Przejdź do głównej zawartości

ATOMOWY POKER 204

 

            07/08.04.1946, noc - Argentyna, posiadłość Inalco.

           

            - Już czas - kapitan Patterson ostatni raz spojrzał na fosforyzujące wskazówki swojego zegarka i położył dłoń na ramieniu stojącego obok sierżanta. - Naprzód!

            Zlikwidowanie pierwszego strażnika poszło łatwo. Co prawda z tyłu domostwa patrolował otwartą przestrzeń, ale wystrzelona z łuku strzała na wylot przebiła mu klatkę piersiową, w jednej chwili odbierając oddech i świadomość. Z łuku, bo wystrzeliwujący ją żołnierz był na wpół Indianinem do szesnastego roku życia wychowującym się w rezerwacie Irokezów, a jego umiejętności w posługiwaniu się tą pradawną bronią wzbudziły podziw nawet wśród instruktorów OSS. Pozwolono mu zatem na korzystanie z tego nietypowego uzbrojenia i jak na razie, była to znakomita decyzja. Zwłoki natychmiast usunięto wciągając je miedzy drzewa i był już ku temu najwyższy czas, bo w polu widzenia pojawił się drugi. Kilka sekund później, uderzony od tyłu pałką w głowę, został związany i również wciągnięty w las. Tam już nie było żartów. Otrzeźwiony zimną wodą, został postawiony przed diabelskim dylematem. Albo zdradzi, albo zakrzywiony nóż połyskujący mu właśnie przed oczami, za chwilę poderżnie mu gardło.

            Nie była to akceptowalna alternatywa i już po dwóch minutach wiedzieli co trzeba. Trzeci strażnik siedział w kamiennym budynku, mając do dyspozycji karabin maszynowy MG - 42 i pozycję flankującą w stosunku do przystani oraz rampy hydroplanu, natomiast czwarty patrolował od strony wody.

- Jak się tam dostać? - nóż dalej błyskał przy twarzy przesłuchiwanego.

- Na posterunkach zmieniamy się co pół godziny, a po dwóch godzinach idziemy do wartowni, gdzie stajemy się zmianą odpoczywającą.

- Jest pierwsza dziewiętnaście. Więc kiedy?

- Powinienem wejść do budynku o pierwszej trzydzieści. Tak, aby ten od kaemu podmienił tego nad wodą.

- Jakieś  hasło?

- Nie. Znamy się nawzajem i poznajemy po głosie. W końcu jesteśmy tutaj już ponad pół roku.

- Dobrze. Poprowadzisz i spowodujesz, aby wartownik otworzył drzwi. Jeśli to zrobisz, przeżyjesz. Ale pamiętaj. Jeden fałszywy ruch i po tobie.

 

            Dwanaście minut później obaj niefortunni strażnicy byli związani i zakneblowani. Z tym, że jeden w samej bieliźnie, bo jego wierzchnie ciuchy naciągał na siebie kapral Thatcher.

- Tylko ostrożnie, kapralu - kapitan Patterson nie mógł się powstrzymać od dobrych rad. - I tak, jak ustaliliśmy. Rzut nożem, a broń palna tylko w ostateczności.

 

            Patrolujący od strony wody Karl Bucholtz wstrząsnął się już któryś raz. Zimno, cholera! Zachodni wiatr spychał ze zboczy Andów masy chłodnego powietrza, a i pora była już jesienna. Przez chwilę zastanowił się i zaczął obliczać. Tutaj ósmy kwiecień, to tak jak w ojczyźnie ósmy październik. Nic więc dziwnego, że przebiegały go takie dreszcze. Trzeba się cieplej ubierać, a tego doktora, jak mu tam? - Vogla? - poprosić o jakąś aspirynę. Przez chwilę poświecił latarką na zegarek. Już powinna być zmiana. Znów się spóźniają i wreszcie powie temu nadętemu Andreasowi, co o tym myśli. Dostrzegłszy jednak zbliżającą się sylwetkę, zrezygnował. Po co psuć sobie, bądź co bądź, niezłe relacje? Przecież w końcu obaj strzegą tego, co dla Niemiec najważniejsze. Führera i złota.

            Zrobił kilka kroków w kierunku zbliżającego się zmiennika i nagle znów przeszedł go zimny dreszcz. Tym razem nie od chłodu, tylko sylwetka była jakaś inna. Sięgnął po latarkę by oświetlić postać, gdy ta, nagle i niespodziewanie wykonała gwałtowny wymach ręką, po której Bucholtz uczuł okropny ból serca. Jego oczy zarejestrowały jeszcze moment, gdy w zawrotnym tempie ziemia dziwnie zbliżyła się do jego twarzy, po czym nastała ciemność.

 

            Standartenführer Otto Manfeld nie miał dobrych snów. Przypłynął wczoraj do Inalco, aby sprawdzić wszystko przed zaplanowaną na dzisiaj wizytą Bormanna i znów opadły go złe przeczucia. Psy! To właśnie ten temat spędzał mu sen z oczu. Na początku było aż sześć, ale żona führera kazała się ich pozbyć. Głupia baba, a i Adolf nie popisał się rozumem, że tym razem jej uległ. Przecież podobno lubił psy. Cóż… W okolicznych lasach było mnóstwo zwierzaków, więc faktycznie wyły i szczekały po nocach, a to podobno budziło ich córkę. Bezpieczeństwo przegrało więc ze snem dziecka i Manfeld cały czas miał przeczucie, że tym razem priorytety powinny być odwrotne.

 

            W osiem sekund po śmierci strażnika znad wody, wszystkie cztery drużyny ruszyły naprzód. Pierwsza ku wartowni, gdzie przebywały zmiany odpoczywająca i czuwająca, druga, trzecia i czwarta ku skrzydłom budynku, gdzie spała reszta ochrony, służba i obsługa obiektu. Razem około trzydziestu do trzydziestu pięciu ludzi, których należało zneutralizować. Dobitnie zresztą wyraził to podczas ostatniej odprawy kapitan McFarland, podkreślając, że w tej akcji nie ma takiego słowa jak po prostu zabić. Tak można potraktować tylko tych, którzy podejmą walkę.

- A ci co się poddadzą? Co z nimi? - padło wtedy pytanie z szeregów.

- Wyjątkowo, po wcześniejszym zniszczeniu wszelkich środków transportu i łączności, pozostawimy ich na miejscu. Całych i zdrowych, chociaż związanych. Nie bez przyczyny wasza odzież jest zbieraniną ciuchów cywilnych oraz części mundurów wszystkich chyba armii świata, mówić też będziecie w kilku językach i tylko o złocie. Musimy pozostawić nieodparte wrażenie, że chodzi tu jedynie o nie. To wytłumaczy pozostawienie przez nas wolnej drogi do brzegu jeziora.

- Nabiorą się? A nie lepiej wszystkich ich po prostu powystrzelać? Przecież to zagorzali naziści, wilki w ludzkiej skórze!

- Nie tym razem. Z tego co wiem, w waszej grupie z pochodzenia jest czterech Włochów, dwóch Irlandczyków, dwóch Żydów, dwóch Francuzów,  jeden Indianin i jeden Polak. Jeżeli przy ich obezwładnianiu, przeszukiwaniu i wiązaniu każdy powie parę słów w swoim ojczystym języku, to normalnie zgłupieją. A poza tym, oni i tak umrą.

- Jak to?

- Normalnie. Tak, jak do tej chwili zaliczają się do grona najbardziej zaufanych, od chwili naszego ataku będą najbardziej podejrzanymi. Nikt nie uwierzy, że co najmniej jeden z nich, a może nawet i kilku, z chęci zysku albo też z innych przyczyn nie zdradziło i nie współdziałało z naszą grupą. Ich przywódcy będą przypuszczać, że pozostaliśmy ich, aby dalej przekazywali informacje, tym bardziej, że to nie wszystkie ich zasoby. W ciemno więc możemy założyć, że pozostawienie ich przy życiu wywoła falę podejrzliwości i kryzys wszelkiego zaufania. Gdybyśmy ich tak po prostu zabili, zostaliby uznani za bohaterów i męczenników za sprawę. A tak, sami  i to wzajemnie pourywają sobie łby.

- A jeżeli nie?

- Bez obaw żołnierzu. Pół roku temu, przy znacznie mniejszym podejrzeniu wymordowali całą, około czterdziestoosobową grupę również najbardziej zaufanych. Nie sądzę, aby tym razem postąpili inaczej.

            Nie wszystko dało się zrobić w ciszy. Co prawda zaskoczeni strażnicy z wartowni posłusznie się poddali, ale jednego  nikt nie przewidział. Minutę wcześniej ich dowódca poszedł do toalety. Zapinając rozporek, właśnie odchodził od pisuaru, gdy nagły ruch i ciche, zduszone głosy za drzwiami, kazały mu wyjąć pistolet z kabury. Tknięty złym przeczuciem ostrożnie uchylił drzwi na korytarz i widząc jednego ze swoich ludzi stojącego z rękami do góry, bez namysłu strzelił w kierunku obcej postaci trzymającej go na muszce. 

 

            Strzelanina, jaka nagle wybuchła z lewej strony budynku, a w chwilę później i z prawej, poderwała Manfelda na równe nogi. Śpiąc w spodniach, jak to na wypadek nagłego ataku Rosjan nauczył się jeszcze na froncie wschodnim, w trzy sekundy wskoczył w stojące przy łóżku buty, porwał pistolet spod poduszki i MP 40 ze stołu, po czym wybiegł na korytarz, szarpiąc za klamki dwóch sąsiednich pokoi, gdzie spał führer i Ewa z dzieckiem.

- Otwierać! Musimy wiać! Natychmiast!

Przeżywając męki kilkusekundowego opóźnienia, z ulgą ujrzał wbiegającego w podobnym stanie i z pistoletem w dłoni, tutejszego osobistego ochroniarza Hitlera, hauptsturmführera Rolfa.

- Bierz matkę z dzieckiem! Ja biorę führera i do motorówki!

            Słysząc zgrzyty kluczy w drzwiach, o mało ich nie wyrwali. Kilka chwil później wywlekli na zewnątrz dwie przerażone postacie z płaczącym dzieckiem i pociągnęli je w stronę wody, gdzie przy przystani stała zawsze zatankowana i gotowa do natychmiastowej podróży duża łódź motorowa.

- Masz dzieciaka? - ciągnący bosego führera Manfeld obejrzał się na Rolfa.

- Jest! Szybciej! - Rolf mocniej szarpnął Ewę za rękę, trzymając pod lewą pachą płaczącą małą Klarę. Bo jak nas tu zgarną…

            Nie zgarnęli. Uciekający co prawda dwukrotnie jeszcze musieli padać na ziemię, gdy seria z flankującej plażę wartowni przeszła im tuż nad głowami, ale nigdy nie mieli się dowiedzieć, że obsługujący karabin maszynowy żołnierz z grupy uderzeniowej kapitana Pattersona był znakomitym strzelcem i bardzo się starał, aby napędzić im strachu, ale jednocześnie krzywdy nie uczynić. Rzucili się w końcu na niewielkie, drewniane molo, w połowie którego zacumowano motorówkę. Było co prawda ciemno i skok na drewniany pokład mógł oznaczać kłopoty, ale wysforowany do przodu Rolf nie wahał się ani chwili. Skoczył pierwszy, instynktownie zakładając, że matka podąży za dzieckiem i nie pomylił się. Chwilę później wylądował koło niego wysportowany, kobiecy kształt i wziął dziecko w ramiona.

            Gorzej było z führerem. Przestraszony, poślizgnął się bosą stopą na wilgotnych deskach pomostu i po skoku natychmiast zsunął się z pokładu. Czy umiał pływać? Ani Rolf, ani Manfeld nigdy sobie na to pytanie nie odpowiedzieli. Zanim całkowicie zniknął pod wodą, złapała go za ramię dłoń Rolfa i powoli ale pewnie, wyciągnęła na mokry pokład.

- Cumy! - zabrzmiał następny rozkaz Manfelda. - Ja dziobową.

Skoczyli do lin utrzymujących motorówkę przy molo, gdy usłyszeli nagły tupot nóg i przerażony głos.

- Zaczekajcie!

Tylko o mgnienie oka Vogel oszukał swoją śmierć. Rolf już ściągał spust swojego pistoletu, gdy ten okrzyk wstrzymał mu palec. Moment później zobaczył zjawę w jasnej piżamie, która również skoczyła do łodzi i dyszała teraz ciężko, wpatrując się z nadzieją i strachem to w jednego, to w drugiego.

- Odpływamy?

- A co myślałeś? Że chcemy tu zginąć? - Manfeld rzucił właśnie cumę i dalej komenderował. - Odpalaj!

Wciśnięty przez Rolfa guzik rozrusznika momentalnie ożywił studwudziestokonny silnik i sekundę później, na pełnym gazie motorówka odbiła od molo. Popłynęła prosto jeszcze około pięćdziesięciu metrów, po czym ostro skręciła w prawo, opływając od północy mniejszą z wysepek i kryjąc się tym samym zarówno przed widzialnością z brzegu, jak i przed ewentualnym ostrzałem. Niespełna minutę później zmieniła kurs na południowy, mijając na maksymalnej prędkości Islas Las Mellizas i pełną mocą popłynęła w kierunku Bariloche.

 

            - Straty? Ujęci? - McFarland dorwał wreszcie Pattersona, nadzorującego wiązanie jeńców i przeszukiwanie pomieszczeń domostwa.

- U nas dwóch zabitych i trzech rannych. Z ich strony dwanaście trupów i dwudziestu siedmiu ujętych żywcem. Część z nich ranna.

- Jasne. Naszych zabitych oczywiście zabieramy. Jakieś dokumenty?

- Bierzemy każdy papier jaki znajdziemy. Zabezpieczyliśmy już dwa worki. Z tego co wiem, będzie jeszcze z połowę trzeciego.

- Świetnie. A saperzy? 

- Zakładają ładunek kumulacyjny na drzwi bunkra. Za dwie minuty będziemy wysadzać.

- To ja nadam już sygnał dla naszej flotylli. Powinni tu być za dwadzieścia minut.

 

            Załogi holownika i dwóch łodzi motorowych od późnego popołudnia znajdujących się po drugiej stronie jeziora przy ujściu Rio Pireco, nie usłyszały odległej strzelaniny, którą stłumił silny, zachodni wiatr. Tkwili jednak na stanowiskach gotowi na rozkaz i gdy ten wreszcie nadszedł, ruszyli całą naprzód. Niewielki holownik, po Nahuel Huapi ciągający zwykle barki, rozwijał tylko dziewięć węzłów, ale obie łodzie motorowe były przynajmniej dwukrotnie szybsze. Wszystkie te jednostki należały do miejscowego, sowicie opłaconego przedsiębiorcy, który zupełnie się nie spodziewał, że z chwilą złożenia mu propozycji, on i jego ludzie przez jakiś czas staną się więźniami. Czteroosobowa załoga holownika przekonana została lufami automatów  i teraz pod nadzorem grupy abordażowej okrążała spory półwysep, posłusznie kierując swoją flotyllę ku posiadłości Inalco.

 

            Huk, który wywalił drzwi do bunkra, nie był zbyt głośny.

- Myślałem, że bardziej go będzie słychać - McFarland odjął palce od uszu.

- Niekoniecznie. To ładunki kumulacyjne. Na szerszą i spektakularną skalę po raz pierwszy zastosowali je niemieccy spadochroniarze, szturmując w 1940 roku belgijską twierdzę Eben Emael i rozwalając nimi pancerne kopuły. Później to rozwiązanie zastosowano w przeciwczołgowych minach magnetycznych i w pancerfaustach. A teraz wykorzystujemy to my.

- I prawidłowo. Uczyć się trzeba nawet od diabła. Pańscy ludzie gotowi?

- Tak. Ale potrzebujemy jeszcze z dziesięć minut. 

- Na co?

- Jednego pan w swoim planie nie uwzględnił. Musimy sprawdzić, czy tam w pomieszczeniu nie zainstalowano min - pułapek. Wejdziemy po złoto jak moi ludzie zameldują, że jest czysto.

 

Komentarze