- O Ewie Hitler oraz jej dziecku. Bo gdybyśmy chcieli dopaść sobowtóra, ryzykujemy, że będzie tam również ona. I co wtedy?
W ogólnym zamieszaniu i strzelaninie może zdarzyć się wszystko. Może być też tak, że całkiem przypadkowo zginie jako niczemu niewinna karmiąca matka i to wraz ze swoim kilkumiesięcznym dzieckiem. Gdyby to wszystko wyszło na jaw, zrobiono by z nas potwory gorsze niż stawiani właśnie przed sądami zbrodniarze z Dachau, Buchenwaldu czy Sachsenhausen, bo przecież nikt chyba nie ma złudzeń, że dało by się coś takiego i na zawsze utrzymać w tajemnicy. Ktoś, kiedyś oraz przy jakiejś okazji puścił by farbę i raz dwa jakiś pismak żądny sławy czy pieniędzy, wcześniej czy później rozdmuchał by to na cały świat. Jakich argumentów musieli by wtedy użyć nasi oskarżyciele, aby tam, w Norymberdze, skazać choćby jednego hitlerowca?- No dobrze. Ale co dalej? Wypuścić, ot, tak sobie? Uwięzić wraz z dzieckiem?
- Żadne z tych rozwiązań również nie wchodzi w grę. Komunistyczna propaganda zrobiła by z nas albo wspólników najgorszych zbrodniarzy, albo morderców niewiniątek.
- Więc sobowtóra skreślamy?
- Na razie jak najbardziej. Za to celami priorytetowymi pozostaje Bormann i złoto. A raczej złoto i Bormann.
Uśmiechnęli się na tę myśl, aprobująco pokiwali głowami, gdy nagle Orawa zmarszczył czoło i psując radosną atmosferę rzucił cicho kilka słów.
- Spokojnie panowie. Są jeszcze dwa cele, kto wie, czy nie ważniejsze.
- Jakie? - Brown był wyraźnie zdziwiony.
- Bomby w Górach Hartzu i ten rusek tutaj.
Zmroziło ich. Rzeczywiście. Przez chwilę dali się ponieść entuzjazmowi, a tu znów kubeł zimnej wody.
- Pan to umie przywołać ludzi do porządku - w głosie Browna wyczuwało się podziw.
- Nie chodzi tu o takie czy inne umiejętności. Bomby w Górach Hartzu trzeba przejąć za wszelką cenę. Albo pogrzebać je tak, jak pan Henryk te trzy pod górą Mulenberg.
- Zgoda. To trzeci priorytet, niezależny od dwóch pozostałych. Martwi mnie tylko jedna rzecz.
- Mianowicie?
- Część tamtejszych terenów na mocy osobnych umów dodatkowo przekazaliśmy ruskim. Kto wie, po czyjej stronie znajduje się teraz ta sztolnia.
- Trzeba to będzie ustalić. Im szybciej, tym lepiej. Trafić powinniśmy, bo pan Henryk dał nam dość dokładny opis. Jeżeli więc powiążemy znany nam już numer kwartału lasu na wskaźniku, pobliski tartak i odchodzący od niego zakopany kabel elektryczny, nie powinno być większych trudności.
- No, a rusek?
Nie było natychmiastowej odpowiedzi. Dopiero po chwili Orawa wyciągnął kciuk do góry i rzymskim gestem gwałtownie skierował go ku ziemi.
- Do piachu!
- Naprawdę pan tak myśli? - Henryk z niejakim zdziwieniem przyjął zdecydowaną reakcję Orawy.
- A mamy inne wyjście? Kto wie, czy ten facet natychmiast nie powiadomił Moskwy. Ja w każdym razie bym tak zrobił. Jaką mamy pewność, że tu, na miejscu, nie działa już jakaś grupa planująca twoje porwanie ?
- Tak… To byłby piękny duet - Brown pokiwał głową. - Manfred von Ardenne i Heinrich - przepraszam - Henryk Reszka. Sowieci mieli by tę bombę już za dwa lata.
- I dlatego proponuję zmianę priorytetu. Złoto i Bormann mogą nieco zaczekać. Bo tu, nawet i za trzy lata, z tego co już wiemy pan Henryk niczego nie zbuduje. Większe niebezpieczeństwo natomiast widzę ze strony tego, jak mu tam…
- Klimowa. Chociaż nie wiemy, czy to jest jego prawdziwe nazwisko. W każdym razie tu występuje jako Maksym Klimow.
- Właśnie. To jest nasz pierwszy cel i trzeba go sprzątnąć jak najszybciej.
- Ja bym go wpierw przesłuchał - Brown był bardziej pragmatyczny.
- Zgoda - Orawa nawet nie zauważył, że to nie on jest tu przełożonym i nie do niego należą ostateczne decyzje. - Porwać, przesłuchać, zlikwidować. A jednocześnie załatwić sprawę gór Hartzu. I dopiero wtedy, gdy z tej strony zapewnimy sobie pełne bezpieczeństwo, możemy pomyśleć o reszcie. A na koniec to kto wie, czy nawet nie o tych trzech bombach pod górą Mulenberg! W Polsce!
Do hotelu wrócił pięć minut przed 21.00 i po krótkim sprawdzeniu odzyskał wewnętrzny spokój. Waltza i Rosenberga jeszcze nie było. Co prawda nie spodziewał się, aby wrócili wcześniej, ale życie niesie nieraz różne niespodzianki i na okoliczność swojej nieobecności miał już nawet przygotowaną odpowiednią legendę. Okazała się jednak niepotrzebna i wreszcie Henryk odetchnął pełną piersią. Można kontynuować rolę fanatycznego nazisty, nadziei IV Rzeszy i zaufanego, tego tak zbrodniczego towarzystwa.
- Gotowi?
- Tak jest, towarzyszu pułkowniku.
- Dawidow, gdzie cienka linka?
- W bagażniku.
- Chloroform?
- Mam przy sobie - Dawidow uchylił kieszeń marynarki i pokazał szyjkę niewielkiej, szklanej butelki. - Okazało się, że coś takiego sprzedaje tu praktycznie co druga apteka. Zresztą nie ma się co dziwić, gdyż półprocentowy jego roztwór powszechnie stosowany jest jako popularny środek przeciwwymiotny. Kupiłem oczywiście anonimowo. A tampon z waty w drugiej kieszeni.
- Dobrze. Dokumenty?
- Zgodnie z poleceniem, towarzyszu pułkowniku. Zostawiłem w swoim pokoju.
- A wy, Uszakow?
- Pozostawiłem w swoim mieszkaniu.
- No! To chyba wszystko. A gdyby nam przyszło użyć broni, to pamiętajcie, że po akcji będziemy musieli się jej pozbyć. Nikt i nigdy nie może nas powiązać z tym porwaniem. Jasne?
- Tak jest, towarzyszu pułkowniku. Słusznie i naukowo - Rogozin nie wiedział, czy w tym momencie Uszakow kpi, czy też mówi to co myśli, ale na razie nie miał czasu zaprzątać tym sobie głowy.
- Dobrze. To do samochodu.
Niespełna pół godziny później siedzący za kierownicą Uszakow zwolnił i skręcił w boczną uliczkę, parkując pod stojącym obok jezdni okazałym platanem.
- To tutaj?
- Tak. Zajechaliśmy od razu z tyłu hotelu. Stąd nas nie widać, a i przechodniów o tej porze trudno się spodziewać.
- A kto by się tu chciał szwendać o północy? - Rogozin sceptycznie rozejrzał się dookoła.
- Teoretycznie nikt. Ale zawsze się może trafić jakiś pijaczek lub zakochana parka. Niby mamy późne lato, ale noce jeszcze ciepłe, wiec nigdy nic nie wiadomo.
- Dość! Ty zostajesz w samochodzie. Ja z Dawidowem idziemy na rozpoznanie. Które to okna?
- Tak, jak mówiłem. Pierwsze piętro, trzeci balkon licząc od lewej. W pokoju z czwartym, śpi jego obstawa.
Nie musieli nawet przechodzić przez murek. Delikatnie rozsunęli gałęzie tui i wszystko było jasne. W obydwu interesujących ich pokojach było ciemno.
- No, Dawidow! Wytęż wzrok. Drzwi na balkon są zamknięte czy uchylone?
- Stąd trudno zobaczyć. Za daleko. Musiałbym…
- To na co czekasz? Śmigaj przez mur!
- Tylko śmigaj, tylko biegiem… Niech to cholera weźmie - podchodząc pod ścianę hotelu Dawidow prawie się modlił, aby drzwi były zamknięte. Najwidoczniej nikt jednak jego modłów wysłuchać nie chciał, bo wyraźnie było widać, że w obu pokojach drzwi balkonowe są uchylone. Nic dziwnego. Taka ciepła noc… Więc nie da się oszukać Rogozina.
- Uchylone, towarzyszu pułkowniku - zameldował minutę później. - A wszędzie cisza i spokój.
- Zostań tam. Ja idę po Uszakowa i sprzęt.
Trzy skradające się postacie niełatwo było by zauważyć. W ciemnych ubraniach, w butach na gumowych podeszwach, prawie bezszelestnie zbliżyli się do ściany i zamarli w bezruchu.
- Na pewno tutaj?
- Na sto procent, towarzyszu pułkowniku - Uszakow nie miał cienia wątpliwości. - Ręczę własną głową.
- To do roboty. Dawidow, naprzód!
- A lina?
- Co lina?
- No, cienka lina, która mam zabrać na balkon.
- To jeszcze jej nie wzięliście?
- Towarzysz major jeszcze mi jej nie dał.
- Ach, wy…
- Już jest. Trzymaj - Uszakow wyciągnął przed siebie cienki zwój i wcisnął w ręce Dawidowa. - Przerzuć sobie przez plecy.
- Wiem - Dawidow sprawnie wsunął głowę w zwój i rozejrzał się raz jeszcze.
- Właź - usłyszał szept Rogozina i już nie miał wyjścia. Złapał rękami za piorunochron, szarpnął z lekka i popatrzył na najbliższy, wmurowany metr nad głową hak. Trzymał się mocno i ani drgnął, więc drogi odwrotu już nie było. Splunął więc w dłonie i zaczął się wspinać.
Pierwsze pięć metrów poszło gładko. Minął dwa metra podmurówki, trzy metry wysokiego parteru i choć drut był dość cienki, nie czuł zmęczenia. Bo cóż to za problem, gdy się ma dwadzieścia siedem lat i wagę raptem siedemdziesięciu paru kilogramów, a wejście wspierają znajdujące oparcie na gzymsach stopy? Pokonał właśnie jeden z nich i już wyciągał dłoń do balustrady, gdy nagle nad głową coś mu chrupnęło. Spojrzał w górę i zamarł. Będący pół metra poza zasięgiem jego ręki hak, wysuwał się właśnie z muru wraz ze sporym kawałem tynku. Jeszcze przez moment Dawidow miał cichą nadzieję, że złapie chociaż za wystające z balkonu uchwyty do donic, ale nagły wyrzut całego ciała tylko pogorszył sytuację. Z chrzęstem wypadł drugi hak i wspinający się tracąc oparcie nóg, odleciał nagle o dobre półtora metra od ściany. Impetu tego nie wytrzymały jego zaciśnięte na cienkim drucie piorunochronu dłonie i pół sekundy później, z cichym jękiem przerażenia Dawidow runął w dół.
Zamożny hodowca rasowego bydła Jose Ruiz Armando Ortega lubił te pogodne, letnie noce. Zarówno w swojej wielkiej patagońskiej posiadłości, jak i tutaj, w Buenos Aires, gdzie często przyjeżdżał w interesach… To wtedy najbardziej smakował mu seks, ciepły, wilgotny i niespieszny. A potem wonne, hawańskie cygaro, palone na zewnątrz, aby chmurą tak przez niego ulubionego dymu nie drażnić małżonki. No bo niby po co prowokować konflikty, gdy we wszystkich innych kwestiach tak dobrze się ze sobą zgadzali? Poleżał więc trochę uspokajając oddech po szczytowaniu, pocałował żonę w policzek i po cichu zsunął się z łóżka. Narzucił na siebie cienki szlafrok, sięgnął po cygaro, zapałki i boso powoli wyszedł na balkon. Spojrzał jeszcze w gwiaździste niebo rozkoszując się lekkim powiewem ciepłego wiatru, popatrzył po nielicznych już światłach śpiącego miasta, gdy nagle coś dziwnie chrupnęło. Gdzie? Jakby piętro niżej. Oparł się więc o balustradę, mocno wychylił i spojrzał w dół. Akurat w momencie, aby zobaczyć, jak wspinający się po piorunochronie ciemny ludzki kształt odlatuje od ściany i chwilę później leci w dół. I choć z zasady Ortega nie lubił się mieszać do tego, co nie dotyczyło go bezpośrednio, jakby instynktownie, w sekundę później rozdarł się na całe gardło. - Złodziej!!! Łapać złodzieja!
Lecący w dół Dawidow nie zdołał już złączyć i podkurczyć nóg. Wtedy może miałby szansę. A tak… Poleciał na wyprostowaną nogę i w tym samym momencie, wraz z potwornym uczuciem bólu, usłyszał głośny trzask. A właściwie dwa trzaski, bo oprócz złamania nogi, upadając na bok, potłukł znajdującą się w kieszeni marynarki butelkę z chloroformem.
Zareagowali w tym samym momencie. Jakby umówieni, wszyscy trzej wypadli na swoje balkony z pistoletami w dłoniach i od razu pojęli co się stało. Wyrwany ze ściany piorunochron, kołyszące się haki, trzy ciemne sylwetki na dole i krzyczący piętro wyżej człowiek.
- Stój! - zdążył jeszcze krzyknąć Henryk, widząc kierującą się w dół lufę pistoletu w ręku Waltza. - Za nimi! Żywcem brać!
Zniknęli z balkonu jak zdmuchnięci. Strzelać? Nie, to zbyt wielkie ryzyko. Nie dałoby się tego ukryć. A potem policja, tłumaczenie się i diabli wiedzą co jeszcze. A kto, a co, a po co, a skąd broń, a czy jest pozwolenie, a czy użyta została zgodnie z przepisami… Nie tedy droga. Widząc jednak podbiegające do leżącego na dole dwie sylwetki, Henryk wybrał inny sposób. Wyrwał z uchwytu zdobiącą balkon wielką, ciężką donicę z jakimś iglakiem w środku i z całej siły cisnął nią w dół, prosto w ciemne kształty.
Fala wściekłości i rozpaczy, która zalała Rogozina, nie trwała długo. Już po sekundzie wiedział co robić. Jeżeli tylko się da, brać Dawidowa i wraz z Uszakowem ciągnąć go do auta. A jeżeli nie… Przecież nikogo żywego zostawić nie można. Podbiegł więc do Dawidowa i złapał go za ramię.
- Noga - usłyszał szept.
Spojrzał w dół i mimo wieloletniego doświadczenia przeszedł go dreszcz zgrozy. Przez rozerwany materiał spodni wystawała kość, w bladym blasku księżyca świecąc krwawą bielą. I gdyby tylko to… Bo wciągnąwszy mocniej powietrze, nagle poczuł ciężki, słodkawy zapach chloroformu. Więc nie da się. Bo nawet gdyby go wyciągnęli, usnęli by w aucie lub jechali jak pijani, a to prawie pewna śmierć. Lepiej więc niech jeden, a nie trzech. Wyszarpnął z kieszeni pistolet, przeładował. Gdyby nie ten histeryk drący się na całe gardło dwa piętra wyżej, użył by cichego sposobu. Noża. Ale w tej sytuacji… Wyciągnął rękę i zanim zdołał nacisnąć spust, jego oczy zarejestrowały ciemny, owalny kształt, uderzający od góry prosto w głowę stojącego obok Uszakowa. Instynktownie szarpnął się w bok, dopadł do upadającego i po chwili już wiedział. Zmiażdżona, rozłupana na pół czaszka nie pozostawiała żadnych wątpliwości ani możliwości wyboru. Jeszcze raz wycelował więc w głowę Dawidowa i ze słowami „wybacz towarzyszu” nacisnął spust, po czym odwrócił się i prawie jak sprinter pobiegł w kierunku ogrodzenia.
Komentarze
Prześlij komentarz