23.02.1946, świt - Argentyna, okolice jeziora Nahuel Huapi.
Samolot, który nadleciał znad terytorium Chile, nie był uzbrojony. A właściwie był, ale w nic śmiercionośnego. Jego bronią były dwa, najnowszej generacji aparaty fotograficzne, z wysokości siedmiu kilometrów i przy dobrej pogodzie zdolne zarejestrować nawet budę dla psa.
Nie był to jednak samolot chilijski. Sto trzydzieści mil od brzegu i niespełna godzinę przed końcem nocy, wystartował z amerykańskiego lotniskowca eskortowego, jeszcze półtora tygodnia temu stojącego sobie spokojnie w Pearl Harbour, na Hawajach. Poderwany alarmowo tajemniczym rozkazem przekazanym w zalakowanej, przeznaczonej tylko dla oczu kapitana kopercie, okręt popłynął z maksymalną prędkością, aż wreszcie znalazł się w miejscu i czasie, gdzie wyrzucił w powietrze jednego ze swych latających zwiadowców.
Ze specjalnie wydłużonymi skrzydłami, pomalowana na kolor jasnego błękitu maszyna, już na wysokości pięciu kilometrów stawała się z ziemi całkowicie niewidoczna. Jej silnika, z fabrycznie zmodernizowanym oraz wyciszonym tłumikiem też nie było słychać i zawieszona w przestrzeni, godzinami mogła pozostawać przez nikogo nie zauważona. Nie było to zresztą trudne, bowiem nie latano tu tak wysoko, a ani w Chile, ani tym bardziej w Argentynie, radarów żadnych jeszcze nie było.
W tej sytuacji zadanie było stosunkowo proste. Wraz ze świtem, doświadczony pilot bez trudu odnalazł olbrzymie jezioro i lecąc z niewielką prędkością oraz równo nad jego brzegami, uruchomił swoje wyposażenie. Napędzany sprężyną automat sam pilnował, aby co trzydzieści sekund raz jeden, raz drugi aparat wykonywał dokładne zdjęcia przesuwającej się w dole powierzchni. A gdy wreszcie w północnej części jeziora, tuż przy brzegu ukazały się dwie wysepki i jakieś zabudowania na stałym lądzie, samolot wykonał aż trzy kółka, dokumentując to wszystko swoimi obiektywami, z prędkością wykonywania fotek zwiększoną przez pilota aż trzy razy.
24.02.1946, wieczór - Niemcy, Hannover, tymczasowy punkt dowodzenia generała Browna.
Gwałtowne pukanie do drzwi, które przerwało mu kolację, było właśnie tym, na które czekał.
- Są już, panie generale. Są!
- Szczegóły?
- Jak pan wie, do sztolni dokopali się dzisiaj w południe, ale nie odjechali. Wystawili przed wejściem trzech wartowników, zmienianych co dwie godziny.
- To wiem. Dalej…
- Przed chwilą dostaliśmy sygnał z posterunków obserwacyjnych. Przyjechały sanie, ciągnięte przez dwa konie. W saniach woźnica i czterech facetów. Weszli do środka, a woźnica odjechał.
- To saniami ich przywieźli?
- Tak. Tam w górach jest jeszcze ze trzydzieści do czterdziestu centymetrów śniegu. Żaden samochód się nie przebije. Tylko koń lub traktor.
- Dobrze. Na 24.00 zarządzam alarm dla kompanii szturmowej. Odprawa dla dowódcy oraz dowódców plutonów i drużyn o godzinie 00.30. Wyjazd o godzinie 01.30. A rano będziemy atakować.
25.02.1946, świt - Niemcy, Góry Hartzu.
- Gotowi? - ubrany w biały, maskujący kombinezon McFarland podczołgał się na stanowisko.
- Tak jest. Ale nie będziemy sztywno trzymać się zegarka, bo na tym mrozie kręcą się jak gówno w przeręblu.
- To znaczy?
- Łażą i co jakiś czas któryś znika za pniem drzewa. Ustaliliśmy więc znak. Kiedy kciuki wszystkich trzech będą w górze, znaczyć to będzie, że co najmniej przez pięć sekund znajdą się w świetle skutecznego strzału. Wtedy ich sprzątniemy. Na raz.
- I na pewno wewnątrz nikt nie usłyszy?
- Tak, jak mówiłem na odprawie - dowódca drużyny snajperów spojrzał zniesmaczony. - Używamy naboi wystrzeliwujących pociski z prędkością poddźwiękową. A przy tłumikach, które posiadamy, wystrzał brzmi nie głośniej niż klaśnięcie. Z tych niespełna stu pięćdziesięciu metrów nikt niczego nie usłyszy. Ale teraz cisza.
McFarland nie pytał już o nic. Zafascynowany patrzył, jak jeden ze strzelców podniósł kciuk, a zaraz potem drugi. Spojrzał jeszcze na trzeciego, ale ten akurat pokręcił głową. Dlaczego? Następne spojrzenie wyjaśniło sytuację. Pierwszy snajper opuścił kciuk. Widać cel znów zaczął łazić i przesłonił go pień jakiegoś drzewa. - O ileż łatwiej byłoby na otwartym polu - pomyślał McFarland. - Nic by ich nie zasłaniało i mogliby strzelać na raz, dwa, trzy… A tak, trzeba czekać, aż wszyscy będą na widoku. Dobrze chociaż, że wbrew wcześniejszym obawom wszystko dobrze widać. Niby jeszcze noc, ale poblask gwiazd i jaśniejące od wschodu niebo zrobiły swoje. To powinno ułatwić robotę. Tylko jak długo trzeba będzie czekać? Nie mogą cholera choć na chwilę stanąć w miejscu? Spojrzał jeszcze raz na zegarek i w tym momencie zaskoczył go pierwszy strzał. Rzeczywiście zabrzmiał jak klaśnięcie, a w następnej sekundzie rozległy się jeszcze dwa.
Gerd Brenner zawsze wiedział swoje, zwłaszcza w kwestiach bezpieczeństwa. Był przecież naocznym świadkiem jak to w roku 1943, postępując niestety zgodnie z regulaminem, zginął na warcie jego najlepszy kolega Kurt. Pilnowali wtedy składów paliwa pod Kijowem, gdy zaatakował ich oddział sowieckich partyzantów. Partyzantów? Raczej bandytów, bo przecież nie bez powodu ci, którzy uczestniczyli w operacjach przeciwko takim grupom, otrzymywali później „Bandenkampfabzeichen”. Tak… Odznakę za walkę z bandami, a nie z żadnymi partyzantami! A co do regulaminu, przewidywał on, aby podczas pełnienia służby wartowniczej mieć broń na ramieniu, zabezpieczoną i bez naboju w komorze. Do dupy z takim regulaminem, gdy nagle przed tobą wyrośnie wróg z bagnetem w dłoni. A wtedy akurat tak właśnie było i ani Kurt, ani on nie zdążyli właściwie zareagować. Owszem, zdążyli zerwać peemy z ramienia, ale odbezpieczyć, przeładować i wystrzelić zdążył już tylko on. Bo Kurt, chwilę wcześniej rozpaczliwie szarpiący się z bezpiecznikiem, już nie. Zginął więc, przebity na wylot długim bagnetem i nic nie pomogło, że jego zabójca sekundę później też padł, rozszarpany oddaną z bliskiej odległości długą serią. Od tej pory i w takiej sytuacji jak ta, zawsze nosił broń w ręku, przeładowaną i odbezpieczoną, z palcem opartym o kabłąk spustu. Nie był to jego oryginalny pomysł, bo już wcześniej wpadli na to inni, choć powodowało to różnego rodzaju wypadki w postaci oddania przypadkowych strzałów, czasem nawet prowadzących do śmierci któregoś z kolegów. Wystarczyło tylko się potknąć… - Ale i tak się to opłacało - pomyślał Brenner. Co najmniej jeszcze dwukrotnie taka praktyka ocaliła mu życie i nie zamierzał z niej rezygnować. Co prawda, w tym cichym, oddalonym od siedzib ludzkich ciemnym lesie raczej mu nic nie zagrażało, ale…
Pogrążony w takich rozmyślaniach, z tym większym zaskoczeniem przyjął widok będącego kilkanaście metrów dalej, nagle i niespodziewanie upadającego sąsiedniego wartownika. Nim zdążył rzucić się w śnieg, poczuł potężne uderzenie w klatkę piersiową, po którym zabrakło mu tchu, a oczy zmętniały. Już padając, instynktownie i kurczowo zacisnął palec na spuście, opróżniając ze swej zawartości cały magazynek trzymanego w ręku MP - 40.
- Kurwa mać! - McFarland mało nie dostał apopleksji. - Nie mogliście szybciej strzelać?
- Spokojnie, panie kapitanie - dowódca snajperów zachowywał zimną krew. - Moi ludzie strzelali prawidłowo. To któryś z tamtych musiał mieć przeładowaną i odbezpieczoną broń. A gdy już go trafiliśmy, pewno przypadkowo nacisnął spust.
Nie było jednak co rozpatrywać tej kwestii. Z jednej strony, z różnych miejsc podrywały się odziane w białe kombinezony sylwetki żołnierzy kompanii szturmowej, z drugiej zaś, w ciemnym otworze sztolni ukazało się kilka na wpół ubranych postaci z bronią w ręku, które rozpoczęły dziką strzelaninę w kierunku otaczającego ich lasu. Padły wprawdzie chwilę później trafione następnymi celnymi strzałami, ale mleko już się rozlało. Wszystkich żywcem wziąć się nie da, ale może chociaż tych fizyków i ich komponenty, z których mieli złożyć atomową śmierć…
Okutany w gruby kożuch woźnica zwolnił już minutę temu. Rozejrzał się bacznie kilka razy, po czym wstrzymał konia.
- Czemu się zatrzymujemy? - zdziwiony Moder również się rozejrzał.
- Ślady! Tu oprócz mnie, nikt nie powinien ich zostawić. Te od traktorów i przyczep śnieg zasypał już dwa dni temu. A te, tam z boku jakieś dziesięć metrów od nas - wskazał batem ledwo widoczne wgłębienia wijące się na skraju zagajnika - są świeże. Jakby szło kilku ludzi, stawiając nogi w ślad prowadzącego.
- Może drwale?
- Tu nikt nie robi wyrębów w zimie. Zbyt ciężki teren.
- Więc? - wzorem woźnicy Moder zeskoczył z sań i podążając za nim, również przyjrzał się uważniej.
- Odciski pasują do podeszwy amerykańskich, wojskowych butów.
- To pewne?
- Jak najbardziej. U nas w miasteczku jest taka jedna, która na początku, zaraz po wojnie prowadzała się z amerykańskim żołnierzem. Murzynem, tfu! - woźnica aż splunął w śnieg. - I ten murzyn dał kiedyś takie buty jej bratu. Zostawiają taki sam ślad - pochylił się jeszcze raz, oświetlając podejrzany teren przytłumioną latarką. - To co robimy?
- Myślę, że dla bezpieczeństwa będzie lepiej, jak…
Nie dokończył. Bo nagle, z kierunku do którego zmierzali, las przyniósł odgłos wystrzelonej jednym ciągiem długiej serii z pistoletu maszynowego. Na chwilę zapadła cisza, lecz zaraz potem wybuchła tam dzika, bezładna strzelanina.
- Wracamy! - Moder podjął błyskawiczną decyzję. - Tam już nie mamy czego szukać. Ukryjesz sanie i konia. Na dzisiejszy ranek zapewnisz też sobie mocne alibi. A potem uruchomisz naszych ludzi, którzy mieszkają przy drogach dojazdowych. Niech wszystko dokładnie obserwują. Może do wieczora zdołamy się zorientować, co właściwie się tam stało.
25.02.1946, wieczór - Niemcy, Hannover, tymczasowy punkt dowodzenia generała Browna.
- Mamy więc komplet?
- Tak jest, panie generale - McFarland wyglądał na wielce dumnego z siebie. - Wszystkie części bomb i pojemniki ze wzbogaconym uranem wpadły w nasze ręce nieuszkodzone. Z czterech obecnych w sztolni fizyków, żyje trzech. Plus pięciu ludzi z ochrony sztolni, z tym, że dwaj są ranni. Jeden fizyk i sześciu ludzi z ochrony zabitych.
- Umiem liczyć. A co z tym woźnicą? Coś już ustalono?
- Niestety. Uruchomiliśmy wszelkie dostępne źródła informacji, wykonaliśmy przeszukania u kilkunastu podejrzanych osób, ale jak na razie rezultatów brak. Zima śnieżna i wiele osób jeździ teraz saniami.
- To wiem. A co z właścicielem tego, niby niesprawnego tartaku?
- Też w naszych rękach. Zdjęliśmy go wraz z odgłosem pierwszych strzałów.
- Mówi coś?
- Trochę tak. Ale z całokształtu wynika, że to pionek i w zasadniczej sprawie guzik wie.
- No, dobrze. Rozumiem, że wszyscy zatrzymani są od siebie izolowani? Nie mają kontaktu z sobą?
- Tak jak pan zarządził, panie generale!
- No! To teraz reszta. Odnośnie części składowych bomb i uranu, zapewnić całodobową, potrójną ochronę. Nikt oprócz mnie i to osobiście, a nie na przykład na piśmie, nie ma prawa jej zmniejszyć ani odwołać. Tak samo ze schwytanymi Niemcami. Dla bezpieczeństwa i zachowania tajemnicy, ich przesłuchania będzie prowadził tylko pan i porucznik Watkins.
- Jak długo ma to potrwać ?
- W ciągu dwóch, trzech dni przyleci tu z kraju kilku fizyków, którzy brali udział w konstruowaniu naszych bomb. Zobaczą, ocenią, porozmawiają z tymi niemieckimi fizykami. A później przetransportujemy to wszystko do Stanów.
- A jak ci Niemcy nie będą chcieli gadać?
- Myślę, że będą. Dostaną do wyboru. Albo sto procent szczerości, albo zostaną potraktowani jak najgorsi bandyci czy też zamachowcy - terroryści. Za takie coś czekać ich może jedynie krzesło elektryczne. Nasze sądy, a i ławy przysięgłych w takich sprawach litości nie znają, więc szkopy szybko się zorientują, czym grozi to drugie. A później…
- Tak?
- Znów polecimy do Argentyny - Brown aż się uśmiechnął, widząc zdziwioną twarz McFarlanda. - Bo tam też wiele jeszcze mamy do zrobienia.
Komentarze
Prześlij komentarz