Sygnały świetlne nadawane z brzegu, poprowadziły ich jak po sznurku. Łodzie motorowe ostrożnie dobiły bezpośrednio do plaży, holownik gładko przycumował przy końcu mola. Kilkanaście sekund później deski rozbrzmiały tupotem butów par żołnierzy, uginających się pod ciężarem ciemnozielonych skrzynek, oznaczonych niemieckim orłem ze swastyką i srebrnymi runami SS.
- Druga trzydzieści dwie - skonstatował McFarland po jakimś czasie, wpatrując się w fosforyzujące wskazówki swojego zegarka. - Wolno to idzie…
- A pan chciałby szybciej? To weź się i pomóż! - wściekły Patterson zakrywał właśnie twarz jednego ze swoich poległych żołnierzy. - Rozkazywać łatwo!
- Nie chciałem pana urazić, kapitanie. Rozumiem ból po stracie ludzi, ale jeżeli operacja ma się w pełni powieźć, musimy to zaraz kończyć.
- Nie widzi pan? Taszczą te skrzynki jak jakieś muły. Dają z siebie wszystko.
- Rozumiem. Ale ile się jeszcze zejdzie?
- Sierżancie, ile już poszło? - Patterson odwrócił się do stojącego obok podoficera z notatnikiem w ręku.
- Sto czterdzieści trzy sztuki. Jeżeli rozpoznanie było precyzyjne, to pozostało jeszcze pięćdziesiąt siedem. Czyli jeszcze z piętnaście minut, bo tempo spada i ludzie gonią już resztkami sił.
- Cholera! Motorówka może już dopływa do Bariloche!
- Ci uciekinierzy ? Nawet gdyby tam mieli batalion SS, nie zdążą nas dorwać. Za dwadzieścia minut już nas tu nie będzie.
Zeszło się dwadzieścia pięć, ale i tak był to dobry wynik, bo ciężar ładowanych skrzynek ujawnił nieoczekiwany problem. Dobrze, że mieli jeszcze te dwie łodzie, bo niewielki holownik po załadowaniu jedenastu ton zaczął się już niebezpiecznie zanurzać. Wpakowali więc po półtorej tony na motorówki, wskoczyli na pokłady i odpłynęli tak szybko, jak tylko się dało.
Przy ujściu Rio Pireco byli niespełna pół godziny później. Tuż przy brzegu stały już ciężarówki i znów przyszło im rzucać kurwami, taszcząc te, jak się ostatecznie okazało dwieście skrzynek, plus cztery, oznaczone dziwnym symbolem ustawionej jakby w koło podwójnej swastyki. Co w nich mogło być? Nie było czasu, aby się przekonać i odłożono to na sposobniejszą chwilę. Na razie zaś mięśnie paliły, ścięgna mało nie pękały, a płuca rozpaczliwie wciągały powietrze. Tym razem dystans do noszenia był jednak mniejszy, do zabezpieczenia wystarczyło tylko kilku ludzi, pomogli też kierowcy, więc wszystko ukończono w kilkanaście minut.
- No to przyjdzie się nam żegnać, senior Ramirez - Patterson zwrócił się do właściciela tej niewielkiej flotylli. - Proszę o ręce - wyciągnął przed siebie kilkumetrowej długości linkę.
- Panowie! Co chcecie zrobić? - Ramirez był niemniej przerażony jak i jego czterech ludzi.
- Nic wielkiego. Zwiążemy wam tylko ręce i nogi oraz zamkniemy drzwi na klucz. Jest tu widzę solidny zamek.
- A kto nas uwolni?
- Ktoś was tu znajdzie. Jak znam życie, rano na jeziorze będzie co najmniej kilka łodzi z ludźmi, którzy będą je przeszukiwać. Znajdą was łatwo.
- Ale to wiązanie i zamykanie jest niepotrzebne. My nic nikomu nie powiemy.
- Przeciwnie! - zaciskając kolejny węzeł, Patterson roześmiał się na całe gardło. - Powiecie wszystko jak było, od początku do końca i nic nie będziecie ukrywać. Bo inaczej ktoś jeszcze mógłby pomyśleć, że jesteście z nami w zmowie, a to nie byłoby dla was zdrowe. Dodatkowo, aby nie chodziły wam po głowie głupie myśli, zrobimy jeszcze to - wyrwał z podstawy niewielką, pokładową radiostację i wręczył ją stojącemu obok żołnierzowi. - Wyrzućcie to za burtę. A potem przy silniku poprzecinać przewody paliwowe. Na motorówkach również!
- Tak jest! - z błyskiem zadowolenia w oczach żołnierz rzucił się wykonać rozkaz. Dyscyplina dyscypliną, ale dobrze mieć przełożonego, który myśli o wszystkim i ma głowę na karku.
- A straty? To będą dla nas cholerne straty - Ramirez wytrzeszczył oczy i błagalnym gestem spojrzał w górę. - Kto nam to wynagrodzi?
- Masz i nie jęcz! - Patterson wyjął z kieszeni wręczony mu wcześniej przez McFarlanda zwitek zielonych banknotów i rzucił go na stół. - Za taką forsę, spokojnie będziecie mogli kupić nową radiostację i naprawić te silniki jeszcze co najmniej z pięć razy.
- Ale nie tam! Proszę te pieniądze wrzucić pod szafkę.
- Słucham? - Patterson już dawno nie był taki zdziwiony.
- Pod szafkę. Bo jak ta kasa będzie na wierzchu, to ci, którzy nas tu znajdą, na pewno ją podpierdolą.
- Myślisz stary o wszystkim - kapitan z uznaniem pokręcił głową i spełnił prośbę Ramireza. - No! Czas się żegnać. Co złego, to nie my - wyszedł z kabiny starannie zamykając drzwi. Przekręcił klucz i w ślad za radiostacją już miał go cisnąć do wody, ale w końcu machnął ręką. - A co tam… Niech zostanie w zamku. Po co jeszcze mają staremu wyłamywać drzwi?
Ciężarówka z przewodnikiem ruszyła pierwsza. Za nią, w odstępach po około trzydzieści metrów, siedem następnych. Leśna droga była wąska, koła ciężko pracowały w rozmokłej, jesiennej glebie. Przejechali tak około półtora kilometra i wreszcie dotarli do szutrowej szosy.
- Stać! - jadący w kabinie pierwszej ciężarówki Patterson dał sygnał i po chwili wszystkie pojazdy utworzyły nieruchomy szereg. Kapitan wyciągnął na zewnątrz antenę niewielkiej plecakowej radiostacji, sygnałem Morse’a nadał krótki kod i po chwili otrzymał równie krótką odpowiedź.
- W porządku. Skręcamy w lewo.
- Nie tam, skąd przyjechaliśmy? - kierujący ciężarówką żołnierz był mocno zdziwiony. - Przecież na tamtym przejściu daliśmy kupę dolarów.
- A co myślicie żołnierzu? Że pogranicznicy po obu stronach dali by się przekupić za miskę ryżu? Nic z tego. Ale zrobiłem jeszcze jedną rzecz. Dałem im zaliczkę na nasz powrót.
- To dlaczego tam nie jedziemy? - wrzucając kolejne biegi żołnierz wrócił do tematu.
- A to pytanie jasno dowodzi, dlaczego jeszcze jesteście kapralem, a nie na przykład co najmniej sierżantem. Zrobię więc wam wykład, zanim dojedziemy do przejścia granicznego.
- Daleko?
- Stąd nieco ponad dziesięć kilometrów. Więc słuchajcie żołnierzu, bo będę mówił krótko. Skoro dostali zaliczkę na powrót, to gdyby ktokolwiek z nich i z jakiegokolwiek powodu zdradził, spodziewają się nas właśnie tam. A tutaj zabezpieczyliśmy się jeszcze dodatkowo. Umieściliśmy dwóch naszych obserwatorów z radiostacją. Mają oko zarówno na stronę argentyńską, jak i na stronę chilijską. Gdyby zauważyli cokolwiek podejrzanego, natychmiast nas powiadomią.
- A miejscowa załoga?
- Przejście jest czynne od siódmej do dwudziestej pierwszej. Na noc, po obu stronach zostaje tylko po trzech ludzi. Od lat siedzą w kieszeni naszego przewodnika. Też dostaną swoją dolę i pojedziemy dalej.
- A jeśli nas puszczą, a potem zdradzą? I ktoś przygotuje zasadzkę, albo uruchomi jakiś pościg?
- Dobre pytanie, ale nie ma takich obaw. Przy obu posterunkach przetniemy linie telefoniczne i to dość daleko. Do rana nie zdążą tego znaleźć i naprawić. Radiostacji nie mają, a w ich samochodach z aparatów zapłonowych wyjmiemy palce rozdzielaczy. Teraz jest - Patterson spojrzał na zegarek - trzecia czterdzieści siedem. Będziemy u nich za kilka minut. Zmiana dzienna dotrze za trzy godziny. Przez ten czas, my już będziemy nad oceanem. Chile jest długie jak cholera, ale stosunkowo wąskie. Wiec gdyby nawet ktoś miał zdradzić, powinniśmy zdążyć.
Kiedy tylko pierwsza ciężarówka dotarła do opuszczonego szlabanu, z ostatniej wyskoczyło dwóch żołnierzy. W kilkanaście sekund wspięli się na niewysoki słup i przecięli kabel telefoniczny. Podbiegli do drugiego i zrobili to samo, a odcięty kawałek rzucili w las.
- No, długo będziemy tak stali? - przewodnik nawet nie usiłował być uprzejmy. - Rusz się Ramon, bo odbiorcy nie lubią czekać.
- A co tym razem wieziecie? - nieco jeszcze zaspany dowódca posterunku ziewnął potężnie. - Może i ja bym coś kupił? Więc?
- Złoto! - wypalił z lekka już zniecierpliwiony Patterson. - Nie uwierzysz, ale kilkanaście ton czystego złota! Pasuje?
- Eeee… - po twarzy Argentyńczyka przebiegł grymas tłumionej urazy. - Jak zawsze żarty się was trzymają. No, ale dobra… Jak nie chcecie powiedzieć, to nie. Ale za osiem - szybko policzył palcem - samochodów, to będzie dwie stówki. I drugie tyle dla moich ludzi.
- Masz! - przewodnik zorientowany w aktualnym cenniku w kilka sekund wyjął i wcisnął mu do ręki przygotowaną wcześniej sumę. Zajęty liczeniem pieniędzy dowódca posterunku nawet nie zauważył, jak w tym czasie dwóch ludzi dopadło stojącego z tyłu budynku samochodu, otworzyło maskę i coś tam chwilę pogrzebało. Opuścili ją cicho, po czym niepostrzeżenie znów znaleźli się na jednej z ostatnich ciężarówek.
Podobną operację przeprowadzono po chilijskiej stronie, po czym uzupełniony przez dwóch obserwatorów konwój skoczył do przodu, korzystając z pozwalających rozwinąć maksymalną prędkość, łagodnie opadających ku oceanowi dróg.
Kilka minut przed siódmą i po pokonaniu blisko stu siedemdziesięciu kilometrów, znaleźli się nad Pacyfikiem, gdzie przy odludnej plaży czekało już sześć motorowych szalup, spuszczonych ze stojącego dwieście metrów od brzegu niszczyciela, bez jakichkolwiek oznaczeń przynależności państwowej oraz z zamalowanymi na burtach numerami taktycznymi. Załogi pomogły dokonać przeładunku, z niejakim tylko zdziwieniem patrząc na oznakowane swastykami skrzynie i dwa owinięte w brezent ciała. Uwinięto się w niespełna pół godziny, ciężarówki pozostawiając po prostu na piasku. Pięć minut później, obierając kurs 270 stopni niszczyciel pełną mocą maszyn ruszył przed siebie, oddalając się jak najszybciej od chilijskich brzegów.
Nikt z uczestników akcji w Inalco, oprócz Pattersona i McFarlanda, nie miał pojęcia, że tuż za horyzontem i granicą należących do Chile wód terytorialnych, w ubezpieczeniu całej tej operacji czaiły się jeszcze dwa niszczyciele, ciężki krążownik i lotniskowiec eskortowy, ze stojącą na pokładzie i w razie potrzeby gotową do natychmiastowego startu eskadrą samolotów Grumman F6F Hellcat. Niewiele później, cała ta armada zebrała się w jeden zwarty zespół i skierowała na północny zachód, tym razem płynąc już tylko pół naprzód ku słonecznym brzegom Kalifornii.
12. 04. 1946 - Argentyna, Mendoza.
Tym razem wizyta trwała krótko. Dyrektor kontrolowanych przez Henryka zakładów odebrał telefon, który już po kilku sekundach kazał mu podnieść się z fotela i stanąć na baczność. - Tak! Właśnie jest u mnie. Omawiamy sprawę … Tak! Natychmiast! Już podaję słuchawkę! Jawohl!
- Do pana. Dzwoni reichsleiter Bormann.
- A co tam takiego pilnego?
- Nie wiem. Ale jest bardzo zdenerwowany. Nie dał mi dojść do słowa - dyrektor prawie siłą wcisnął słuchawkę w dłoń Henryka.
- Schlegel, słucham!
- To ja! Poznaje mnie pan?
- Oczywiście. Przecież znam pański głos.
- Więc proszę posłuchać i to uważnie. Odpuszczamy sobie tę fabrykę i nie tylko tę. Zmiany chwilowo zamrażamy. Zmienia pan też swoje plany i spotykamy się za trzy dni. Oczekuję pana piętnastego, o 17.00. Tam, gdzie poprzednio. Czy to jest jasne?
- Oczywiście. Ale co się stało?
- Dowie się pan na miejscu. To wszystko. Wykonać! - po tych słowach Henryk usłyszał już tylko trzask odkładanej słuchawki.
- I co? Wszystko dobrze? Nie było do nas jakichś pretensji? – dyrektor w wyraźny sposób był mocno zaniepokojony.
- Nie. Ale są nowe wytyczne i chwilowo zamrażamy wszelkie zmiany. Proszę wszystko zostawić tak jak jest, robić swoje jak dotychczas i czekać na dalsze dyspozycje.
- Ale one dotyczą konkretnie mojej osoby?
- Z tego co zrozumiałem, to nie. No, niech pan będzie dobrej myśli. Nie znam planów, które by kiedyś nie wzięły w łeb!
Komentarze
Prześlij komentarz