Przejdź do głównej zawartości

ATOMOWY POKER 206

 

15.04.1946, popołudnie - Argentyna, San Carlos de Bariloche, siedziba Martina Bormanna. 


            - Heil Hitler! - witający go w progu Manfeld cały czas hołdował starym przyzwyczajeniom.

- Heil! - wyrzut ręki Henryka był z lekka niedbały. - Mam nadzieję, że się nie spóźniłem? - spojrzał na zegarek.

- Nie. Jak zwykle jest pan niezwykle punktualny, doktorze.

- To co? Idziemy do reichsleitera?

- Niech pan siada, doktorze. Koniak?

- Chętnie. Jak widzę, przyjdzie nam nieco poczekać. Długo?

- I tak i nie. Reichsleitera już tu nie ma, ale oczywiście spotka się pan z nim. Jutro.

- No to będzie czas, aby się czegoś napić i porządnie wyspać.

- Nie całkiem. Za pięć godzin odlatujemy.

- Jak to odlatujemy? Gdzie? Po co?

- Do nowego miejsca pobytu führera. A tymczasowo również reichsleitera Bormanna.

- To führer też tu był? Nie wiedziałem…

- Nie należy za dużo wiedzieć, doktorze, bo czasem jest to bardzo niezdrowe. Byli już tacy co za dużo wiedzieli, przy czym zawiedli nasze zaufanie. Więc później śmiertelnie się zatruli. Ołowiem.

- Słyszałem. Na przykład załoga naszego U - Boota.

- Nie o niech tu mowa. Tydzień temu miało miejsce inne zdarzenie.

- W pańskim głosie wyczuwam, że stało się coś złego.

- Aż trudno wprost to powiedzieć, ale reichsleiter panu potwierdzi. Straciliśmy część złota.

- Jak, skąd?

- Nie będę mówił o szczegółach. Jeżeli będzie trzeba, szerzej objaśnią to panu führer lub reichsleiter.

- Ale chyba nie jedziemy, abym z ich ust usłyszał tylko to?

- Oczywiście. Będzie tam ustalana nowa strategia działania. Strategia, uwzględniająca nasze, mocno już nadwątlone i ograniczone zasoby. 

- Będziemy działać wolniej, czy jak?

- Tego nie wiem i nie moja w tym głowa. Ja mam tylko zawieźć pana na miejsce, a później odstawić z powrotem. 

- Więc nie będzie to długo trwało?

- Chyba nie. Acha… Jeszcze dwie rzeczy. Pańska ochrona i pańska broń osobista tymczasowo pozostaną tutaj. Tam gdzie mamy dotrzeć, będzie to niepotrzebne. A poza tym, lecimy dość daleko i nie można przeciążać maszyny.

 

            Rzeczywiście. Chociaż stojący na wodzie dwusilnikowy hydroplan wydawał się całkiem duży, we wnętrzu miejsca było zadziwiająco mało. Sześć foteli dla pasażerów, toaleta i niewielka przestrzeń ładunkowa. Ledwo usiedli, jeden z pilotów zatrzasnął drzwi, uruchomiono silniki i maszyna powoli ruszyła przed siebie.

- Długo będziemy lecieć?

- Dość długo - Manfeld nie był skory do rozmowy. - Na tyle, że spokojnie może się pan przespać.

- O! I to właśnie chciałem usłyszeć - Henryk udał zadowolonego z uzyskanej odpowiedzi i zamknąwszy oczy, wyciągnął nogi przed siebie. - Tak… - pomyślał. - Wiec wszystko udało się jak cholera. Stracili złoto z drugiego i trzeciego U - Boota, sobowtórowi Hitlera oraz Ewie i jej dziecku dali uciec, a mnie, po telefonie na alarmowy numer Orawy, udało się odwołać planowane na dzisiaj spotkanie. Ci z Inalco, o których wspominał Manfeld chociaż bez wymieniania tej nazwy, też już zostali zlikwidowani. Albo inaczej… Śmiertelnie zatruli się ołowiem, co zresztą na jedno wychodzi. Dobrze kalkulował major Orawa, że nie uwierzą nikomu, kto by ocalał z tej akcji. Wykosili więc najbardziej zaufanych i jeszcze bardziej wzmocnili środki ostrożności. Nawet on nie wie gdzie w tej chwili lecą i w wyraźny sposób nie chcą, aby się zorientował. Ale czy to takie trudne? Zastanowił się przez chwilę i już wiedział. Prawdopodobnie do Misiones. Wspominał o tym już Getz, a przecież da się to sprawdzić. Wystarczy znać kurs i prędkość hydroplanu. Czas złapie na swoim zegarku. Więc…

            Pokręcił się nieco w fotelu, udając, że zapada w sen. Wsłuchał się w pracę maszyny. Zaraz po starcie weszli na kurs, którym dotychczas lecieli, a silniki grały na równych obrotach. Gdyby wiec pod jakimś pretekstem wejść do kabiny pilotów, albo nawet tam tylko przejść… Chwila! To przecież tam, zaraz obok kabiny jest niewielka toaleta, którą pokazano mu zaraz po wejściu na pokład. Iść niby do toalety, a tak naprawdę rzucić okiem na przyrządy…

            Półtorej godziny później sytuacja ułożyła się po jego myśli. Jeden z pilotów odsunął dzielącą ich od kabiny zasłonkę i wszedł do toalety. Więc teraz! Przeciągnął się Henryk udając pobudkę i spojrzał na Manfelda. Śpi! Więc powinno się  udać! Iść do toalety wolno przecież każdemu. Wstał z fotela, przeszedł te parę kroków i nacisnął na klamkę.

- Zajęte! - doleciał go ledwie słyszalny głos.

Cofnął się więc o krok i oparł o ściankę korytarzyka. Skręcił głowę i błyskawicznie zlustrował wnętrze kabiny. Prowadzący maszynę pilot siedział po lewej stronie, prawe siedzenie było puste, a na środku kokpitu wręcz rzucały się w oczy podświetlone na zielono duże wskaźniki kursu, prędkości, wysokości i poziomu paliwa. Dwieście trzydzieści kilometrów na godzinę, przy kursie 43 stopni. To wystarczy. Przy lądowaniu dodamy jeszcze spojrzenie na zegarek i wszystko będzie jasne.

 

            16.04.1946 - Argentyna, prowincja Misiones, nad rzeką Parana.

 

            Do lądowania schodzili o trzeciej. Jeszcze zanim osiedli na wodzie, Henryk spojrzał na zegarek i błyskawicznie wyliczył odległość. Tysiąc sto pięćdziesiąt kilometrów! Jeszcze z Buenos Aires pamiętał kurs, jaki na mapie wyznaczył Orawa, zarówno z Bariloche do Misiones, jak i odwrotnie. Oczywiście w przybliżeniu, bo dokładnego miejsca nie znali. Odwrotność go na razie nie interesowała, bo hydroplan był już nisko, kierując się pomiędzy szereg trzech zielonych i trzech czerwonych światełek na wodzie. Było jeszcze całkiem ciemno i tylko te światła wskazywały drogę lądowania na czarnej, połyskującej w świetle umieszczonego pod nosem hydroplanu potężnego reflektora, wodzie. Odczuli najpierw niewielki wstrząs, w chwilę później drugi i już tylko pływaki poniosły pozbawioną utrzymujących ją dotychczas w powietrzu sił, maszynę. Prawie jednocześnie zgasły wyznaczające lądowisko światła i przez chwilę zapanowała cisza. Nie na długo, bo zaraz też pojawiła się duża łódź motorowa, której obsada przymocowała linę do kadłuba i pociągnęła hydroplan ku brzegowi.

- No, emocji trochę było - wyglądając przez okno, Henryk powiedział jakby do siebie.

- Przeżywał pan jakieś emocje? - zdziwiony Manfeld popatrzył na niego.

- A nie? Pierwszy raz w życiu leciałem hydroplanem, pierwszy raz w życiu lądowałem na wodzie i to jeszcze w ciemnościach nocy. 

- E, chyba nie było tak źle. To znakomici piloci, maszyna sprawdzana na bieżąco, a ci, którzy zapalili światła na łódkach, najbardziej zaufani i dobrze przeszkoleni.

- Niby tak, ale lądować na jeziorze…

- To akurat jest rzeka.

- Taka wielka?

- Tutejsze rzeki często są wielkie. Ta, co prawda do Amazonki nawet się nie umywa, ale jak widać, mała też nie jest.

- Faktycznie. I myślę, że byłoby niestosowne pytać o jej nazwę? 

- Jak najbardziej, herr doktor. Jak najbardziej!

            Umilkli, ale Henryk swoje już wiedział. Rzeka nazywała się Parana i była drugą co do wielkości w całej Ameryce Południowej. Miała 4700 kilometrów długości, a wpływające w nią statki morskie docierały aż do Santa Fe, ponad 300 kilometrów od ujścia do oceanu! Zaś oni sami byli gdzieś w prowincji Misiones. I chyba właśnie w miejscu, o którym wcześniej mówił Getz. 

            Na razie jednak nie było sensu się zastanawiać. Ciągnąca ich motorówka dobiła do brzegu, ciągnącą ich linę ujęło kilku ludzi i powoli dociągnęło hydroplan na skraj wody. Otwarto drzwi i wreszcie mogli wyjść na zewnątrz.

            Nie było tam wiele do oglądania. Wokół czaiła się noc, hydroplan wyciągnięto na drewnianą rampę, a z oględzin okolicy można było tylko wnioskować, że znajdują się w jakimś zakolu czy starorzeczu.

- To jak będziemy podróżować dalej? Wkoło tylko las i ciemno jak w dupie u Murzyna!

- Spokojnie doktorze. Zaraz zabierze nas motorówka. A co do ciemności i dupy tego Murzyna, to ja bym jeszcze dodał, że o północy i po zupie jagodowej.

- Dobre! - mimo woli Henryk roześmiał się serdecznie. - Nigdy o tym nie słyszałem.

- A widzi pan? Czasem nawet w środku dziczy można się czegoś nauczyć.

 

            Nie płynęli daleko. Motorówka, do której wsiedli, przybiła do brzegu już po kilku minutach. Błysnęły w ciemnościach światła latarek, zaświeciły oksydą lufy dwóch MG - 42 opartych nóżkami o kamienne osłony. - Swoi! - rozległo się po chwili i z ciemności padło zezwolenie. - Można wysiadać.

Wyszli na brzeg, potykając się o kamienne podłoże.

- Tędy! - przewodnik o niewidocznej w ciemnościach twarzy zaświecił latarkę i strumieniem światła pokazał drogę. Proszę iść za mną!

            Ruszyli. Henryk zaraz za przewodnikiem, Manfeld z tyłu. Idąc stromą ścieżką przez kilkadziesiąt metrów, Henryk przypomniał sobie nagle podobną noc. Niespełna rok temu, na Dolnym Śląsku, gdy wraz z ostatnim reichsführerem SS, Karlem Hanke, też szli za przewodnikiem. Mało wtedy nie wpadł w sowieckie łapy, ale to mu już raczej nie grozi. Rogozin niewątpliwie już nie żyje, a tu przecież sami swoi. - Swoi? - zdziwił się po chwili. - Tak pomyślałem? To przecież najwięksi, najbardziej zacięci wrogowie, zarówno jego, jak i całej normalnej, spokojnej ludzkości. Więc chyba tylko pod tym względem, że uważają go za jednego z nich, że nie odkryją jego prawdziwej tożsamości, ani też nie nabiorą w tym względzie żadnych podejrzeń. Bo inaczej…

Doszli wreszcie do jakiejś dużej kamiennej budowli z niemniej okazałym tarasem. Na nim światło latarek wydobyło z ciemności postać strażnika z MP - 40 w dłoniach, który skierował ich na odchodzącą w lewo ścieżkę. Poszli więc dalej i wkrótce trafili na podobny obiekt.

- To tymczasowa kwatera reichsleitera Bormanna. Jest tam mały pokój gościnny i tam pan będzie spał przez te kilka dni - Manfeld wskazał dłonią na drzwi z boku. - Strażnik pokaże panu co trzeba. Budzik proszę nastawić na dziewiątą. Śniadanie przyniosą pół godziny później. Dobranoc!

 

            Dźwięk, który wyrwał go ze snu był jakiś nierzeczywisty. Dopiero po chwili zrozumiał, że nie była to jednak wina budzika. To kamienna konstrukcja wzmacniała część dźwięków, powodując głuchy pogłos i dziwne, niskie brzmienie. Wyłączył sygnał budzenia, przeciągnął się, wstał i wyjrzał przez okno. Dzień. Nie taki, do jakiego był przyzwyczajony i nie taki, jakiego by kiedykolwiek doświadczył. Mimo wysoko świecącego słońca, wokół panowały cienie i półmroki, z rzadka tylko przetykane złotą nicią światła. Spojrzał więc w górę i zrozumiał. Las subtropikalny, a w zasadzie nawet już nie las, a raczej dżungla. Zieleń była wszechobecna, przesłaniając wszystko już po kilkunastu metrach. Wilgoć pewnie nie mniejsza, niż w osławionym Wilczym Szańcu, koło Rastenburga, gdzie führer spędził znaczną część wojny i gdzie dokonano na niego zamachu. Henryk nigdy w nim nie był, ale już słyszał od Bormanna jakie komary tam latały. Prawie jak tropikalne, bo bywały dni, że musiano chodzić w siatkach na głowie i spać pod moskitierami. - Zobaczymy więc, co będzie dalej - pomyślał, nim spostrzegł jakiś ruch. Zza nieodległego krzewu, którego nazwy nawet nie znał, wysunęła się psia morda. Wielki owczarek niemiecki popatrzył przez chwilę w jego stronę, lecz poderwany jakąś komendą, z ociąganiem poszedł dalej. Za nim ukazała się długa linka, trzymana przez strażnika z pistoletem maszynowym na ramieniu. - O, mają tu i psy! Były już wcześniej, czy też przestraszyli się po Inalco?

            Nie znalazł odpowiedzi na to pytanie, więc zabrał się za toaletę. Ogolił się nad umywalką, gdzie znalazł gotową do użycia brzytwę, przyczesał włosy, wskoczył w ubranie. W samą porę, bo chwilę później zapukano do drzwi i mężczyzna wyglądający raczej na kelnera niż na któregoś ze strażników, przyniósł śniadanie na tacy.

- Kawa, herbata czy kakao? - spytał, rozstawiając kilka talerzyków na stoliku pod oknem.

- To jest aż taki wybór? - Henryk był autentycznie zdziwiony.

- A co pan myślał, doktorze? Że będziemy tu pana głodzić? - sylwetka Manfelda pojawiła się w drzwiach tak nieoczekiwanie, że Henryk aż się wzdrygnął.

- A, to pan, standartenführer… Myślałem, że spokojnie będę mógł zjeść śniadanie.

- I nie mylił się pan. Pomyślałem tylko, że może mógłbym je zjeść w pańskim towarzystwie.

- A, jeżeli tak, to serdecznie zapraszam. Nie wiem tylko, czy tym co tu właśnie przyniesiono, obaj się najemy.

- Nie ma obawy - Manfeld skinął na kelnera i po półtorej minucie druga taca wylądowała na stoliku.

- To co mam podać do picia?

- Może kakao? Jakoś dawno go nie piłem.

- Dla mnie też - Manfeld powtórzył zamówienie Henryka. - I jak się tu panu podoba, doktorze? - pierwsze kęsy nie przeszkodziły Manfeldowi w rozmowie.

- Zielono.

- Słucham?

- Powiedziałem, że zielono. Takie jest moje pierwsze wrażenie. Innych nie mam, bo wcześniej było ciemno, a to co widzę, to tylko z okna.

- A rzeczywiście… Zjemy i trochę pana tu oprowadzę.

- A co tu może być ciekawego? Dżungla, budynki i to wszystko - Henryk świadomie bagatelizował sprawę.

- O, jeszcze się pan zdąży zdziwić. Widzi pan te mury?

- Mury jak mury. Widziałem już takie, w naszych średniowiecznych zamkach. Ale to nie są zamki.

- Niby nie. Ale jesteśmy tutaj bezpieczni tak samo, jak w niezdobytej twierdzy.

 

Komentarze