Przejdź do głównej zawartości

ATOMOWY POKER 223

 

            11.09.1946, wieczór – Niemcy, Monachium, amerykańska strefa okupacyjna.


            Jeszcze raz spojrzał na trzymaną w kieszeni małą kartkę, z zapisanym adresem pierwszego z nich. – Niech to diabli wezmą! – pomyślał. – Już prawie półtora roku po wojnie, a ja wciąż jakby na pierwszej linii frontu.

Najpierw jako zakładnik tego cholernego Bormanna, siłą i podstępem wplątany w próbę atomowego zamachu w Poczdamie, gdzie ostrzelany przez jakiś sowiecki patrol omal nie straciłem życia. Potem jako koordynator próby wydobycia pozostałych dwóch bomb atomowych z wysadzonej sztolni w górach Hartzu, gdzie o mały włos nie wpadłem w ręce Amerykanów. A teraz już trzeci raz, kiedy to poderwany do działania telefonem Bormanna, muszę odnaleźć dwóch ludzi z grupy Dietricha, zobowiązanych przysięgą do wykonywania jego rozkazów. – Zaraz… Jego? – pomyślał znowu. – Przecież, o ile wiem, Dietrich miał odpłynąć wraz z Bormannem. Do Argentyny. Więc dlaczego nie przybył tu z powrotem, skoro to zadanie jest tak ważne i niezwykłe? Dlaczego zlecono to właśnie jemu?

            Na to pozornie proste pytanie, były SS-brigadeführer Gerhard Moder nie znał odpowiedzi. Kierowany jednak świadomością bardzo długich rąk, mściwości oraz tajemnych wpływów byłego reichsleitera, wolał wykonać to co musiał. A co tam! On ma tylko przekazać zadania. I to nie on będzie się w końcu narażał.

            Pukanie do drzwi  było uzgodnione i wpisywało się w określony, nie na co dzień stosowany rytm. Dwa razy po trzy szybkie stuknięcia, następnie cztery i znowu trzy. Kombinacja ta zadziałała prawidłowo, bowiem drzwi otworzyły się prawie natychmiast, chociaż nie na pełną szerokość. Dalszą ich drogę blokował gruby łańcuch, a stojący za drzwiami mężczyzna o ponurym spojrzeniu oraz z prawą ręką dziwnie schowaną za plecami, rzucił tylko krótkie i mało przyjazne pytanie.

- Czego?

- Nie poznaje mnie pan? – Moder zrobił krok do tyłu, gdzie od okna na klatce schodowej padało nieco więcej światła. – Czy to pan sprzedaje maszyny do pisania produkcji Metall- Borsig? – widząc napięcie w oczach mężczyzny szybko jednak podał hasło, w których nazwa zakładów pokrywała się z inicjałami Martina Bormanna.

- Zapomniał pan z przodu dodać „Rhein”. A maszyny sprzedawałem kiedyś. Od Magdeburga do Berlina – tu też pierwsze litery w nazwach miast kryły inicjały byłego reichsleitera.

- W porządku. Wpuści mnie pan?

- Pan wchodzi – trzymana dotychczas z tyłu ręka wcisnęła pistolet za pasek od spodni, a otwierający drzwi mężczyzna przyjrzał mu się dokładniej. – Już wiem… Spotkaliśmy się w lipcu ubiegłego roku. W Poczdamie. Jest pan wysłannikiem Bormanna!

- Ciii… O pewnych osobach lepiej nie wspominajmy, tym bardziej głośno.

- Nie było tak głośno, a ściany grube. Tu nikt nie usłyszy – rozmówca Modera zachowywał się już przyjaźniej. To o co chodzi? I dlaczego to pan, a nie Dietrich?

- Dlaczego ja? Prawdę mówiąc nie wiem. Dostałem jednak zadanie i właśnie je wykonuję.

- Od kogo?

- Od samego reichsleitera.

- On tu gdzieś jest?

- Tego nie wiem, a gdybym nawet wiedział, nie miałbym prawa o tym rozmawiać.

- Naprawdę? Każdego można zmusić do mówienia. To tylko kwestia metod – jakieś niepokojące nuty zabrzmiały w głosie mężczyzny.

- Nie do końca – Moder nie pozostał mu dłużny. – Bo żadnymi metodami nie zdobędzie pan wiedzy, której pański rozmówca po prostu nie posiada.

- Remis! – mężczyzna z lekko ukrywanym uśmieszkiem przyjrzał mu się jeszcze raz. – Ale do rzeczy… Co z Dietrichem? Bo to on tu teraz powinien być. Takie były ustalenia, jeszcze z Poczdamu.

- No właśnie tego nie wiem. Musiały być jednak jakieś powody, że to mnie zlecono przekazać panu nowe zadanie.

- A o co chodzi tym razem?

- O wycieczkę.

- I jak znam życie, niebezpieczną?

- Chyba nie tak bardzo. Z pańskimi umiejętnościami i doświadczeniem…

- A konkretnie?

- Do Polski. Na tereny naszego byłego Niederschlesien.

- Pan chyba żartuje… Tam teraz komuniści. Polacy i Sowieci.

- Nikt nie mówił, że będzie łatwo i przyjemnie.

- Dobrze. A co ja z tego będę miał? Bo narażam przecież życie!

- Pięćset zielonych.

- Dziwnie mało…

- Ale w złotych dwudziestodolarówkach. To chyba zmienia postać rzeczy?

- A, to znaczy, że już jest o czym rozmawiać. No to mów pan, ale w krótkich, żołnierskich słowach. Z kim, kiedy i co mam zrobić?

 

            Pół godziny później wszystko było wstępnie uzgodnione. Trochę to trwało, bo chociaż z bezpośrednio podległych Bormannowi i pozostałych w Niemczech ludzi można by jeszcze uformować niezły batalion, to jednak do typowo konspiracyjnej, a przy tym często mokrej roboty nadawało się może ze czterdziestu. Konieczna w planowanej akcji perfekcyjna znajomość języka polskiego stanowiła oddzielną barierę i dodatkowo ograniczała ilość dostępnych ludzi do zaledwie kilku. A Moder był przy tym chyba jedynym, który zachował plany podziemi i obiektów w pobliżu Wałbrzycha oraz dodatkowo osobiście był kiedyś w obiekcie „Centrum”.

 

            15.09.1946, południe – Niemcy, Norymberga, amerykańska strefa okupacyjna. 


            - No i dupa! – mimo pięknego, słonecznego, niedzielnego dnia, Gerhard Moder nie potrafił się powstrzymać, mieląc w ustach te i inne przekleństwa. Pierwsza sprawa poszła gładko, ale druga jak po grudzie. Ernst Lachmut z Monachium natychmiast był do użycia, zdrowy, sprawny i gotowy na każde wezwanie, natomiast tutaj sprawa wyglądała gorzej niż myślał. Trzy dni poszukiwał Georga Lischki, zanim wreszcie wpadł na jego trop, a dopiero dzisiaj był w stanie porozmawiać z nim na osobności. Nie było to łatwe, bo i ten, jak wielu innych zawodowych i walczących na wszystkich frontach minionej wojny żołnierzy, za cholerę nie mógł się przystosować do cywilnego życia. No, po prostu nie umiał wstawać co dzień do normalnej roboty na pierwszą czy też drugą zmianę, cierpliwie czekać na comiesięczną, nędzną wypłatę i pędzić spokojną egzystencję pozbawioną jakiejkolwiek adrenaliny. To nie było życie dla niego, więc szybko się odnalazł w szarej, a tak właściwie nawet czarnej strefie. Pokątnie handlował więc dolarami, narkotykami, amerykańskimi konserwami czy czekoladami, nylonowymi pończochami, gumami do żucia, a nawet kradzioną ze szpitali penicyliną. I to właśnie ta ostatnia była powodem, dla którego na ponad miesiąc wypadł z obiegu. Co prawda nocne włamanie do ambulatorium i szalona ucieczka ze zdobytymi łupami zakończyły się szczęśliwie, ale już sam podział łupów doprowadził do poważnego konfliktu. Na tyle poważnego, że po pełnej wyzwisk i wzajemnych pretensji kłótni, w ręku wspólnika pojawił się nóż. Nie w takich opałach był już w życiu Georg Lischka, ale tym razem nie wyszedł jednak bez szwanku. Wprawdzie chciwy i nieuczciwy wspólnik szybko skończył z nożem w piersi, ale i Georgowi tym razem się oberwało. W zaciekłej bójce, znaczonej kopniakami, ciosami pięści i mijającym go o włos ostrzem udało mu się wreszcie skutecznie i na zawsze powalić przeciwnika. Dostał  jednak przy tym w udo i to praktycznie do samej kości. Niby rana nie była szarpana, ale chwilę wcześniej ostrze wylądowało na ziemi, w ciemnej, błotnistej kałuży. Nie mogło się to dobrze skończyć i rzeczywiście tak było. Ratował się Georg samemu i po cichu dawkami kradzionej penicyliny, ale zranione i zainfekowane brudnym nożem udo jakoś nie chciało się goić. Wreszcie nastąpiło nieuniknione i po upływie półtora tygodnia, gdy na zewnątrz wyciekła zielona cuchnąca ropa, a gorączka o mało nie zwaliła go z nóg, poszukał prywatnej, fachowej pomocy lekarskiej. Stracił na nią całe dwieście dolarów, ale po prawie trzytygodniowym pobycie w szpitalu jako tako doszedł do siebie, wracając w końcu do domu. A tam, nagle i zupełnie niespodziewanie spotkał się twarzą w twarz z byłym brigadeführerem Gerhardem Moderem.

            - No to jak? – po wzajemnych, dłuższych wyjaśnieniach Moder obejrzał go krytycznym okiem. – Pokaż mi wreszcie tę swoją nogę.

Widok nie był ciekawy. Na udzie przyklejony był jeszcze niewielki opatrunek, a i sam delikwent nie wyglądał dobrze. Wychudzony, z poszarzałą cerą, powinien raczej przejść jakąś rekonwalescencję, a nie angażować się w niebezpieczne eskapady. Tyle, że należał do zaledwie dwóch, których dane udało się ustalić po wizycie u Fritza Schaube.

- To co? – padło następne pytanie. – Na kiedy możesz być gotowy?

- Myślę, że za jakieś dwa tygodnie dojdę do formy. Może nie najwyższej, ale wystarczającej. No, wie pan… Po tej gorączce, antybiotyku, długim leżeniu i szpitalnym menu nieco osłabłem. Ale teraz codziennie dużo dobrego jedzenia, od dzisiaj pompki, przysiady i intensywna gimnastyka, a od jutra co najmniej godzinna zaprawa poranna, prawie jak w wojsku. Zobaczy pan… Za dwa tygodnie swobodnie będę biegał pięć kilometrów i to ze sporym plecakiem.

- Dobrze. To teraz jeszcze jedno. Masz tu może jakieś zdjęcia legitymacyjne? Oczywiście swoje.

- A na co to panu? – Lischka spojrzał podejrzliwie.

- To nie domyślasz się? – Moder z dezaprobatą potrząsnął głową. – Przecież  nie możecie pojechać tam na swoich papierach. Jakby co, musicie mieć jakiejś miejscowe. Mamy już wzory stosowanych tam dokumentów i wyprodukujemy wam takie, że nikt ich nie odróżni. A co do twojej formy – tu Moder popatrzył na wiszący koło drzwi kalendarz – wrócę tu w poniedziałek, trzydziestego września. Sprawdzimy, zobaczymy. Jeżeli naprawdę będziesz gotowy, dołączy do nas Ernst Lachmut. Wstępnie już wie, o co chodzi. Ale kiedy udzielę wam ostatniego instruktażu, odwrotu już nie będzie.     

 

            16.09.1946, południe – Niemcy, francuska strefa okupacyjna, wieś niedaleko Koblencji.


Znajomy dźwięk rowerowego dzwonka tym razem zabrzmiał jakby inaczej. Jak? Jakoś tak niecierpliwie? Alarmująco? Wyszli więc na podwórko, spoglądając na listonosza, opierającego właśnie rower o płot.

- To jest właśnie nasz listonosz, herr Hubert Neugebauer – Truda przedstawiła  go Henrykowi.

- A pan to chyba Peter, mąż pani Hildy? – listonosz używał ich imion, takich, jakie już wcześniej poznał.

- Nie do końca. Tak naprawdę mam na imię Paul, ale niezbyt lubię to imię. Brzmi jakoś zbyt z angielska. Prywatnie wolałem Peter, jako bardziej nasze, niemieckie. Ale teraz chyba będę musiał wrócić do oryginalnego imienia. Chociażby po to, aby nie stwarzać zamieszania.

- Słusznie, panie Haaze, bardzo słusznie. Porządek musi być. Ale ja do państwa w innej sprawie…

- Tak? Stało się coś?

- A stało… Mówiłem już kiedyś pani Hildzie. Powinniście sobie kupić dobrego psa.

- Ale po co? – Henryk już podejrzewał, ale wolał się upewnić.

- Żeby ostrzegał, a w razie czego i bronił. Bo znowu był gwałt. I znowu byli to Marokańczycy.

- Gdzie, kiedy?

- A tu, w sąsiedniej wiosce – Neugebauer machnął ręką w kierunku południa. Dwa dni temu. W sobotę. Tym razem pani Rettmann. Dobrze chociaż, że jej córce udało się uciec.

- A jej mąż? Nie bronił ich? – Henrykowi zacisnęły się pięści.

- To wdowa. Jej mąż był spadochroniarzem. Poległ jeszcze w maju 1941, podczas desantu na Kretę. Sam jej zawoziłem zawiadomienie o jego śmierci.

- Cholera jasna! I co teraz? Policja podejmuje jakieś czynności? 

- A daj pan spokój… Co oni mogą, skoro jest to właściwość francuskiej żandarmerii? Wiadomo, że będą bronić swoich. Tym bardziej, że zaraz po gwałcie jeden ze sprawców zginął, formalnie jednak będąc ich żołnierzem. Będą więc prowadzić postępowanie w kierunku wykrycia sprawców zabójstwa, a ofiara gwałtu gówno ich będzie obchodziła.

- To w końcu kto go zabił?

- Tego właśnie nie wiadomo… – listonosz powiedział to jakimś innym niż dotychczas tonem. – Ale śledztwo będzie szło w tym kierunku o którym mówiłem.

- No, ale przecież nie może tak być. Trzeba coś z tym zrobić!

- Tak pan sądzi? – listonosz uważniej spojrzał na Henryka. – Może rzeczywiście nie jesteśmy tak bardzo bezbronni, jak by na pierwszy rzut oka komuś się wydawało.

- A co pan ma na myśli?

- Na razie jeszcze nic. Ale może wkrótce coś panu powiem… – dodał  znacząco i jakby z namysłem. – A na razie tak jak mówiłem. Powinniście kupić psa.

- Ale to może nie będzie potrzebne – Truda nie była przekonana. – Przecież ostatnio jakby się uspokaja.

- Droga pani – listonosz przybrał nagle mentorski ton. – Zapewniam państwa, że to co mówię, to nie jest jakaś nadmierna ostrożność. Znam fakty, które nikogo myślącego raczej nie skłonią do takiego optymizmu. Przynajmniej jeszcze na dzień dzisiejszy.

- A co? Jest pan może jakimś jasnowidzem? – Henryk nie chciał wprost zadać pytania o źródło takich informacji.

- Niestety nie. A przydało by się czasem… – listonosz  chwilę pokiwał głową. – Ale odpowiem na pańskie pytanie, bo to jest w naszym, dobrze pojętym interesie. Interesie wszystkich porządnych Niemców.

- No to pilnie słuchamy.

- Mam bratanka, który jest teraz oficerem policji. Naszej, niemieckiej policji kryminalnej i to tu, w Koblenz, a jeszcze wcześniej był oficerem Abwehry we Włoszech. I on mi to wszystko objaśnił. Znacie państwo określenie „goumierzy”? Zetknęliście się może z nimi?

 

Komentarze