Janusz Wódz
Atomowy Poker
Część czwarta.
Ostatnia runda.
Powieść sensacyjno - szpiegowska, oparta na faktach związanych z programem atomowym III Rzeszy.
Niniejsza publikacja mimo wykorzystania wielu prawdziwych wydarzeń jest fikcją literacką, a ewentualna zbieżność imion i nazwisk - oprócz historycznych - jest przypadkowa.
Wszelkie prawa zastrzeżone.
All rights reserved.
Rozdział I
Brzemienne decyzje.
02.09.1946, wieczór – Argentyna, Buenos Aires, lokal konspiracyjny Wywiadu Armii USA.
- Mamy to! – entuzjazmu w głosie wchodzącego tak nagle i bez zwyczajowego pukania majora McFarlanda, generał Brown nie mógł pomylić z żadnym innym nastrojem. – Wreszcie to mamy!
- Rozumiem, że myślimy o tym samym? – po fiasku blisko miesięcznych poszukiwań Brown był bardziej wstrzemięźliwy.
- Oczywiście, że tak – McFarland wręcz promieniał. – Zlokalizowaliśmy wreszcie to całe Missiones!
- No, brawo majorze! Szlag mnie już trafiał, bo jesteśmy tu zdecydowanie za długo. Najpierw namierzenie tego cholernego sowieckiego szpiega Wirtha oraz jego późniejsza likwidacja i to rękami naszych przeciwników, potem ewakuacja naszego doktora Reszki rozpoczęta dziką strzelaniną w gangsterskim stylu, dwutygodniowy okres przyczajenia się, a teraz miesiąc czasu stracony na poszukiwanie tego cholernego Missiones… Wychodzi na to, że siedzimy tu już całe trzy miesiące!
- I nie był to zmarnowany czas, panie generale. To co pan wymienił, to same sukcesy. A przecież dorwaliśmy też ich złoto, a jeszcze wcześniej te dwie bomby atomowe z gór Hartzu, które chcieli stamtąd wywieźć i tutaj poskładać w całość nadającą się do użycia.
- Majorze… To jednak nie były same sukcesy. Straciliśmy przecież kilku ludzi. Dwóch przy ataku na Inalco, a potem jeszcze jednego w ulicznej w strzelaninie, o której dopiero teraz powoli przestaje się tu mówić. Ale niech wam będzie… To co z tym Missiones?
- Tak jak mówiłem. Zlokalizowane. Załatwiliśmy to przez jednego z miejscowych kłusowników, polujących tutaj na kajmany. Bał się jak cholera i to znacznie bardziej tych ludzi, którzy tam są, niż jakichkolwiek krwiożerczych bestii czających się w wodach Parany. Podobno już kilku miejscowych zaginęło tam w tajemniczy sposób. Nasz kłusownik dba jednak o własną skórę i dopiero pięćset dolarów skłoniło go do działania. Nasz człowiek który z nim był, zdołał zrobić z daleka i z ukrycia kilkadziesiąt zdjęć. Teraz trzeba będzie posłać tam co najmniej drużynę naszych najlepszych zwiadowców. Niech poobserwują, wykonają dodatkowe zdjęcia, zrobią jakieś szkice, zorientują się w zwyczajach mieszkańców i sposobie ochrony tego obiektu. A potem będziemy działać według poczynionych ustaleń.
- Wstępne szkice już są. Mamy je przecież od doktora Reszki, który tam był i choć co prawda tylko raz, ale pamięć ma znakomitą. Narysował co widział, opowiedział o strażach, łodziach, rampie, hydroplanie, o obiekcie gdzie przebywał sobowtór Adolfa, ten cały jego lekarz doktor Vogel oraz gdzie była tymczasowa kwatera Bormanna. To już jest olbrzymia wiedza.
- Oczywiście, ale wszystko się zmienia. A ewentualny atak na Missiones będzie jednak trudniejszy niż na Inalco. Są już znacznie bardziej czujni i przewidujący. A ponadto mają psy!
- No, tak… Z tym rzeczywiście jest problem. Bo wystarczy, że tylko jeden zwierzak zacznie drzeć mordę i najlepszy nawet plan w cholerę może się posypać.
- Może jednak nie będzie tak źle – McFarland okazał się umiarkowanym optymistą. – Najpierw może ściągnijmy ekipę, która przejmowała te atomowe zabawki w górach Hartzu. Niech zrobią rozpoznanie i to takie, że będziemy mieli wszystko jak na widelcu. A później…
- Tak?
- Ściągnijmy ludzi majora Pattersona. Majora, bo przecież on też awansował po tej akcji w Inalco. I lepszych zabijaków raczej nigdzie nie znajdziemy.
- Zobaczymy… Zastanowię się – Brown nie był takim optymistą. – To jednak była by cholernie ryzykowna operacja. Jedyny plus to taki, że według ustaleń naszego doktora, nie ma tam już Ewy Hitler i jej córki. Więc jakby co, tym razem możemy tam spokojnie wszystkich wystrzelać.
- I na pewno wszyscy tam sobie na taki los zasłużyli – McFarland miał w tej sprawie pogląd jasno określony.
- Spokojnie majorze. Na razie nie wybiegajmy przed orkiestrę. Zresztą, powinien pan pamiętać, co nasz drogi doktor Reszka powiedział nam kiedyś o planowaniu.
- Pan wybaczy generale, ale nie kojarzę…
- Nie? A to powiedzonko, z którego tak bardzo żeśmy się wszyscy śmiali?
- A, już wiem!
- No, właśnie. „Zaplanował pierdnąć, a się zesrał!” I niestety często w życiu tak się zdarza. A propos – dodał po chwili zadumy. – Co tam słychać u naszego doktora? Telefonowano z Niemiec? Dopłynął już do tego Hamburga?
- Dzisiejszego ranka, zgodnie z planem rejsu. Na miejscu przejęło go dwóch naszych ludzi. Obserwują go bez przerwy. Stwierdzili, że od razu po zejściu ze statku rozpytywał się o jakiś hotel i ostatecznie zajął pokój w jednym z nielicznych tam w miarę ocalałych, o nazwie „Odeon”. A zaraz potem poszedł w miasto.
- Gdzie konkretnie?
- No, właśnie… I tu jest problem, bo poszedł w to morze ruin, które pozostały po naszych wojennych bombardowaniach. Niby powoli zaczynają już część tego odbudowywać, ale dalej są tam miejsca, gdzie krajobraz jest iście księżycowy. Chodził tam, rozglądał się, ale z nikim nie rozmawiał. O ile dobrze zrozumiałem, wcześniej w kiosku przy porcie kupił też plan Hamburga, jeszcze przedwojenny, bo nowych dotychczas nie wydrukowano.
- O ile dobrze pan zrozumiał?
- Panie generale… Przecież pan wie, że posługujemy się u zwykłą, cywilną linią. Co prawda ustaliliśmy ze stuprocentową pewnością, że nie ma na niej żadnych podsłuchów, a numer naszego telefonu oficjalnie przypisany jest do pewnego pustostanu na drugim końcu miasta, ale otwartym tekstem też nie możemy mówić. Czasem więc mogą powstać jakieś przekłamania. A do precyzyjnych danych powrócimy dopiero wtedy, gdy z powrotem znajdziemy się w Stanach.
- Dobrze. Trzeba go pilnować, jak oka w głowie. Bo kto wie, do czego jeszcze może się nam przydać, albo też przed kim trzeba będzie go chronić.
- To może jeszcze zarządzić wzmocnienie obserwacji? – McFarland jak zwykle wykazał się przezornością.
- Dobrze – Brown również nie zamierzał ryzykować. – Proszę zarządzić dodanie trzeciego człowieka. I tak, jak już mówiłem… Musimy dokładnie wiedzieć, gdzie nasz szanowny pan doktor zarzuci swoją kotwicę i myślę, że powinna być to sprawa kilku najbliższych dni! A jak to wszystko się już poukłada, to wtedy pomyślimy co dalej. Czy uderzymy na Missiones, aby wreszcie tu i teraz na zawsze skończyć z tą hitlerowską hydrą, czy też najpierw wracamy do Stanów i montujemy nową ekipę.
- Jeszcze jedną? Na co? – McFarland przez chwilę myślał, że się przesłyszał.
- Jak to na co? Przecież już kiedyś wspominałem. Na Polskę i te trzy atomowe bomby, które doktor Reszka pozostawił pod górą Mulenberg!
03.09.1946 – Argentyna, San Carlos de Bariloche, siedziba Martina Bormanna.
- Niech to jasna cholera! – okrzyk Bormanna po odejściu od telefonu postawił Manfelda na równe nogi. Coś było znowu nie tak, tylko co? Bo to pasmo ostatnich niepowodzeń ciągnęło się już zbyt długo i groziło naprawdę nieobliczalnymi konsekwencjami. Byli inwigilowani i to już w żadnej mierze nie ulegało wątpliwości. Tylko kto zdradził? Kto był tym podłym kretem? Tylko w tym roku stracili przez niego dwie bomby atomowe, kilkanaście ton złota, a na koniec jeszcze doktora Reschke. Doktora będącego ostatnią już chyba nadzieją IV Rzeszy!
- Stał się coś, herr reichsleiter?
- A stało! Stało się jak diabli. Zupełnie o tym zapomniałem, ale przecież Moder nie ma dostępu do danych ludzi Dietricha.
- Nie rozumiem…
- A co tu jest do niezrozumienia? Moder miał dostęp tylko do danych tych ludzi, którzy mogli być wykorzystani bezpośrednio przy sztolni i bombach w górach Hartzu. Wszyscy oni zostali albo zabici, albo ujęci podczas tej amerykańskiej akcji z końca lutego tego roku. A ludzie Dietricha to byli ci, których wykorzystałem do akcji w Poczdamie.
- Ale przecież oni nagle nie zniknęli! Nie rozpłynęli się we mgle. Ktoś musi mieć do nich dostęp…
- Sęk w tym, że nie. Dostęp do ich danych i adresów miał tylko Dietrich, wtedy jeszcze mój zaufany ochroniarz. Ale kiedy zdradził i trzeba się go było pozbyć, nikt jakoś nie wpadł na pomysł, aby wcześniej, siłą czy podstępem wyciągnąć od niego te dane.
- No to ktoś popełnił cholerny błąd. Nie może być tak, że o czymś ważnym wie tylko jedna osoba. Bo jak coś się jej przydarzy…
- Nie mędrkujcie mi tu, Manfeld.
- Przepraszam, ale mówię jak jest… I co teraz?
- Jest chyba jeszcze jedna możliwość. Fritz Schaube.
- Nie znam.
- To jeden z moich ludzi, stary bojownik, członek NSDAP i SA jeszcze z czasów Coburga i Monachium.
- Kim był? I kim jest teraz?
- Kim był? W zasadzie nikim ważnym. Chociaż miał numer legitymacji partyjnej poniżej dziesięciu tysięcy, przy najlepszych nawet chęciach nie można go było awansować nawet na stanowisko kreisleitera. Rozumiesz? Wierny, ale mierny. Chodziły też niejasne słuchy, że ma skłonności do młodych chłopców, chociaż oficjalnie nigdy tego nie potwierdzono.
- Czyli homoseksualista?
- No, właśnie nie do końca wiadomo. Gdyby go na tym przyłapano, była by to smycz, na której można by go mocniej trzymać. I z tego też miedzy innymi powodu, wyżej go nie awansowano. Wiadomo, jak to jest… Stwierdzić coś takiego u szeregowego członka partii, to jest jednak zupełnie inna sprawa niż u powszechnie znanego, prominentnego i wysoko postawionego partyjnego działacza. Rozumiesz? Ma to zupełnie inny wydźwięk społeczny a taki przypadek uderzał by jednak prosto we mnie. Moi wrogowie natychmiast by to wykorzystali. Teraz Schaube prowadzi firmę transportową w Poczdamie, którą zresztą z moją bezpośrednią pomocą przejął w 1937 od pewnego wyjeżdżającego z Niemiec Żyda. Z tego powodu winien jest mi psią wierność, ale też i wie, że jakakolwiek zdrada kompletnie by mu się nie opłacała. Na dzień dzisiejszy funkcjonuje, a przynajmniej powinien funkcjonować zupełnie spokojnie. Ponieważ wcześniej był mało znany, nikt się go nie czepia.
- No, nie był bym taki pewny. Od pana wyjazdu z Poczdamu upłynął już przecież cały rok, a tam teraz sowiecka strefa okupacyjna. Kto wie, jakie zmiany tam zaszły.
- To znaczy?
- Podobno wprowadzają tam komunizm. Wszystko uspołeczniają.
- Czyli co?
- Wszystko ma być wspólną własnością robotników i chłopów. Więc jeżeli była to prywatna firma tego Schaube, to już jej może nie być.
- Jasna cholera! – Bormann mało nie złapał się za głowę. – Trzeba to natychmiast sprawdzić.
- Ale jak? Mamy nie niego jakiś namiar?
- Mamy numer telefonu. Więc jeżeli jeszcze tam jest…
- W porządku. Zadzwonić oczywiście można, a w tej sytuacji nawet trzeba. Ale jeśli nawet jeszcze tam jest, to co to da? Zna kogoś z ludzi tego Dietricha? Ma z nimi jakiś kontakt?
- Nie do końca, ale pewna szansa jest. W przypadku zmiany adresu mieli przysyłać listy do firmy. Znaczek miał mieć naderwany lewy dolny róg. Imię nadawcy miało być prawdziwe i nigdy nie zmieniane. Nazwisko oczywiście było by zmyślone i nie mające nic wspólnego z rzeczywistym. Adres nadawcy miał być też zaszyfrowany. No, wiesz… Miejscowość i ulica miały być prawdziwe, ale do numeru posesji trzeba było dodać liczbę pięć, a do numeru mieszkania osiem.
- Czyli mogli się zamelinować tylko w jakichś większych miejscowościach. Bo na wsi tak numer by nie przeszedł. Z reguły nie ma tam jakichś wyodrębnionych i nazwanych czyimś imieniem ulic, a już wielorodzinnych budynków to jak na lekarstwo.
- Oczywiście. Więc jak zadzwonimy…
- To i tak możemy się rozczarować. Bo jeżeli nie zmieniali adresu…
- Nie kracz już Manfeld. Tu masz numer tego telefonu – z szuflady biurka Bormann wyjął niewielką, pokrytą cyframi kartkę. – Zorganizuj połączenie i zapiszemy podane nam adresy. A później nawiążemy z nimi kontakt.
Komentarze
Prześlij komentarz