Brown wymownie rozłożył ręce. - Żadna technika nie jest niezawodna. W dodatku, jak na zakres naszych zainteresowań mamy stosunkowo niewiele czasu, a czuję, że poruszy pan tematy, które nawet nie dniami, a tygodniami będziemy analizować. Pamięć ludzka jest ulotna, a tu każde słowo będzie wyjątkowo ważne. Będziemy robić też notatki i w trakcie rozmowy zadawać pytania, które nasuną się nam na gorąco. Na koniec, niezależnie od wszystkiego, zadamy jeszcze kilkanaście innych, wcześniej już przygotowanych.

- Ambitnie.

- No, cóż… Skoro jest pan istną kopalnią wiedzy…

- To od czego zaczynamy?

- Od początku. Od chwili, kiedy zetknął się pan z wywiadem.

- Ale o tym opowiedzieć może major Orawa…

- Nie wszystko. A ja, prawdę mówiąc muszę w panu odnaleźć jakieś przekonywujące pozytywy.

- Nie rozumiem.

- Dziwi się pan? Oficjalnie i na chwilę obecną, dla naszych władz wciąż jest pan nazistą, byłym członkiem NSDAP, byłym SS - Obersturmbannführerem i jednocześnie wysokim rangą funkcjonariuszem SD z Berlina, Heinrichem Reschke. A takich jak pan się ściga, sądzi, wsadza do więzień, a czasem nawet skazuje na śmierć.

- Więc o to chodzi… Wiem na tyle dużo, że warto mi wystawić amerykańskie świadectwo moralności? Taką swoistą laurkę i polisę bezpieczeństwa?

- Lepiej bym tego nie ujął. Czyli jak? Możemy zaczynać?

 

            Sześć godzin i dziesięć taśm magnetofonowych później, zarówno Orawa jak i Brown siedzieli z otwartymi ustami, wpatrując się w Henryka niczym w istne dziwo.

- Nic pan nie ukrył? - pierwszy opanował się generał. - Nie pominął?

- Owszem. Jedno tak. Dane i adres kobiety, która na mnie czeka, wraz z papierami na nowe nazwisko.

- I jak znam życie, tego nam pan nie zdradzi?

- Zna pan życie, generale…

- W porządku. To zagadnienie niech więc pozostanie pańską prywatną sprawą. Ale jednocześnie chcę stwierdzić, że jeżeli potwierdzi się to, co pan tu właśnie nam opowiedział, osobiście załatwię panu papiery na dowolne nazwisko i amerykańskie obywatelstwo. A do życia prywatnego, też pan nie przejdzie z pustymi rękami.

- Najpierw chyba muszę przeżyć, prawda?

- Niech pan nie będzie pesymistą. Zrobimy wszystko co w naszej mocy, aby sprawy doprowadzić do szczęśliwego końca. Ale teraz jeszcze nasuwają mi się dwa pytania. Wspomniał pan o przechwytywanych w czasie wojny szyfrówkach z Ameryki do Moskwy.

- Tak. Nasze - przez chwilę Henryk zastanowił się nad tym, co powiedział - to znaczy niemieckie służby kryptograficzne, część z nich rozszyfrowały. Nie wiem kto i jakim sposobem, ale fakt pozostaje faktem. Okazało się, że w waszym programie atomowym aktywnie działają sowieccy szpiedzy.

- A jakieś szczegóły? Zakres przekazywanych informacji, pseudonimy czy coś?

- Niestety. Na ten temat nie wiem nic więcej. Ale to co powiedziałem, jest absolutnie pewne.

- Szkoda. Bo właśnie w tym momencie otworzył nam pan prawdziwą „puszkę Pandory”!

- Co do tego, nie dziwię się. A drugie pytanie?

- Siedzi pan w tym po same uszy, więc pańska opinia może być decydująca. Co wywoła większy efekt destrukcji? Zlikwidowanie sobowtóra Hitlera, czy też może samego Bormanna? Bo o obu naraz trudno nawet marzyć.

- O, to nie będzie takie proste.

- Zgadzam się. Ale…

- Ja bym stawiał na Bormanna. Bez niego i jego wiedzy, sobowtór nic nie znaczy. Zresztą nie wiemy, czy w ogóle ma jakieś predyspozycje w tym kierunku, chociaż na U - Boocie odniosłem wrażenie, jakby usiłował grać za jego plecami. Wiec gdyby Bormanna nagle zabrakło…

- I tego ich złota - wtrącił nagle Orawa.

- Słucham?

- Powiedziałem, złota. Bo skoro pan Henryk poznał i przekazał nam przybliżoną lokalizację złota z trzech U - Bootów, to jest to chyba najlepszy sposób, aby ich sparaliżować. Bez tych środków wszystko się posypie.

- Bingo! - Brown aż wstał z miejsca. - To chyba nawet lepsze rozwiązanie. Bo po ich śmierci, w poczuciu zagrożenia reszta zwarła by szeregi. A tak, we wzajemnych żalach i pretensjach oraz bez jakichś większych środków, nie będą w stanie zrealizować swoich zamierzeń. Ponadto, prawdopodobnie zagryzą się między sobą jak wściekłe psy. Unikniemy też pewnego zbędnego ryzyka, które wizerunkowo i medialnie mogłoby nam przynieść katastrofalne skutki.

- A o czym pan myśli, generale?

 

Komentarze