Przejdź do głównej zawartości

ATOMOWY POKER 203

 

            02.04.1946 - Argentyna, San Carlos de Bariloche.


            - Widzę, że już dobrze się pan czuje - Bormann z niejaką ciekawością  popatrzył na Henryka.

- Dziękuję, reichsleiter. Rzeczywiście, wróciłem do normalności.

- To znakomicie. Bo przyznam się, że w pierwszej chwili po otrzymaniu tej wiadomości, prawie mnie poraziło.

- Niesłusznie, reichsleiter. Mam twardy łeb. Chociaż… Gdyby nie ta deska, mogło być naprawdę źle.

- Jaka deska? W swoim raporcie Waltz o żadnej desce nie wspominał.

- Jaka? Normalna, zwykła deska klozetowa. Kiedy się poślizgnąłem na tych cholernych kafelkach, wyjątkowo była opuszczona. To prawdopodobnie uratowało mnie przed znacznie gorszymi konsekwencjami.

- Nie rozumiem…

- To proste. Przeciętny facet korzysta z toalety około ośmiu czy dziesięciu razy na dobę. Raz czy dwa za grubszą potrzebą, a resztę, aby się odlać. Ponieważ leje znacznie częściej, to aby jej nie opryskać, pozostawia deskę w górze. Opuszcza ją tylko wtedy, gdy załatwia grubszą potrzebę. No bo niby po co miałby nią majtać w te i we w te? Tamtego dnia gdy się obudziłem, najpierw załatwiłem grubszą potrzebę, a dopiero potem wszedłem pod prysznic. Deska pozostała opuszczona i to mnie ocaliło. Bo jak się wypieprzyłem, przywaliłem łbem właśnie w nią, a nie w twardy, porcelanowy kant sedesu. Deska popękała, ale głowa ocalała.

- A, teraz rozumiem. A swoją drogą, taki wykład już dawno temu powinienem zrobić mojej żonie, Gerdzie.

- Przyjechała tu za panem?

- Nie. Co innego miałem na myśli. Dawno, czyli wtedy, gdy byliśmy razem i jeszcze żyła.

- To nie żyje? A skąd pan to wie?

- Skąd wiem? Mam swoje kanały i źródła informacji, których lepiej nie znać. Panu mogę tylko powiedzieć, że zmarła na raka nieco ponad tydzień temu, a dokładnie 23 marca, w Merano.

- Moje kondolencje, reichsleiter. Ale Merano to chyba Włochy?

- Zgadza się. Mimo, iż była ciężko chora, pozostawała pod stałą obserwacją alianckich służb. Nasi wrogowie mieli nadzieję, że właśnie przez nią trafią na mój trop. Nie mogliśmy więc ryzykować. A wracając do wcześniejszego tematu, ciągle toczyła ze mną wojny o to, że nie opuszczam deski i nie zamykam klapy od sedesu. Nie chciało mi się tego tłumaczyć i prawdę mówiąc, nie miałem do tego głowy. Ale po pańskim wykładzie, może by wreszcie zrozumiała dlaczego jest tak, a nie inaczej.

- A co tu rozumieć? Podejście praktyczne i zwykła różnica anatomiczna pomiędzy kobietą a mężczyzną.

- Niby tak, ale spróbuj przekonać pan kobietę… A co do spraw naprawdę ważnych, jeszcze raz przeanalizowaliśmy z Manfeldem wydarzenia w „Miramarze”.

- I?

- Manfeld uważa, że ktoś mógł wpaść na pański ślad.

- Nie sądzę, reichsleiter. Wszystko wskazuje na to, że była to zwykła próba kradzieży na szkodę gościa mieszkającego piętro wyżej.

- Myśli pan?

- Oczywiście. Waltz z Rosenbergiem zrobili odpowiednie rozpoznanie. Zatrzymał się tam wraz z żoną wielki posiadacz ziemski, będący też hodowcą rasowego bydła. Cholernie bogaty. Wie pan, jak to jest… U niego bardzo gruby portfel i złote sygnety na palcach, ona zaś cała obwieszona złotem, perłami i brylantami, więc jakaś złodziejska szajka chciała z tego skorzystać. Nie udało się, bo piorunochron odpadł od ściany.

- A jeżeli to pan był celem?

- Niemożliwe. Drzwi na balkon zawsze zamykam. Nie było więc możliwości cichego wejścia do mojego pokoju, a w tej sytuacji nikt normalny po piorunochronie by się nie wspinał. Zresztą, od tego wydarzenia minęło już półtora miesiąca i moi ludzie nie zauważyli nic niepokojącego.

- Tak… No, dobrze - Bormann podrapał się po głowie. - A Getz? - wypalił niespodziewanie.

- Co, Getz? - w geście niezrozumienia Henryk potrząsnął głową.

- Spotkał się pan z nim. Poprzednim razem. O czym rozmawialiście?

- Nie zaprzeczam. A coś się z nim stało?

- Proszę odpowiadać na pytania. A więc? - w głosie Bormanna zabrzmiała ukryta groźba.

- Zaczepił mnie, gdy wracałem od pana. Był już mocno pijany, ale zaproponował wódkę. Ja też potrzebowałem się napić, po wieściach jakie właśnie przyszły z ojczyzny. Wypiliśmy u niego kilka kieliszków, ale on szybko zasnął.

- Nie o to pytałem. O czym rozmawialiście?

- O czym? - Henryk błyskawicznie zrozumiał, że kłamać nie może. Bo jeżeli u Getza założony był podsłuch, to wraz z pierwszym kłamstwem, może to być jego ostania godzina. I jakby co, łatwo nie umrze.

- Prawdę mówiąc, nie bardzo pamiętam. Odwykłem od alkoholu, zawsze też miałem słabą głowę. Budzę się później i pełna amnezja.

- Nie róbcie ze mnie durnia, Reschke! 

- Mówię jak jest. Kiedy jeszcze dużo nie wypiliśmy, opowiadał  mi, że to właśnie on załatwił załogę naszego U - Boota. Podobno miał za to otrzymać jakieś złoto.

- A więcej?

- Mówił, że tego złota dotychczas nie otrzymał. Z tego powodu nazywał pana grubym szczurem.

- O, to ciekawe… Coś jeszcze?

- Nic więcej nie pamiętam. Narzucił zbyt duże tempo i mnie zamroczyło. Zdaje się, że szybko zasnął, a ja postanowiłem wrócić do przydzielonego mi domku. Ledwo tam doszedłem i od razu położyłem się spać.

- A o złocie? Mówił coś więcej?

- Nie przypominam sobie. Ale z faktu, że jeszcze go nie otrzymał, był bardzo niezadowolony.

- Jak bardzo?

- Nie umiem zastosować odpowiedniej skali. Ale pamiętam, że w pewnym momencie powiedział, iż wyrwie je panu nawet z gardła.

- Tak powiedział? No to już nie wyrwie.

- Został… - tu Henryk na chwile zawiesił głos - wybrakowany?

- Sam się wybrakował. Usiłował przekonać jednego z naszych ludzi do obrabowania depozytu.

- I co?

- Trafił na takiego, który nie dał się przekupić. Pozornie się zgodził, a potem zgłosił wszystko Manfeldowi. A dalej poszło już z górki. Zaczekaliśmy, aż zacznie działać.

- Został ujęty?

- Niestety. Zginął przy próbie włamania, gdy zaczął się ostrzeliwać.

- Więc złoto z naszego U  Boota nadal jest bezpieczne?

- Z naszego? A, tak… - na twarzy Bormanna zagościł jakby błysk ulgi i Henryk już wiedział, że go przekonał. Bo przecież w Inalco było złoto z drugiego i trzeciego U – Boota! Tak przynajmniej twierdził Getz. Lokalizacji złota z ich okrętu nie znał, wiec pozornie niewinne pytanie Henryka dowodziło jego nieznajomości rzeczy. Wygrał więc to starcie, niezależnie od tego, co tak naprawdę stało się z Getzem i jak się to wszystko zakończyło.

 

            03.04.1946 - Argentyna, Buenos Aires, lokal konspiracyjny Wywiadu Armii USA.  

           

            - I co pan o tym sądzi, majorze ? - Brown podał Orawie ostatnią kartkę i poczekał, aż ten ją przeczyta.

- Bez uwag. Chociaż właściwie…

- Tak?

- Zakładamy, że nie ma tam psów.

- Oczywiście. Nasi zwiadowcy nie stwierdzili ich obecności.

- Ale to są ustalenia sprzed trzech dni. Według planu, uderzymy za następne cztery. To razem aż siedem dni. A jeżeli w tym czasie coś się zmieni?

- Skoro wcześniej nie mieli…

- Tego nie wiemy. Bezpośrednie rozpoznanie Inalco prowadzimy od sześciu dni, a każdy dzień powiększa też ryzyko wykrycia naszych ludzi.

- Są najlepsi - Brown był już z lekka zniecierpliwiony.

- Ale tamci także. Więc jeżeli będzie tam choć jeden cholerny pies, który nagle zacznie drzeć mordę, to cały plan się rozsypie. Trzeba będzie przejść do bezpośredniego szturmu. A wtedy będą ofiary. 

- Słyszy pan, McFarland? - Brown jakby dawał się przekonywać. - Będzie pan na miejscu i to pan będzie ryzykował.

- Tak jest, panie generale! Ale proszę zauważyć, że ja będę od logistyki i koordynacji. Uderzeniem bezpośrednio dowodzić będzie kapitan Patterson. Zapoznam go z tym planem i jeżeli wszystko dokładnie wykona… - McFarland wyciągnął rękę po kartki.

- Co? - Orawa o mało nie złapał się za głowę. - Chce pan to zabrać na drugi koniec Argentyny? Jesteśmy przecież w obcym kraju i to na fałszywych papierach. Nielegalnie planujemy przeprowadzić tutaj akcję o charakterze zbrojnym, bez wiedzy i zgody miejscowych władz. Pan wie, co by się stało, gdyby to jakimś cudem wpadło w niepowołane ręce?

- Ale przecież…

- Nie ma żadnego „ale”! Zawsze może się zdarzyć jakiś nieprzewidziany wypadek, który spowoduje, że ten papier trafi tam, gdzie nie trzeba. Huragan, trzęsienie ziemi, katastrofa kolejowa czy lotnicza, zawał serca, pękniecie tętniaka, którego istnienia nawet pan u siebie nie podejrzewa, uderzenie pioruna czy zwykła kradzież. Przecież pisał pan ten plan, więc ma go w swej głowie. Tyle musi wystarczyć. A te kartki, o ile pan generał to zaakceptuje, proponuję spalić. Tu i teraz. Natychmiast!

            Zapadła cisza. Popatrzyli po sobie i wreszcie w geście potwierdzenia Brown skinął głową.

- Słyszał pan, kapitanie? Wykonać!

 

07.04.1946, wieczór - Argentyna, las, okolice posiadłości Inalco.


            Grupa twardzieli, którą właśnie miał przed sobą, składała się z weteranów zarówno walk na Pacyfiku, jak i wszystkich innych frontów, począwszy od Afryki, Włoch czy Normandii, a skończywszy na samej Rzeszy. Dodatkowo przeszli specjalne szkolenie w tajnym ośrodku OSS, czyli tak zwanym „Country Club”, położonym w obwodzie Fairfax, w stanie Wirginia. Dwanaście dni temu, nocą, z szybkiego krążownika Marynarki Wojennej USA wylądowali u wybrzeży Chile, niepostrzeżenie przemierzyli ten kraj i dotarli aż tutaj, wykonując tajne rozpoznanie. Siedzieli teraz z okrągłymi oczami, trawiąc otrzymane informacje.

- Wszystko jasne? - McFarland dla pewności powtórzył to, co miał do przekazania Pattersonowi i jego ludziom.

- Niby tak. Ale czy naprawdę musimy zostawić korytarz, którym lokatorzy środkowej części budynku będą mogli zwiać? To po co właściwie jest nasza akcja?

- Aby pozbawić ich zasobów niezbędnych do działania - Brown i Orawa już wcześniej zadecydowali, że tożsamość mieszkańców Inalco musi zostać utajniona. Przecież takiej sensacji nie dało by się ukryć i kogoś zawsze by świerzbił język. - A korytarz ucieczkowy musimy zostawić, bo w grupie ucieczkowej jest nasz informator, cholernie ważny dla kraju i dalszych naszych poczynań - McFarland kłamał bez zmrużenia oka. - Głównym zaś zadaniem jest natomiast zneutralizowanie strażników, opanowanie podziemnego bunkra z tyłu i gdy tylko przybije holownik, przemieszczenie skrzynek ze złotem na jego pokład.

- Dużo ich będzie?

- Spodziewamy się, że około dwustu. Każda o wadze w granicach siedemdziesięciu kilogramów.

- To całe czternaście ton!

- A co to jest dla czterdziestu chłopa?

- Nie wszyscy będą mogli się tym zająć - Patterson trzeźwo ocenił  sytuację. - Kilkunastu ludzi będzie musiało to ubezpieczać.

- No to dla powiedzmy, że dla dwudziestu pozostałych. Zaniesiecie to pod pokład i dwie pierwsze drużyny zostają na holowniku. Trzecia i czwarta popłyną w eskorcie dwoma łodziami motorowymi, które przypłyną wraz z holownikiem. Po drugiej stronie jeziora czekać już będzie ośmiu kierowców i tyleż ciężarówek, każda o ładowności trzech ton. Skrzynki pojadą na pięciu, każda ubezpieczana przez czterech ludzi z drużyny pierwszej i drugiej. Drużyny trzy i cztery na dwóch pozostałych.

- Chyba trzech…

- Jedna ciężarówka jest rezerwowa. Pojedzie przodem z kapitanem Pattersonem i naszym miejscowym przewodnikiem. Na wszelki wypadek!

 

Komentarze