15.07.1946, późne popołudnie - Argentyna, San Carlos de Bariloche, siedziba Martina Bormanna.
- Więc nie ma go tutaj! - łapczywie wręcz rzucili się na dostarczone im zdjęcia i po chwili już wiedzieli.
- Czyli co? - Bormann pierwszy zadał pytanie. - Żyje, czy nie żyje? Porwali go, czy też jakimś cudem udało mu się zbiec? A jeżeli tak, to gdzie mógłby się ukryć?
- Nie wiemy i być może nigdy się już nie dowiemy. Ale jeżeli udało mu się wyjść cało, to na pewno gdzieś się przyczaił. Może w hotelu, może w fabryce Fritza Mandla, a może nawet w tej firmie Josepha Brandta.
- To musimy mieć ich wszystkich na telefonie. Codziennie! A teraz następne pytanie? Kto?
- Kto co?
- Nie udawaj durnia Manfeld! Kto go zdradził i kto porwał!
- Na pewno nikt z naszych, którzy go ochraniali. Sami przecież położyli swoje głowy. A kto zdradził? Przecież nie od dzisiaj wiemy, że to właśnie Wirth był sowieckim agentem. Więc to mógł być tylko on, co zresztą sam potwierdził podczas przesłuchania.
- Chcesz więc powiedzieć, że porwali go Sowieci?
- Nie wiemy czy go porwali. Mógł się im wymknąć. Mógł też niestety zginąć i przez przypadek znaleźć się w innym prosektorium. A co do ustaleń… Doktor Vogel zna przecież jednego z lekarzy w Buenos, który wykonuje sekcje dla sądów i policji. Opowiadał o tym jeszcze w Inalco. Gość studiował u nas, w Berlinie, razem z Voglem, podobno nawet na jednym wydziale i na jednym roku Akademii Medycznej. Mógł więc robić i te sekcje. Więc może poprzez Vogla…
- No to na co pan czeka? W hydroplan i do Misiones! Ma pan na to 24 godziny. A jak już go pan tu przywiezie, odpowiednio go przygotujemy, zadaniujemy, przekażemy niezbędne informacje. A później tego naszego Vogla - naturalnie z odpowiednią ochroną - wsadzimy w pociąg do Buenos i niech chociaż raz wykorzysta te swoje medyczne znajomości.
20.07.1946 - Argentyna, Buenos Aires.
- Więc mówisz, Maksymilian, że uciekłeś z III Rzeszy? - doktor Ignacio Bianchi był już po czwartym kieliszku i mówił coraz rozwleklej.
- Daj spokój… Może nie tyle uciekłem, co legalnie wyjechałem zaraz po wojnie. Nie chciałem już tam żyć, pod butem tych pieprzonych ruskich. Masz pojęcie, co się działo w zdobytym przez nich Berlinie, a i w całej ich strefie okupacyjnej? Człowiek nie był pewien dnia ani nocy. Gwałty, rabunki, morderstwa, podpalenia. I to często nawet w biały dzień.
- To dlaczego wówczas nie wyjechałeś do którejś zachodniej strefy? Do Amerykanów, Anglików, czy nawet Francuzów?
- Oni też często zachowywali się nie tak, jakby można się było po nich spodziewać, chociaż z reguły o niebo lepiej niż to wschodnie bydło. Najlepiej chyba zachowywali się Anglicy. Tam jeszcze panowała jakaś dyscyplina i takie rzeczy zdarzały się stosunkowo rzadko. Gorzej już było z Amerykanami. Jakiś tam zwykły Tom czy John oderwany od krowiego ogona w Teksasie lub Arizonie, albo znający tylko plantacje bawełny w Georgii, po prostu głupiał widząc Europę i dodatkowo jeszcze mając broń w ręku. Robił wtedy to, na co nigdy by nie mógł sobie pozwolić w ojczystym kraju. Puszczały mu wtedy wszelkie hamulce i często myślał, że każda kobieta pójdzie z nim do łóżka za przysłowiową tabliczkę czekolady, nylonowe pończochy czy kilka paczek papierosów. A jak nie, to wiesz, co wtedy mogło się stać… Niby dowództwo zabroniło im fraternizacji z miejscową ludnością, ale…
- Zaraz, bo nie zrozumiałem - Bianchi zatrzymał słowotok Vogla. - Nie znam tego słowa. Jak mu tam? Fraternizacja?
- A o to ci chodzi… A mnie się wydawało, że doskonale znasz niemiecki - rozmowa była prowadzona właśnie w tym języku. - W końcu studiowałeś w Berlinie całe pięć lat. A fraternizacja, to po prostu takie bratanie się z obcymi.
- Jasne. Kiedy u was studiowałem, jakoś nie zetknąłem się z tym słowem. Ale to raczej nie były czasy, abyście się wtedy z kimkolwiek bratali.
- No, właśnie. A wracając do tematu… Niby mieli oficjalny zakaz fraternizacji, ale w całej ich armii dziwnie szybko rozpowszechniło się hasło, że kopulacja bez rozmowy to nie fraternizacja! I posypały się gwałty, chociaż nie takie, jak w strefie francuskiej. Tam marokańska dzicz wchodząca w skład ich Korpusu Ekspedycyjnego naprawdę dokonywała masowych gwałtów i rabunków, chociaż z tego co wiadomo, jeszcze nie takich jak u tych pieprzonych ruskich. Po tym wszystkim miałem już dość i dlatego wybrałem Argentynę. Tu przynajmniej ich nie ma i sądzę, że nigdy nie będzie.
- Oj, żebyś się nie pomylił - Bianchi popatrzył na Vogla z zagadkowym wyrazem twarzy.
- Jak to nie pomylił? O czym ty właściwie mówisz?
- W zasadzie to nie powinienem, bo to tajemnica lekarska, ale tobie po starej znajomości wyjątkowo powiem. Słyszałeś o tej strzelaninie sprzed tygodnia? Tu u nas. W Beunos!
- Chyba nie było kogoś, kto by nie słyszał. Radio trąbiło na cały regulator i to 24 godziny na dobę, pisały o tym również wszystkie gazety. Podobno policja zebrała z jezdni aż dziesięć trupów.
- Owszem. A ja byłem jednym z tych, którzy robili im sekcje.
- I co w tym dziwnego? Jesteś przecież wybitnym specjalistą. Studiowałeś w Berlinie, razem ze mną.
- No, właśnie. I dlatego mogę ci powiedzieć - chociaż na polecenie naszego kontrwywiadu nie ujęto tego w żadnym protokole - że szóstka z nich to Rosjanie.
- Niemożliwe. Po czym to niby poznałeś?
- To proste. Człowiek, który ma pod trzydziestkę, z reguły był już kilka razy w życiu u dentysty. Ma więc również parę plomb. A te, u szóstki z tych gości były wschodniego pochodzenia.
- A ty niby skąd to wiesz? Znasz ich plomby? Jakim cudem?
- Nie pamiętasz? Studiowaliśmy razem i na praktykach bywaliśmy również na stomatologii, gdzie akurat leczyli się dyplomaci z ich ambasady. A profesor Leschner sam nas kiedyś zawołał, aby pokazać, jaki szajs im tam wstawiają w te ich komunistyczne paszcze.
- Faktycznie. Można ich po tym poznać, tak jak Żyda po braku napletka!
- Jakbyś zgadł. Bo był tam również jeden Żyd, ale on też był ruski.
- To pewne?
- A ty co? Żarty sobie ze mnie robisz? Jak mówię, że ruski Żyd, to ruski Żyd! Też miał w zębach te ich gówniane plomby.
- A ten cały wasz kontrwywiad? Co on ma tu do rzeczy? I dlaczego nie pozwolili ująć wszystkiego w protokole?
- Tego mi nie powiedziano i czasem lepiej się nie pytać. Widać mają jakieś tam swoje powody. Ale jakie? Nie wiem i nie chcę tego wiedzieć. To już zresztą nie nasza sprawa.
24.07.1946 - Argentyna, San Carlos de Bariloche, siedziba Martina Bormanna.
- Nic już z tego nie rozumiem - skołowany wcześniejszą opowieścią Vogla, Bormann potarł sobie czoło. - Bo skoro odstrzelono nie tylko naszych, ale i Rosjan, to kto mógł ich zaatakować?
- Tego nie wiemy - Manfeld też marszczył czoło. - Według ustaleń poczynionych przez Vogla u tego Bianchi, kilku z nich zginęło od pocisków o kalibrze 9 mm, prawdopodobnie wystrzelonych z pistoletów maszynowych naszej produkcji, MP - 40. Większość od pocisków amerykańskiego kalibru 11,43 mm. Bodajże dwóch miało rany od obu kalibrów naraz, a jeden z ruskich został po prostu rozjechany na placek. Zebrano też z jezdni dwa nasze pistolety maszynowe, kilka amerykańskich pistoletów Colt wzór 1911 oraz kilka argentyńskich marki Ballester-Molina. Tymi ostatnimi posługiwali się właśnie nasi chłopcy.
- Więc co? W tajemnicy przed nami dorwali ich Argentyńczycy? Niemożliwe, bo przecież po cichu z nimi współpracujemy i to z aprobatą samego Perona! Amerykanie? Po co? Nie potrzebują jego wiedzy, bo przecież sami już zbudowali bomby atomowe. Chyba że…
- Że co?
- Żeby nam uniemożliwić zbudowanie takich bomb!
- Myśli pan, reichsleiter? To mało prawdopodobne. Z sekcji wynika, że zginęli tam tylko nasi i ci Rosjanie. Amerykanów nie było, a Rosjan mogło być przecież więcej. Nie tylko tych sześciu.
- No, tak… Być może, że to najbardziej prawdopodobne. Już wiemy, że w oczywisty sposób maczali w tym palce. W dodatku z pomocą jakiegoś Żyda! Wiemy też, że mają Manfreda von Ardenne. Więc gdyby dołożyli do tego naszego Heinricha, wyprodukują taką broń najdalej za trzy lata. A niezależnie od tego, to i tak są to tylko spekulacje, bo dalej nie wiemy kto naprawdę go zabił lub porwał. Bo przecież nie Marsjanie!
- Zbyt mało danych - Manfeld zachowywał zimną krew. - I nie wiadomo, co nam przyniesie najbliższa przyszłość.
- Co przyniesie? - Bormann nagle podniósł głos. - Ja się nigdy nie poddaję. I już postanowiłem. Dam sygnał do Niemiec, do naszego wiernego druha Gerharda Modera. Niech montuje ekipę, która sprawdzi, czy jakoś jednak nie da się wydostać tych trzech bomb spod góry Mulenberg. Bo może nie wszystko zostało tam tak dokładnie wysadzone jak to nam opowiadał doktor Reschke.
- Ale tam teraz Polacy - Manfeld wytrzeszczył oczy. - I Rosjanie. A to już nie jest nasz stary, poczciwy, niemiecki Niederschlesien. Teraz to już ich Dolny Szchlonsk - z trudem i z błędami wysylabizował nową, polską już nazwę.
- Jak zwał, tak zwał. Najważniejsze, że wiadomo o co chodzi. Bo gdyby jednak stamtąd udało się je wydobyć, to…
Nie dokończył. Tylko twarz wykrzywiła mu się w mściwej złośliwości.
02.08.1946 - Argentyna, Buenos Aires, lokal konspiracyjny Wywiadu Armii USA.
- Yes, yes, yes! - wchodząc do Browna McFarland zachowywał się nie jak poważny oficer, a nie przymierzając jak jakiś nieopierzony skaut. - Wreszcie to mamy!
- To, czyli co? - po pięciu dniach działań poza Buenos, major - jak widać - niejednym mógł zaskoczyć.
- Mamy wreszcie podsłuch na Bariloche. Dzięki wskazówkom doktora Reszki udało nam się podpiąć pod właściwą linię telefoniczną i wyodrębnić numer Bormanna.
- Tak szybko?
- Sam się tego nie spodziewałem, ale tak jest. Ten technik, którego tydzień temu ściągnęliśmy ze Stanów to istny geniusz. Fakt, że załatwiliśmy to wszystko przez Clarka, ale…
- Clarka?
- Tak. Tego, który prowadzi Pablo Martineza, gościa z La Faldy, ukierunkowanego na Eichhornów i Fritza Mandla.
- A, już wiem. Ale ostatnio tyle miałem na głowie…
- Cztery dni temu udało nam się podłączyć pod główny kabel telefoniczny i poprowadzić osobne, zamaskowane przewody do pewnego małego domku, leżącego w pobliżu jego przebiegu. Domek wynajął właśnie Clark. Tam nasz technik wczoraj rano ustalił numer Bormanna. Nie do wiary, jak często on rozmawia i to z kilkunastoma osobami dziennie.
- Nie liczy się z możliwymi podsłuchami?
- Nie wiadomo, ale gada jak najęty. To pewnie pokłosie tych ostatnich klęsk, które mu zadaliśmy. Złoto z Inalco, bomby w górach Hartzu, a ostatnio nasz szanowny doktor Reschke… Odsłuchałem już kilka jego rozmów. Są totalnie zdezorientowani, ale też się nie poddają. Wśród wychwyconych połączeń, jedno było nawet do Europy. Bardzo podejrzane, bo Bormann mówił jakimiś skrótami i pseudonimami. O ile dobrze zrozumiałem, swojemu rozmówcy nakazał wyszukanie jakichś ludzi. Ma się z nim jeszcze kontaktować w tej sprawie. Jednym słowem, trzeba będzie trzymać rękę na pulsie.
- Świetnie. Dziękuję majorze. Porozmawiamy jeszcze o tym, pomyślimy, bo ten podsłuch trzeba będzie utrzymać najdłużej jak się da, a do jego kompleksowego rozpracowania zatrudnić porządnego analityka. Sporządzimy stenogramy, poczytamy o czym rozmawiają, ustalimy sieć powiązań… Teraz jednak chwilowo proszę zniknąć. Zaraz będzie tu u mnie doktor Reszka i tę rozmowę przeprowadzić chcę sam. A jak już stąd wyjdzie….
- To?
- Tak, jak już wcześniej ustaliliśmy. Puści pan za nim nasze psy!
Komentarze
Prześlij komentarz