16.03.1946, godzina 01.07 - Argentyna, Buenos Aires, lokal konspiracyjny Wywiadu Armii USA.
- I jak? - Brown ze stresu palił już trzecie cygaro. - Dojdzie jakoś do siebie?
- Według mnie, ma klasyczny wstrząs mózgu - wchodzący w skład ekipy sanitariusz pierwszy raz miał tu okazję wykazać się przydatnością. - Trochę potrwa, nim stanie na nogi.
- Będzie mógł rozmawiać?
- W pewnym sensie tak. Ale niezbyt długo. Teraz powinien leżeć i to co najmniej dwa do trzech dni. Ten ruski skurwiel naprawdę nieźle go zaprawił. Dziwne, że nie rozłupał mu czaszki.
- Więc można uznać, że ma tylko guza?
- No, nie całkiem. Skóra na głowie przecięta jest na pełne dwa cale. Będę musiał to szyć.
- Nic z tego - leżący dotąd nieruchomo Henryk, ku zdumieniu obecnych otworzył nagle oczy i powoli usiadł na łóżku. – Słyszałem… - popatrzył jeszcze groźnym wzrokiem na sanitariusza. - Jak wytłumaczę te szwy?
- Nie rozumiem… - sanitariusz szeroko otworzył usta, patrząc to na generała, to na pacjenta.
- To proste. Przecież do cholery, muszę jeszcze wrócić do tego hotelu. Jak je wytłumaczę?
- To znaczy, że wszystko słyszałeś? - Brown z radosnym zdziwieniem popatrzył na Henryka. - I zrozumiałeś?
- Tak. Zbierałem tylko siły, by wam powiedzieć co o tym myślę.
- I…?
- Muszę wrócić do hotelu. Najlepiej przed szóstą. Która jest teraz?
- Pierwsza dziewięć.
- To mamy prawie pięć godzin. Pana doktora poproszę o coś na wzmocnienie. Ranę należy tylko opatrzyć. Ale prowizorycznie, bo ten opatrunek muszę jeszcze zerwać.
- Jak to?
- Normalnie. Kiedy wrócę do hotelu, rozbiorę się i wejdę pod prysznic. Później wyjdę, zerwę opatrunek, ubrudzę się krwią, walnę taboretem w sedes i położę się obok. Moja ochrona wpadnie tam około dziesięciu sekund później. Mają przecież klucz do mego pokoju. Zastaną mnie leżącego na podłodze miedzy kiblem a prysznicem i usłyszą, że poślizgnąłem się na mokrej podłodze. Później pójdzie już z górki. Lekarz, szycie, kilka dni leżenia. Nikt nie powinien nic podejrzewać.
- Jest pan genialny! - Orawa , który chwilę wcześniej wszedł do pokoju, aż pokiwał głową. - To co? Rozumiem, że możemy już porozmawiać?
- Tak. Trochę zbiera mi się na wymioty, ale potrafię logicznie myśleć. Opowiem więc, co właściwie się wydarzyło, a potem zadawajcie pytania.
Przerywana miejscami dla zebrania sił relacja i późniejsze pytania, trwały prawie godzinę.
- No, to chyba będzie tyle. Więcej grzechów nie pamiętam.
- Jakich znowu grzechów? - Brown nie zrozumiał.
- To taki żart - wyjaśnił Orawa. - W kościele katolickim tymi słowami zaczyna się końcówkę spowiedzi. A potem wyraża żal, prosi księdza o rozgrzeszenie i pokutę.
- A, o to chodzi… No, niezłe - Brown mimo woli szeroko się uśmiechnął. - Znaczy to, że nasz pacjent wraca do zdrowia.
- Może nie tak szybko, ale jest poprawa - Henryk po raz kolejny dotknął głowy i aż syknął. - Musicie też dać mi jakiś kapelusz. Nie mogę przecież wejść do hotelu z bandażem na głowie.
- Dostaniesz. Dam ci nawet swój własny - Brown nie posiadał się z radości. - Otrzymasz jeszcze coś na wzmocnienie, a przed szóstą podrzucimy cię pod hotel. Dasz radę wejść sam?
- Myślę, że tak. A przy okazji, bo dotąd o tym nie było mowy. Co z tym ruskim?
- Tak, jak mówiliśmy. Po pierwsze złamana noga. Po drugie, potężny obrzęk klatki piersiowej. Koło kierownicy praktycznie odbiło mu się na ciele. Ma tam teraz jedną wielką krwawą wybroczynę.
- Więc wyjdzie z tego?
- Nie.
- Zostanie przesłuchany, a potem go zabijecie?
- Też nie. Nie zabijemy. Sam umrze.
- Nie rozumiem…
- To proste. Po tym wszystkim co go spotkało, zarówno w nodze, jak i w klatce piersiowej powstaną zakrzepy krwi. Za dwa czy trzy dni częściowo zaczną się odrywać i układ krwionośny poniesie je do głowy. A jak już tam dotrą, dostanie udaru mózgu. I po wszystkim.
- Można by temu zaradzić?
- Owszem. Są środki na rozrzedzenie krwi i poszerzenie naczyń krwionośnych. Działa tak nawet zwykła aspiryna, ale on jej od nas nie dostanie.
- Więc tak go zabijecie…
- Nie. My go nie zabijemy. My po prostu mu nie pomożemy i pozwolimy umrzeć. Mógł zresztą nie pchać nosa tam, gdzie nie potrzeba.
- Ale chyba nie robił tego z własnej inicjatywy. Musiał dostać taki rozkaz.
- Otóż niekoniecznie. Wstępnie już przeanalizowaliśmy taką możliwość - Brown wskazał na Orawę. - Nie mamy wątpliwości, że został tu przysłany specjalnie po to, aby cię porwać. Tylko przypadek sprawił, że miesiąc temu się nie udało. Zawalił sprawę i jeszcze stracił dwóch ludzi, a Moskwa takich wpadek nie wybacza. Został więc pewno odsunięty i czekał na ewakuację.
- No dobrze. A w takim razie ta dzisiejsza akcja?
- Z tym jest pewien kłopot. Prawdopodobnie jest to jego samowolne i z nikim nie uzgodnione działanie. Sam, po cichu i po nocy wymknął się z przedstawicielstwa, jakimś cudem cię namierzył, samotnie wszedł do hotelu, twojego pokoju i równie samotnie wyprowadził cię do auta. Gdyby to była skoordynowana i wcześniej zaplanowana akcja, musiałby mieć jakieś wsparcie, a auto po ciebie z jakimiś jego pomocnikami, podjechało by już kilkanaście kroków po waszym wyjściu z hotelu.
- Po co by tak ryzykował?
- Na razie nie wiemy. Może z ambicji, może z chęci pokazania przełożonym, że to akurat on miał jakąś tam rację, a może to też osobisty uraz w stosunku do ciebie? Zrobiłeś z niego idiotę w Waldenburgu, wykopałeś go z tramwaju w Poczdamie… Ambitny oficer takich rzeczy nie zapomina. I nie wybacza!
- To mocno będziecie go dociskać?
- Czy mocno? Raczej nie. W Niemczech przejęliśmy sporo nazistowskich wynalazków, w tym również takie, o których wcześniej nie mieliśmy nawet pojęcia. Są wśród nich specyfiki, które osłabiają wolę, powodując niepohamowaną potrzebę mówienia. Jeden czy dwa zastrzyki i dowiemy się wszystkiego co trzeba.
- A potem?
- Tak jak mówiłem. Umrze w naturalny sposób. Jest zbyt niebezpieczny, zarówno osobiście dla ciebie jak i dla całej naszej sprawy, aby pozostawić go przy życiu.
16.03.1946, godz.06.17 - Argentyna, Buenos Aires, hotel „Cristal Palace”.
Głośny huk zza ściany i niemniej głośne - „O kurwa!” - zerwało ich na równe nogi. Wyrwali pistolety spod poduszek, złapali klucz od sąsiedniego pokoju i tak jak wstali, w slipkach i podkoszulkach, rzucili się do drzwi. Siedem sekund później wpadli do pokoju Henryka i rozejrzeli się wokół. Nikogo.
- Na balkon! - Waltz lufą pistoletu wskazał kierunek Rosenbergowi. - Ja do łazienki.
Widok jaki Waltz tam zastał, wyzwolił u niego poczucie radosnej ulgi. Bo i co z tego, że szef z rozbitą głową leżał na podłodze, jak wszystko wskazywało na to, iż był to tylko zwykły wypadek? Utwierdziły go w tym zresztą słowa, jakich jeszcze z ust Henryka nie słyszał i chyba nawet nigdy się ich nie spodziewał.
- Co za chuj popaprany wymyślił takie śliskie kafelki?!!! Co za matoł jebany je tu zamontował?!!! Człowiek wyjdzie spod prysznica, skapnie z niego parę kropel i od razu się wypierdoli!
- Spokojnie szefie! Proszę podać mi rękę - Waltz wcisnął pistolet za slipki na tyłku i wyciągnął obie dłonie. - Teraz trzeba wstać. Położymy pana na łóżku i pomyślimy co dalej.
- A co tu kurwa myśleć? Podaj mi ręcznik. Przyłożę sobie do łba, bo krwawię jak świnia.
- Uuuu… - spełniwszy polecenie, Waltz spojrzał uważniej. - Trzeba będzie wezwać karetkę. Bo skóra na głowie przecięta jest na dobre pięć centymetrów.
- Ani mi się waż! To hotel współpracującego z nami Niemca. Z listy Manfelda! Nie możemy tu robić żadnych sensacji. Opatrzcie mi tylko łeb, umyję się, ubiorę, włożę kapelusz, aby nic nie było widać i dopiero wtedy zawieziecie mnie do jakiegoś lekarza. Bo jak czuję - przejechał palcami po krwawiącej głowie - trzeba to będzie szyć.
20.03.1946, późny wieczór - Argentyna, Buenos Aires, lokal konspiracyjny Wywiadu Armii USA.
- Już? - Brown wraz z Orawą podnieśli głowy znad mapy.
- Tak! - sanitariusz przetarł dłonią spotniałe nagle czoło. - Dokładnie jak uczyli nas na kursach. Rozległe, głębokie krwiaki, skrzepy i po paru dniach udar mózgu gotowy. Oczywiście nie u każdego, z tym, że…
- Rozumiem. Jeszcze dziś trzeba go będzie pochować.
- Nie ma problemu, panie generale - Orawa wtrącił się do rozmowy. - Co prawda, nie da się tego zrobić z honorami, ale…
- Z honorami?
- A, tak! Zasłużył na szacunek i nie chciałbym już spotkać kogoś podobnego. To był twardy, pomysłowy przeciwnik, chociaż Rosjanin. Z jajami i intuicją, która zawiodła go tylko raz, gdy w Waldenburgu nie zidentyfikował naszego Henryka. Gdyby to zrobił, historia potoczyła by się wtedy zupełnie inaczej. Tutaj zaś, już dwa dni temu wybraliśmy stosowne miejsce. Znaleźliśmy tam nawet odpowiedni dół.
- Znaleźliśmy? Chyba wykopaliśmy?
- Znaleźliśmy. To teren starej, opuszczonej cegielni przy wyjeździe z miasta. Prawie po sąsiedzku, bo tylko trzy minuty jazdy stąd. Jest tam mnóstwo różnych dołów.
- Świetnie. Ale tak, jak wcześniej zaznaczyłem. Żadnych śladów, żadnych świadków. I zakopcie tak, aby jakieś zwierzaki go nie wygrzebały!
- To tutaj? - kapitan McFarland pierwszy raz był w tej okolicy.
- Tak jest! Sam pan major wynalazł to miejsce - kierujący autem nie miał wątpliwości, wjeżdżając między zrujnowaną ścianę jakiejś hali, a sporą hałdę gliny.
- No to go wyciągajcie. Ale najpierw sprawdźcie teren.
Umilkły silniki, pogasły reflektory. Czterej mężczyźni rozbiegli się wkoło, by po minucie powrócić do kapitana.
- Czysto. Możemy zaczynać.
- Świetnie. Róbcie co swoje.
Otwarto bagażnik drugiego z samochodów, wyciągnięto podłużny, owinięty w dywan kształt. Dwóch złapało za jeden koniec, dwóch za drugi. Przeszli kilka kroków, rozhuśtali ciężar i na „trzy – cztery”, wrzucili do ciemnego, połyskującego na dnie warstewką wody, dołu. Dwumetrową podróż w głąb zakończył głośny plusk, ale zanim wybrzmiał do końca, znów ruszyli do samochodów. Wyciągnęli łopaty i piętnaście minut później po dole nie było już śladu.
Ani oni, ani nikt inny, nigdy się już nie dowiedział, że Rogozin spoczął na terenie niespełna trzy miesiące wcześniej zakupionym przez majora Uszakowa z zamiarem wybudowania tam stacji benzynowej, a jeszcze pięć tygodni temu typowanym na miejsce ewentualnego uwięzienia i przetrzymywania Heinricha Reschke!
Komentarze
Prześlij komentarz