Przejdź do głównej zawartości

ATOMOWY POKER 220

 

            - To jest pański oficjalny paszport - generał Brown położył dokument na biurko. - Według zawartych w nim danych, jest pan obywatelem amerykańskim i zgodnie z pańskim życzeniem nazywa się Henry Reszka. Gratuluję!

- A te drugie dokumenty?

- Naprawdę chce je pan otrzymać?

- Umówiliśmy się…

- Dobrze. Ma pan tu też niemieckie papiery, odpowiednio ostemplowane,  jeszcze z hitlerowskim orłem i swastyką. To czyste blankiety, wiec można tam wpisać dowolne dane. Jeżeli znajdzie się pan w Niemczech, do końca roku trzeba będzie je wymienić na nowy dokument. Na razie zaś, w myśl przepisów denazyfikacyjnych, swastykę należy zakleić kawałkiem papieru.

- Rozumiem.

- No to jeszcze mała niespodzianka - Brown sięgnął do szuflady wyjmując z niej sporych rozmiarów kopertę. - Wie pan, co to jest?

- Nie mam pojęcia…

- Proszę - podsunął mu pakunek, z którego Henryk z niedowierzaniem wyjął papiery Grzegorza Beresia. Papiery, na których funkcjonował przez pierwszy i najbardziej gorący powojenny okres i które pozostawił w nodze od stołu montażowego, w sztolni Gór Hartzu!

- No, dziwi się pan? Pamiętaliśmy również o tym drobiazgu, który prawdopodobnie kilkakrotnie uratował panu życie. Nie sądzę, aby się jeszcze przydały i będzie to dla pana raczej miła pamiątka, ale kto wie… Z tym, że tym razem radzę je głęboko schować. A jak będzie je pan jeszcze kiedykolwiek pokazywał, to już chyba tylko wnukom!

- Dziękuje panie generale. Nie spodziewałem się…

- A ja cały czas się spodziewam, że to jeszcze nie koniec naszej, jakże owocnej znajomości. Te wszystkie papiery daję panu z ciężkim sercem i jeszcze raz namawiam do pracy dla nas. Do Polski, takiej jak obecnie, nie ma pan po co wracać. Z kolei w Niemczech, co będzie pan robił? Gdzie i dla kogo będzie pan pracował, w dodatku pod fałszywym nazwiskiem? Prędzej czy później przecież pana zidentyfikują. A jeżeli nawet nie, to przecież chyba nie będzie pan pracował dla tych, przeciwko którym tyle lat pan walczył? W dodatku, gdy odkryją pańską starą, niemiecką tożsamość, nie zostawią pana w spokoju. A mają jeszcze cholernie długie ręce!

- Wiem i bliski jestem przyjęcia pańskiej propozycji. Ale nie tylko ja będę o tym decydował.

- Kobieta również?

- Zgadł pan.

- No, cóż… W takim razie życzę powodzenia. Dokumenty i pieniądze już pan ma, bilety na statek do Hamburga również, ale nasza oferta nadal jest aktualna. Dane kontaktowe na Niemcy pozostają bez zmian i w każdej chwili może pan się do nas ponownie zgłosić. Jeżeli więc …

- Nie musi pan kończyć. To wystarczy, aby podjąć decyzję na tak, albo na nie.

- W takim razie jeszcze raz życzę powodzenia - Brown wstał i uściskał prawicę Henryka. - I mam cichą nadzieję, że nie żegnaj, a do zobaczenia!

 

            Patrzył jeszcze za wychodzącym, gdy z boku cicho otworzyły się drzwi i z pytającym wyrazem twarzy do pokoju zajrzał McFarland.

- Ludzie gotowi? - pytanie Browna było ekstremalnie krótkie.

- Tak jest!

- To spuszczaj ich ze smyczy. Był, jest i myślę, że zawsze będzie po naszej stronie, ale musimy dokładnie wiedzieć, gdzie nasz pan doktor zarzuci swoją kotwicę.

- Naprawdę będzie nam jeszcze potrzebny? 

- Nie możemy tego wykluczyć, majorze. Już ściągnęliśmy do Stanów półtora tysiąca ich uczonych i to często znacznie mniejszego kalibru. Ten może być jeszcze na naszym topie. Ponadto, z naszej gry tak naprawdę nie odchodzi się nigdy. A potem…

- Tak?

- Zmontujemy jeszcze jedną ekipę. I pojedzie ona do Polski.

- Do Polski? - McFarland aż otworzył usta. - Po co?

- Muszą wejść do kompleksu „Centrum”. Tym tajnym wejściem, którym jako jedyny wydostał się Reszka. Sprawdzić co z tymi trzema bombami, które tam zmontował i pozostawił nasz doktor. Określić, czy da się je stamtąd wyciągnąć i wywieźć, czy też może trzeba je będzie na miejscu wysadzić, aby raz na zawsze pozbyć się zagrożenia. Nie możemy ryzykować, że kiedykolwiek dorwą je ruscy.

- Nie jestem pewien czy tam trafimy… - McFarland był mocno sceptyczny.

- Myślę, że tak. Reszka opisał nam wszystko tak dokładnie, jak tylko jest to możliwe. Do sztolni w górach Hartzu trafiliśmy jak po sznurku, więc i teraz powinno być dobrze. W każdym razie ja nie przewiduję większych trudności.

- A major Orawa? - McFarland drążył temat.

- Orawa? Powoli będziemy kończyli jego pobyt w Argentynie. W ciągu dwóch czy trzech miesięcy i to pod jakąś dobrą legendą wyjedzie stąd na zawsze. Firmę „Morano”, tak jak i wcześniej pociągnie Diego Velasquez, bo kto wie, do czego jeszcze może ona nam się przydać. A Orawa, czyli tutejszy Joseph Brandt, rozpłynie się w powietrzu jak jakiś duch. Tu już zrobił co swoje.

- Jak przysłowiowy Murzyn?

- A tak. Murzyn zrobił swoje, Murzyn może odejść. Nie powiem… Oddał nam wielkie usługi. Nawet większe, niż dziewięćdziesiąt dziewięć procent naszych ludzi, ale i my przecież nie mamy sobie nic do zarzucenia. Dostał nasze obywatelstwo, przyjęty został do naszej armii, zaliczyliśmy mu staż służby z polskiego wojska i wyciągnęliśmy jego rodzinę spod sowieckiej okupacji. Teraz spokojnie odjedzie do Stanów, dostanie dobrą, wojskową  emeryturę i będzie mógł się wreszcie zająć swoim nowo narodzonym wnukiem. Mało?

 

                                                    Rozdział III

 

                                          Z dalekiej podróży.

 

08.09.1946, popołudnie - Niemcy, francuska strefa okupacyjna, wieś niedaleko Koblencji. 

           

            Który to już samotny dzień? Dawno już straciła rachubę, żyjąc tylko bieżącymi sprawami i ciężką pracą. Bo okazało się, że choć ziemia naprawdę zapewnia niezależność, ale zawsze jest coś za coś. Wybrała hodowlę kur jako najmniej wyczerpującą, ale smród z kurnika o minusach tej decyzji nigdy nie dawał o sobie zapomnieć. Dłonie, ledwo już przypominające te z okresu berlińskiego, też były jakby z innego świata. I tylko zdjęcie nie chciało się zmienić. Zdjęcie w papierach Paula Haaze, tak bardzo przypominające jej Heinricha. Już od Wigilii Bożego Narodzenia, kiedy to zostawiła przy stole pusty talerz dla nieoczekiwanego gościa, w każde niedzielne popołudnie kładła je na stole, obok kartki sprzed ponad roku. Kartki stanowiącej jedyny dotychczas znak życia od niego. Dzisiaj też położy tę kartkę, położy papiery Paula Haaze, zostawi pusty talerz i odsunie krzesło. Bo gdyby jednak jakimś cudem niespodziewanie się zjawił? Aż się wzdrygnęła na tę myśl, która od jakiegoś czasu była już jakby słabsza. Rozejrzała się jeszcze pod grzędach, wzięła koszyk z jajkami i poszła w stronę kuchni. 

 

            W pięć tygodni od późnej zimy do późnego lata? Oczywiście, że jest to możliwe, gdy podróżuje się statkiem z Argentyny do Niemiec. Co prawda był po drodze postój w Rotterdamie, ale tylko dwa dni i dopóki nie wylądował w hamburskim porcie, pełną piersią sycił się nowym życiem. Życiem, na które nikt już nie czyhał. Czasem, którego rytmu już nie odmierzało dyskretne oglądanie się za siebie, czy też dotrzymywanie kolejnych terminów spotkań. Czy domyślał się, że nawet tam, na pokładzie przemierzającego Atlantyk parowca, miał jakiegoś anioła stróża? Tak, ale tymczasem głowy tym sobie nie zawracał. Przecież ten ktoś, kogo na ograniczonej powierzchni pokładu musiał widzieć przynajmniej kilkadziesiąt razy, nie podąży za nim lądem. Musi go przekazać komuś innemu, a właściwie  nie komuś, a przynajmniej kilku opiekunom, którzy podążą za nim krok w krok. - Czy tak naprawdę mam jeszcze coś do ukrycia i to przed Amerykanami? - Henryk zadał sobie to pytanie jeszcze na środku oceanu i równie szybko odpowiedział. - Niby nie, ale po tych wszystkich latach jakoś nie lubię być szpiegowany!

            Jeszcze więc w Hamburgu rzekomo na tydzień zatrzymał się w hotelu, codziennie po kilka godzin klucząc po mieście, jakby wśród kwartałów wypalonych ruin usilnie czegoś szukał i pod wieczór trzeciego dnia był już gotowy. Tuż po północy wyskoczył z okna niskiego parteru, klucząc ciemnymi ulicami doszedł do dworca i w jedynej otwartej o tej porze kasie kupił bilet do Hannoveru. Nocny pociąg ruszył o 02.30, ale zdziwił by się ktoś, kto by go w nim szukał. Piętnaście minut wcześniej odchodził bowiem pociąg do Bremerhaven i to w nim znalazł się Henryk, po wcześniejszej wizycie w toalecie, w której, mimo protestów obsługującej ten przybytek starszej pani, przeszedł do części przeznaczonej dla kobiet i takimż wejściem znajdującym się z drugiej strony tego przybytku wyszedł. Do pociągu wskoczył w ostatniej sekundzie i w ciągu najbliższych trzech dni podobne manewry powtarzał aż pięciokrotnie. Dotarł wreszcie do granicy francuskiej strefy okupacyjnej i przekonał się, że wbrew temu, co działo się na styku stref brytyjskiej i amerykańskiej, ci nie odpuścili dokładnych kontroli. - No, tak! - pomyślał. - Jako jedyni z tej trójki koncertowo dostali w dupę, kapitulując przed Hitlerem w haniebny sposób i na haniebnych warunkach, w tym samym lasku i w tym samym wagonie kolejowym, w którym Niemcy podpisywały upokarzające ich zawieszenie broni kończące Wielką Wojnę z lat 1914 - 1918. Teraz odreagowują swoje kompleksy, nadmierną służbistością i surowością doprowadzając do upokarzania bezbronnych niemieckich cywilów. Nie miał więc chęci ryzykować przechodzenia na niemieckich papierach, ale i tym bardziej na amerykańskich. Cóż to bowiem za Amerykanin, który zamiast samochodem, jedzie pociągiem czy autobusem i jeszcze w dodatku nie mówi dobrze po angielsku? O amerykańskiej odmianie tego języka nie było nawet co myśleć i po krótkim namyśle Henryk zdecydował się przejść granicę na dziko. Wyczekał do wieczora i powoli, ostrożnie, przedostał się w końcu tam, gdzie prowadziły go rozum i serce. Wewnątrz strefy było już lepiej i wreszcie kilka minut po 13.00 ujrzał w końcu dom, który półtora roku temu zakupił jako Paul Haaze.

 

            Co tak naprawdę pasuje na niedzielny, wiejski obiad? Już rano Truda zdecydowała, ze powinien być to rosół i szybko poświęciła jedną z najgorzej niosących się kur. Założyła później niebieską spódnicę, białą, koronkową bluzkę i poszła nakrywać do stołu.

 

            - Zrobić jej niespodziankę? Wejść, ot tak? - zadał sobie pytanie i wrócił do wariantu, który przemyślał już na Atlantyku. - Nie! Zawsze lepiej się upewnić. Po pierwsze, czy dotarła na miejsce i czy nadal tam jest. Zaś drugie pytanie było nawet ważniejsze niż pierwsze. - Czy jeszcze czeka?!!!

            Podszedł więc z boku do budynku, upewniając się, czy na dzień dobry jakaś psia morda nie wyszarpie mu tyłka. - Dziwne… Chyba nie ma psa. A powinna - pomyślał szybko. - Chociażby dla własnego bezpieczeństwa. Gospodarstwo na końcu wsi, tuż pod lasem i samotna kobieta… To się mogło źle skończyć. Uciszył jednak te myśli, podsunął się pod okno i ostrożnie zajrzał do środka.

            Jest!!! - załomotało mu serce. Dotarła! Żywa i zdrowa! Aż usiadł z wrażenia, jakby nagle nogi odmówiły mu posłuszeństwa. - Jest! - powtarzał sobie w duchu, aż wreszcie po kilku następnych minutach zebrał siły i z bijącym sercem zajrzał ponownie.

            Tym razem jakby dostał pałką w łeb! Osłupiały patrzył, jak wnosi dwa talerze, rozstawia je po obu stronach stołu, odsuwa z obu stron krzesła, układa z obu stron sztućce.

            - Kogoś już ma! - uderzyło weń jak grom z jasnego nieba. Pół świata tu jechał, kluczył jak lis i zając jednocześnie, dał jej majątek i nadzieję na nowe, lepsze życie. A teraz co? Ma wejść i spojrzeć jej w oczy? Albo temu, który zaraz siądzie z nią przy stole, a wieczorem pójdzie z nią do łóżka? Nagła nienawiść do tego jeszcze niewidzianego mężczyzny wybuchła mu w głowie, wściekłością przesłaniając oczy. Nie!!! Nie będzie się poniżał. Odejdzie wyprostowany, z głową podniesioną do góry. A tu, nie ma już co szukać. Ma przecież w głowie ten adres, pod który w każdej chwili może się zgłosić. Ma odpowiedni numer telefonu. Wymieni tylko hasło i poprosi o kontakt z Brownem. Raz, dwa znajdzie się w Ameryce i tam już będzie składał sobie do kupki potrzaskane życie. W końcu  jeszcze nie jest taki stary… Zapamiętał się nad swoim losem, zatracił w czasie. Nawet nie zauważył, jak popłynęły mu łzy i dopiero spływająca po policzkach wilgoć przywróciła go do rzeczywistości. Trudno… Trzeba stad odejść. Wyprostował się, zrobił kilka kroków i przystanął. Nie! Nie może tak odejść. Jeszcze tylko raz spojrzy przez okno. Przecież tak ją kochał… 

 

            Zamyśliła się Truda. Popatrzyła żałośnie na drugi, stojący naprzeciw niej talerz. Delikatnie pogłaskała leżącą obok kartkę, długim spojrzeniem zawisła na opartym o wazon dokumencie tożsamości Paula Haaze. - Jaki podobny - pomyślała i smutek, który zagościł na jej twarzy, przesłonił by najpiękniej nawet świecące słońce. 

 

            Z nieba do piekła i z powrotem? - osłupiały Henryk patrzył przez okno nie dowierzając własnym oczom i dopiero po chwili dotarł do niego sens tego, co właśnie widzi. Tak mało brakowało… I gdyby nie to ostatnie, pożegnalne spojrzenie… Znów opadł na kolana, oszołomiony nagłym szczęściem. - Czekała! - huczało mu w głowie przez czas, którego nawet nie potrafił by policzyć. A kiedy wreszcie spłynął na niego spokój, wstał, wyprostował się,  otarł z policzków resztki łez i delikatnie zastukał w jej okno.

 

 

                                          Koniec części trzeciej.

 

                                     Szanowni czytelnicy!

Plan był taki, że będzie to trylogia, ale ci, którzy uważnie czytali ten tekst, wiedzą już jak to jest z planami… Pozostały pewne wątki – które jak uznałem – powinienem jednak zakończyć. W związku z tym, już za tydzień zapraszam na czwartą, ostatnią już część tej opowieści, życząc wszystkim przyjemnej lektury.

 

Wykaz obecnie polskich miejsc i miejscowości występujących w tekście w brzmieniu niemieckim - w porządku alfabetycznym.

 

Breslau – Wrocław

Danzig – Gdańsk

Dyhernfurth – Brzeg Dolny

Glogau - Głogów

Gotenhafen - Gdynia

Gross – Rosen – Rogoźnica

Kleinschönau - Sieniawka

Litzmannstadt – Łódź

Mulenberg – Moszna / góra /

Rastenburg – Kętrzyn

Warschau – Warszawa

Waldenburg – Wałbrzych

 

Wykaz użytych zwrotów niemieckich, których znaczenia w tekście nie omówiono, lub też znaczenie może być niejasne - w wolnym tłumaczeniu - w porządku alfabetycznym.

 

Diesel – potoczne określenie silnika wysokoprężnego

Fertig – gotowe

Führer – wódz, przywódca / określenie przysługujące Hitlerowi /

Heimat – ojczyzna / w znaczeniu stron rodzinnych, małych ojczyzn /

Herr – pan, panie

Jawohl – tak jest / zwrot używany w wojsku niemieckim /

Lebensborn – źródło życia / jedna z organizacji hitlerowskich /

Mein führer – mój wodzu

Meine Herren – moi panowie

Reichsleiter – kierownik Rzeszy, funkcja partyjna NSDAP / w tekście określenie Martina Bormanna /

Sieg heil – chwała zwycięstwu / tłumaczone też jako chwała zwycięzcom /

Volkssturm – Ludowy Szturm / definicja rozszerzona w pierwszej części trylogii /

Walhalla – aryjska kraina śmierci.

 

Wykaz stopni SS użytych w tekście oraz ich odpowiedniki w Wojsku Polskim.

 

                 SS                                                         Wojsko Polskie                

 

SS - Sturmscharführer                                      chorąży

SS - Obersturmführer                                       porucznik

SS - Hauptsturmführer                                     kapitan

SS - Sturmbannführer                                       major  

SS - Obersturmbannführer                              podpułkownik  

SS - Standartenführer                                       pułkownik

SS - Brigadeführer                                             generał brygady

Reichsführer SS                                                  brak odpowiednika

 

                                                Spis treści :

 

1.     Upiorny U - Boot                                          str. 2

2.     Argentyna                                                      str. 220

3.     Z dalekiej podróży…                                     str. 515

4.     Wykaz miejscowości                                    str. 519

5.     Wykaz zwrotów                                            str. 520

6.     Wykaz stopni                                                 str. 521

7.     Spis treści                                                       str. 522

 

Komentarze