Na wpół ubrani, gnając po schodach jak wariaci, Waltz i Rosenberg usłyszeli tylko jeden strzał. Ale gdy wypadli zza rogu, zobaczyli dwa ciała. Więc być może jeden jeszcze żyje… Rzucili się w tym kierunku i te parę sekund zadecydowało. Trzecia, ciemna sylwetka, którą chwilę później dostrzegł Rosenberg, właśnie dobiegała do tui, jednym susem przesadziła parkan i zniknęła na ulicy.
- Za nim! - Waltz jeszcze oglądał dwa ciała szukając w nich oznak życia, ale już ich nie znalazł.
Rosenberg biegał dobrze, ale dystans był zdecydowanie zbyt wielki. Przedzierając się przez gęsto posadzone tuje, usłyszał dźwięk odpalanego silnika i pisk opon, a gdy w końcu znalazł się na ulicy, auto bez świateł znikało właśnie za rogiem.
- A więc nie rzucał pan donicą? - głos policjanta nie pozostawiał najmniejszych wątpliwości, że tę sprawę chciałby już mieć za sobą.
- Absolutnie nie. Obudził mnie głośny krzyk - „złodziej, łapać złodzieja”. Wyskoczyłem więc na balkon i zobaczyłem, jak wiszący na drucie piorunochronu jakiś człowiek, sięga ręką w moją stronę. Tak, jakby chciał się czegoś chwycić. Udało mu się jednak tylko złapać za donicę, która wypadła ze stojaka i chwilę po nim poleciała w dół. Tam trafiła prosto w głowę jednego z dwóch stojących na dole osobników - Henryk kłamał jak z nut.
- A ten strzał? Widział pan może kto strzelał?
- Ten, który był na dole. Najpierw chyba podszedł do tego, na którego spadła donica. Zresztą, obaj byli tuż obok siebie. Potem odwrócił się do tego, który spadł z piorunochronu. Wyciągnął pistolet, chyba coś do niego powiedział i strzelił. Bezpośrednio po strzale uciekł w kierunku ogrodzenia, a chwilę później słychać było już tylko ryk silnika i pisk opon.
- A co do niego powiedział ? Usłyszał pan może?
- Nie. Nic nie usłyszałem bo było za daleko, a ten facet piętro wyżej darł się jak opętany.
- Tak… I nie rozpoznał by pan mordercy?
- Zdecydowanie nie. Ja przecież cały czas byłem na balkonie, a oni na ziemi i było ciemno.
- Oglądał pan te dwa trupy na dole?
- Tak. Ten pierwszy policjant, który był tu zaraz po zdarzeniu, poprosił mnie o ewentualną identyfikację, ale żadnego nie znałem. Zresztą, obaj mieli głowy zmasakrowane.
- A ci dwaj panowie, co mieszkają tuż obok? Rozmawiał pan może z nimi? Widzieli czy słyszeli coś więcej?
- Z tego co mówili, to też nie. Wiem tylko, że po okrzyku „łapać złodzieja” zbiegli na dół, ale tam już nikogo nie było. Tylko te dwa trupy.
- No, dobrze - policjant zakończył wypełnianie strony i wyciągnął papier do Henryka. - Tak jak wcześniej zaznaczyłem, przesłuchałem pana jako świadka. Proszę przeczytać protokół i jeżeli jest zgodny z tym, co mi pan tu mówił, proszę podpisać.
Lektura nie trwała długo i choć Henryk z tej odręcznej hiszpańskiej pisaniny nie wszystko dokładnie zrozumiał, podpisał bez wahania. Nikt, a zwłaszcza miejscowa policja nie musi widzieć, że przywołał całą swoją znajomość języka, aby w prostych słowach opowiedzieć o zdarzeniu. Nie wzbudziło to też zdziwienia policjanta. Tu wielu ludzi pochodzenia niemieckiego mówiło po hiszpańsku tyle o ile. A już całkiem nie do przyjęcia byłoby przyznanie się do jednego. Że tego zastrzelonego miesiąc temu widział u Mandla. I wychodziło na to, że jest to ten młody rusek, który towarzyszył temu drugiemu. Temu, który występował tu jako Maksym Klimow i któremu właśnie udało się zbiec.
16.02.1946, wcześnie rano - Argentyna, Buenos Aires, sowieckie przedstawicielstwo handlowo - kulturalne.
- Job twoju mać! Niech to chuj strzeli! - Rogozin od paru godzin miotał się po swoim pokoju, popadając w coraz to większą frustrację. Plan był przecież dobry i tymi siłami praktycznie jedyny do zrealizowania. Na następną okazję czekać przecież nie mógł, bo nie wiadomo, czy w ogóle by zaistniała. I wszystko się rozpieprzyło przez te cholerne haki. Jaka tandeta! Co za kretyn je tam montował? U nas od razu został by rozstrzelany jako szkodnik, sabotażysta i wróg ludu!
Pochłonięty tymi myślami, zaciskając pięści i mówiąc sam do siebie, Rogozin nawet nie zauważył, że pije już czwartą szklankę wódki, popadając przy tym w coraz czarniejszy nastrój. Śmierci Dawidowa ukryć się nie da. Przyjechał tu wraz z pierwszymi przedstawicielami handlowymi. Po dniu czy dwóch zauważą więc jego nieobecność i padną niewygodne pytania. Do tego był synem pewnego ważnego i zasłużonego dla partii sekretarza w obwodzie leningradzkim. Niedobrze. A już całkiem przechlapane będzie z Uszakowem. Niby bez rodzinnych koneksji, ale to przecież on osobiście prowadził całą siatkę na Argentynę, która w świetle ostatnich okoliczności związanych z napływem uciekających z Europy Niemców, nabierała właśnie szczególnego znaczenia. A teraz co? Siatka w pizdu, kontakty z agenturą - która nawet nie orientowała się, jak Uszakow wykorzystywał znajomości z nimi - zerwane, zero informacji i zero możliwości odtworzenia tego, co tak naprawdę dobrze już działało. Wszystko spieprzone, a za tydzień czy dwa zaniepokojona brakiem informacji Moskwa zacznie dochodzić co i jak. Więc?
Kiełkowała mu już pewna myśl, zmieniająca się powoli w konkretny plan, mający chronić własną dupę. W końcu, o podjętym przedsięwzięciu, nikt oprócz ich trójki nie wiedział. Żadnych dokumentów przy sobie też nie mieli. Gdyby więc Argentyńczycy nie zdołali zidentyfikować zwłok… Tak… To dawało pewne możliwości i tylko trzeba na tę okoliczność wymyślić jakąś dobrą historię. Mogli na przykład, we dwóch, pojechać nad wodę. Wzięli samochód i nie wrócili. A kiedy Rogozin powiadomi Moskwę, że dzień później odnalazł ich auto przy odludnej plaży, z niedopitą butelką wódki i ubraniami obu plażowiczów, wniosek będzie mógł być tylko jeden. Najpierw popili, a później poszli się kąpać. A wiadomo, jak to jest po pijaku i to w oceanie. Przykryje cię pierwsza większa fala, zachłyśniesz się słoną wodą, moment i toniesz. A jak masz mniej szczęścia, to żywcem zeżrą cię rekiny. Nie zostanie nawet ślad. A więc, nie ma innego wyjścia. Mimo wypitego alkoholu, trzeba wyjść i przestawić służbowy samochód co najmniej parę ulic dalej, mając przy tym nadzieję, że nikt w tym czasie go nie ukradnie. Wziąć pozostawiony przez Uszakowa klucz, taksówką podjechać do jego mieszkania i zabrać parę jego ciuchów. To samo zrobić w pokoju Dawidowa. Przespać się do popołudnia i wieczorem ostentacyjnie zacząć ich szukać. A jutro przyprowadzić wóz oraz pokazać wszystkim pozostawione wewnątrz ciuchy i niedopitą flaszkę. Wersja, która pójdzie do Moskwy, będzie prosta. Nieszczęśliwy wypadek, za który Rogozina winić nie można. A przynajmniej, winić się nie powinno!
16.02.1946 - Argentyna, Buenos Aires, hotel „Cristal Palace”.
Z hotelu „Miramar” wyprowadzili się wcześnie rano. Bo niby po co ryzykować i wystawiać się na widok obiektywów kilku przybyłych na miejsce dziennikarzy? Lepiej, aby ich twarze, nawet przypadkowo, nie znalazły się w żadnej gazecie. Z listy Manfelda wybrali więc następny hotel i już o wpół do dziewiątej znaleźli się znacznie bliżej Atlantyku. W położonym nieopodal portu obiekcie, o pretensjonalnej nazwie „Cristal Palace”.
W zasadzie w Buenos Aires Henryk załatwił już co trzeba, ale Waltz z Rosenbergiem nie musieli o tym wiedzieć. Ważne było co innego. Z kabiny przy recepcji trzeba zadzwonić na numer Orawy i w trybie alarmowym wywołać spotkanie. Chociażby na trzy minuty, w toalecie koło hotelowego baru.
- Co się stało? - Orawa wyraźnie był zaniepokojony.
- Dziś w nocy, w hotelu „Miramar” ktoś usiłował wejść do mojego pokoju. Po piorunochronie.
- I co?
- Spadł na dół, gdzie było jeszcze dwóch. Jednego zabiłem zrzuconą z balkonu wielką donicą, a tego co spadł, zastrzelił trzeci. A potem zwiał.
- Jakieś szczegóły?
- Przeczytasz w dzisiejszych gazetach. Przesłuchiwała mnie też policja. Jako świadka.
- Trudno. Wiesz przynajmniej kto to był?
- Poznałem tego zastrzelonego, chociaż do tego się nie przyznałem. Miesiąc temu w fabryce Mandla towarzyszył temu ruskiemu majorowi, a może już podpułkownikowi, który tutaj podaje się za przedstawiciela kulturalnego. Myślę, że ten co zwiał, to był właśnie on. Maksym Klimow!
- Więc dobrze mówiłem, że trzeba z nim do piachu.
- Niestety.
- Co niestety? Litujesz się nad nim? Nie masz powodu. On by tobie nie darował. I sądzę, że właśnie chciał cię dopaść.
- Więc co teraz?
- Ty rób swoje. Dobrze też, że zmieniłeś hotel. Następnym razem też się tu zatrzymaj. Termin spotkania nie ulega zmianie. Za miesiąc, tak, jak się umówiliśmy. Generał z częścią swojej ekipy już wyjechał, aby zdać relację w Waszyngtonie i przypilnować likwidacji bomb w Niemczech. A ja w tym czasie się postaram, aby grupa, którą mi tu zostawił, zlikwidowała zagrożenie.
22.02.1946 - Niemcy, Bremen, amerykańska enklawa w brytyjskiej strefie okupacyjnej, siedziba Wywiadu Armii USA.
Nie dane było Brownowi odpocząć po długiej podróży z Waszyngtonu. Co prawda nie patrzył na zegarek, ale mógłby przysiąc, że nie później jak trzy minuty po wejściu do biura energicznie zastukano do jego drzwi.
- Wejść!
- Panie generale, melduje się kapitan McFarland. Jest ważna wiadomość.
- No?
- Udało się zlokalizować sztolnię!
- Tak szybko? Jak?
- Jeszcze z Waszyngtonu przysłał pan rozkaz, abyśmy wykonali stosowne rozpoznanie. Mieliśmy już namiar na słupek z numerem kwartału lasu i przybliżoną lokalizację pobliskiego tartaku. Pomogły nam przy tym zdobyczne, dokładne niemieckie mapy. Nasi ludzie udali się w to miejsce i odkryli świeże ślady opon na śniegu. Poszli tym tropem i zlokalizowali sztolnię. Są tam teraz dwa traktory z przyczepami i jedenastu ludzi. Pracują przy odgruzowaniu wysadzonego wejścia. Mniejsze kamienie wożą na taczkach, większe oplatają linami i odciągają traktorami.
- To znaczy, że ktoś musiał być cholernie zdeterminowany. I chyba nawet wiemy kto… Bo skoro za to wszystko zabrali się już teraz… Przecież muszą mieć świadomość, że śladów na śniegu całkiem nie zatrą, a i las bez liści stwarza mniejszą możliwość ukrycia.
- Niby tak, ale zimą nikt tam akurat nie chodzi. Bo niby i po co? Jakiś ruch może się zacząć dopiero na wiosnę. A teraz wystarczy jedna noc z opadami śniegu i śladów nie będzie.
- Dobrze. A nasi ludzie? Nie odkryją ich?
-To drużyna zwiadowców i snajperów. Znają swój fach. Zrobili już dwa stanowiska obserwacyjne. Mają wszystko jak na dłoni.
- W porządku. Proszę dopilnować, aby zapewnić im odpowiednie żarcie, picie i podmiankę co osiem godzin. Albo nawet jeżeli będzie trzeba, to i co sześć. My za godzinę przenosimy się w pobliże miejsca akcji. Do Hannoveru. W trybie alarmowym poderwiemy też kompanię szturmową, która teraz stacjonuje w Monachium. Za ile mogą być do naszej dyspozycji ?
- Najpóźniej za dwanaście godzin. A dwie godziny później otoczymy cały ten rejon.
- Nie tak szybko, kapitanie. Klienci od kopania czy usuwania kamieni mniej nas interesują. Ważniejsi będą ci, którzy przyjadą do już udrożnionej sztolni. Poskładać albo wywieźć to, co tam jest. A na razie proszę wykonać rozkazy. I jeszcze jedno. Od chwili obecnej, co godzinę, nawet w nocy, muszę mieć meldunek o aktualnej sytuacji. W przypadkach nagłych o każdej porze. Czy to jest jasne ?
22.02.1946 - Argentyna, Buenos Aires, sowieckie przedstawicielstwo handlowo – kulturalne.
Która to już butelka? Ósma, dziewiąta w ostatnim tygodniu? - Rogozinowi nawet nie chciało się liczyć. Zadanie niby nie było trudne, bo leżały po katach, rzucone lub kopnięte pod ściany, ale w końcu co to miało za znaczenie? Ważne, że już dwadzieścia cztery godziny po meldunku o utonięciu Uszakowa i Dawidowa, przyszła decyzja z Moskwy. Podpułkownik Walery Konstantynowicz Rogozin ma areszt domowy. Całkowity zakaz opuszczania terenu przedstawicielstwa, całkowity zakaz wykonywania jakichkolwiek czynności i zawieszenie w obowiązkach służbowych do czasu przybycia przedstawiciela Centrali, który na miejscu zbada sprawę.
Zbada? Rogozin nie miał wątpliwości, jaki może być wynik takiego badania. Szybki powrót do kraju, natychmiastowy areszt i niekończące się przesłuchania, po których jego los będzie tak czarny, jak dupa diabła. - Najwyżej - pomyślał już zrezygnowany - dostanę kulkę w tył głowy w jakiejś brudnej piwnicy i skończy się to wreszcie raz na zawsze.
Leżąc na łóżku sięgnął po następną szklankę i w błysku słońca na szkle zobaczył swoją twarz. Rozczochrane włosy, od tygodnia nie ogolony, ciężkie, nabrzmiałe powieki i dziki wzrok. Zatrzymał rękę, jakby delektując się swoim widokiem. - Dzieci można by mną straszyć - pomyślał. - Bo sturmbannführera Heinricha Reschke na pewno nie - Rogozin, jak i cała reszta sowieckich służb specjalnych do chwili obecnej nie miał pojęcia o ostatnim, kwietniowym awansie Henryka. - Zrezygnowany pokręcił głową i spojrzał na leżącą obok gazetę. Było to sobotnie wydanie z 16 lutego tego roku. Nie musiał jej otwierać. Już prawie na pamięć znał artykuł o próbie kradzieży w hotelu „Miramar” i śmierci dwóch złodziei. - Złodziei? - nagle zaświtała mu myśl. - Cholera jasna! Jeżeli Dawidowa nadal nie zidentyfikowano jako Rosjanina, to jest szansa! Bo przecież Uszakow ustalił, że ten Reschke poprzednio też był w hotelu „Miramar”. Również w połowie miesiąca i nawet w tym samym pokoju. Więc może też będzie 15 marca? I gdyby tak pozostać tu jeszcze trzy tygodnie, była by następna szansa…
Tknięty tą myślą Rogozin odstawił szklankę. Nie… Nie może doprowadzić się do stanu, gdzie będzie się czuł i wyglądał jak jakiś kapeć. Trzeba przestać pić i wziąć się za siebie. Pomyśleć. Zacząć działać. Może wtedy ocali głowę. I to jest jego ostatnia nadzieja!
Komentarze
Prześlij komentarz