05.09.1946, południe – Argentyna, Buenos Aires, lokal konspiracyjny Wywiadu Armii USA.
Nagły dzwonek telefonu poderwał majora McFarlanda na równe nogi.
Niestety… Tutaj nie mogli sobie pozwolić na szybką, dokładną i niezawodną łączność radiową. Ambasady, jej pracowników i jej radiostacji ani nie chcieli, ani tym bardziej nie mogli wciągać w tę grę, a praca jakiejkolwiek innej stacji radiowej, niezarejestrowanej i posługującej się przy tym szyfrowanym tekstem, niewątpliwie spowodowała by natychmiastowe i niepożądane zainteresowanie oraz stan alarmowy dla całego argentyńskiego kontrwywiadu. Przeklinając więc w duchu każdą straconą chwilę, niecierpliwie siedział przy zwykłym, tradycyjnym aparacie, już od dziewiątej oczekując na kolejny telefon z informacjami i wbrew praktyce dni poprzednich, gdzie wiadomości przychodziły najpóźniej po kwadransie, tym razem kolejne minuty rozciągały się w złowieszczą ciszę. Niby jeszcze nie było w tym nic niepokojącego, bo przecież wiadomo, jak przebiegały połączenia transoceaniczne. Z Europy, przez Anglię do Stanów Zjednoczonych i dopiero stamtąd ktoś inny przekazywał to do Argentyny, w dodatku przez kraje Ameryki Środkowej i Brazylię. Oznaczało to, że centrala wywiadu w Waszyngtonie wiedziała wszystko jako pierwsza, ale dotychczas z przekazywaniem wiadomości jakoś nie zwlekali. Chyba, że nastąpiła by jakaś awaria na łączach, albo też…W każdym razie McFarland nie zwlekał. Złapał słuchawkę i już po chwili wyraz jego twarzy uległ dramatycznej zmianie. Mimo, iż rozmowa była kodowana, prowadzona półsłówkami, niedomówieniami i znanymi jedynie im symbolami, treść brzmiała porażająco. Doktor Henryk Reszka, jak jakiś duch rozpłynął się w powietrzu! A teraz on osobiście musi to przekazać generałowi! I chociaż nie była to już starożytność czy jakieś tam średniowiecze, gdzie posłańcom przynoszącym złe wieści ścinano czasem głowę albo nadziewano ich na pal, to McFarland wiedział jedno. Jakby co, zdecydowanie nie było to wdzięczne zadanie.
- Co?!!! Jak?!!! – Browna mało szlag nie trafił. – Jak to rozpłynął? Zwiał naszym najlepszym agentom, czy też może go porwano?
- Tego na razie nie wiemy. Wie pan, jak to jest… Rozmowa ze Stanów jest kodowana i do nas docierają tylko ogólniki. Gdybyśmy byli chociaż w Stanach, wiedzielibyśmy wszystko dokładnie.
- Szlag by to trafił! – Brown nie potrafił pogodzić się z takimi informacjami. – Chodziło za nim trzech, podobno naszych najlepszych specjalistów od obserwacji i nie wiedzą co się stało z jednym, bądź co bądź amatorem? I jeszcze chcą mnie przekonać, że im się rozpłynął? Trudno. Najszybciej jak się da wracamy do Stanów i tam dowiemy się reszty. A jak nie, to polecimy nawet do Europy. Bo tej sprawy nie można tak zostawić.
05.09.1946 – Argentyna, San Carlos de Bariloche, siedziba Martina Bormanna.
Dźwięk dzwonka telefonu niby nie był zaskoczeniem, ale obaj poderwali się na równe nogi. Rozmowa była zamówiona już pół godziny temu i w oczywisty sposób właśnie teraz miała dojść do skutku. Manfeld był co prawda szybszy, ale jak zwykle podał słuchawkę Bormannowi.
- Halo… - Bormann aż przełknął ślinę. – Czy dodzwoniłem się do firmy spedycyjnej Fritza Schaube?
- A kto pyta? – usłyszał w słuchawce.
- Fritz, to ty?
- Ja – padła niepewna odpowiedź. – Ale z kim rozmawiam?
- Fritz, stary przyjacielu… Naprawdę nie poznajesz mojego głosu?
- A, to…
- Ciii… – Bormann przerwał mu w pół zdania. – Słuchaj uważnie, bo to ważne. Przyszły do ciebie jakieś listy od naszych przyjaciół?
- Te z naderwanymi…
- Tak, te. Masz je tam gdzieś pod ręką?
- Oczywiście. Przyszły dwa.
- Tylko? No, trudno… A możesz mi podać adresy i imiona ich nadawców? – słuchał jeszcze Schaubego przez kilkadziesiąt sekund po czym kontynuował rozmowę. – Dobrze. To teraz oddam słuchawkę mojemu najbliższemu współpracownikowi. Podyktujesz mu te dane, a potem jeszcze przez chwilę porozmawiamy – podał słuchawkę Manfeldowi, który siedział tuż obok, wyposażony w notatnik i ołówek.
Minutę później znów wziął ją do ręki. Nie pytał już o nic, tylko wydał stosowne polecenia. Bo gdyby jednak Fritz chciał czy też musiał przenieść się do którejś ze stref zachodnich, to bezpośrednio po takim fakcie jego nowy adres wraz z numerem telefonu ma się pojawić jako reklama w najbliższym z poniedziałkowych wydań Frankfurter Rundschau. Koncesjonowana i wydawana za zezwoleniem Amerykanów gazeta, była powszechnie dostępna we wszystkich zachodnich strefach okupacyjnych, a pozostający aktualnie właśnie we Frankfurcie Gerhard Moder przecież nie przegapi takiej informacji.
- Czyli, co? – po tym wszystkim Manfeld spojrzał pytająco. – Nawiązujemy kontakt z Moderem?
- A po co byś to wszystko notował? Chociaż mamy tylko dwóch, ale to wcielone diabły, kute na cztery nogi i zdolne wykonać każde zadanie. Moder odpowiednio ich przygotuje, wyjaśni co trzeba i przeprowadzą rozpoznanie. A potem, w zależności od sytuacji podejmiemy dalsze działania.
10.09.1946 – Niemcy, Bremen, amerykańska enklawa w brytyjskiej strefie okupacyjnej, siedziba Wywiadu Armii USA.
Mimo, iż z reguły Brown zawsze starał się zachowywać profesjonalny, stoicki wręcz spokój i prawie nigdy nie tracił dobrych manier, tym razem nie mógł się powstrzymać.
- Durnie! Barany! Osły patentowane! – chodząc po pokoju jak tygrys w klatce, morderczym wzrokiem co raz spoglądał po kolei na wyprężoną przed nim na baczność trójkę mężczyzn. – Jakim cudem zdołał wam zwiać? Pewno żeście gdzieś pochlali albo po prostu go zlekceważyli. Bo pod tym względem był to kompletny amator! No, odpowie mi wreszcie który?
- Przepraszam, panie generale – odważył się wreszcie najstarszy z nich. – Robiliśmy wszystko według zasad sztuki. Byliśmy czujni i trzeźwi, ale przecież nie mogliśmy za nim chodzić pięć czy dziesięć metrów. Zwłaszcza w nocy, kiedy to po cichu i wyskakując z okna na parterze opuścił hotel. Wtedy trzeba było zachowywać większy dystans. Kluczył po ciemnych ulicach, bo przecież na większości nie ma jeszcze działającego oświetlenia, ale siedzieliśmy mu cały czas na ogonie. Tak doprowadził nas do dworca kolejowego, gdzie w nocnej kasie kupił bilet na pociąg odjeżdżający o 02.30 do Hannoveru. Do odjazdu miał jeszcze dwadzieścia minut, gdy poszedł do toalety znajdującej się przy peronie. Czekaliśmy na niego obserwując wejście, ale gdy zbliżała się już ta godzina, pociąg stał gotowy do odjazdu, a on dalej tam siedział, jeden z nas w celu sprawdzenia sytuacji wszedł do środka. Wtedy właśnie okazało się, że między toaletą męską a damską jest przejście, a wyjście z damskiej usytuowane zostało z drugiej strony obiektu. Potwierdziła nam to zresztą tamtejsza babka klozetowa, która widząc gdzie gość się pcha chciała go zatrzymać, ale nie zważając na jej protesty przeszedł właśnie tamtędy i wyszedł z drugiej strony. Dalej jest ulica i można nią przejść aż do końca peronów, a kilkanaście minut wcześniej i dwa perony dalej odjeżdżał pociąg do Bremerhaven. Założyliśmy, że prawdopodobnie wsiadł w niego i pojechał właśnie w tym kierunku. Wskoczyliśmy więc w samochód i natychmiast pojechaliśmy na dworzec w Bremerhaven, ale mimo tego, że gnaliśmy ile tylko się dało, pociąg dojechał tam przed nami. Tak straciliśmy ślad.
- No, pięknie. Niby takie orły, a tak dały się wykiwać. Macie może jakieś dalsze pomysły?
- Są trzy możliwości – ośmielony spokojniejszym już tonem Browna, odezwał się drugi ze stojących na baczność nieszczęśników. – Albo pozostał w Hamburgu i jego rzekomy wyjazd był tylko zwykłą zmyłką, albo naprawdę pojechał do Bremerhaven, albo też była to dla niego zwykła stacja przesiadkowa, z której mógł się udać w dowolnym kierunku.
- Jest jeszcze czwarta możliwość – obecny przy rozmowie i milczący dotąd major McFarland niespodziewanie zabrał głos. – Mógł gdzieś wysiąść po drodze, pomiędzy Hamburgiem a Bremerhaven. O ile oczywiście wsiadł do tego pociągu.
- No, właśnie – Brown znów podniósł głos. – Spieprzyliście sprawę od „a” do „z” i szukaj teraz wiatru w polu.
- To może… – najstarszy z nich ponownie zabrał głos. – Może by jednak sprawdzić tę trasę. Może rzeczywiście wysiadł po drodze i gdzieś się przyczaił.
- Dobrze – zniecierpliwiony już tym wszystkim Brown podjął szybką decyzję. – Zrobimy więc tak. Za to, co żeście tu nawywijali, nie spodziewajcie się jakiejkolwiek premii na koniec roku. Chyba że... – pomyślał przez chwilę. – Słuchajcie teraz uważnie, bo nie będę powtarzał. Zostajecie zwolnieni na dwa tygodnie z wszelkich innych zajęć. W tym czasie dostajecie też wolną rękę oraz dwa służbowe samochody. Wasza w tym głowa, jak ten czas wykorzystacie. Jeżeli uda się wam go odnaleźć, to premia do was wraca. Nie będę też szczędził innych gratyfikacji. Major McFarland zapozna was ze wszystkim, co wiemy na temat tego gościa, bo wiemy jednak bardzo dużo. Być może trzeba też będzie zacząć od wytypowania i odnalezienia kobiety, do której jak wiemy nasz obiekt zamierzał się udać. Nie znamy jej danych, ale może być w wieku około trzydziestu, najwyżej trzydziestu paru lat. Zarządzała kiedyś nawet burdelem w Berlinie. No, co się tak patrzycie? Że burdelem? Czasem trudno się w życiu nie ubabrać. Ale pod koniec wojny była też sanitariuszką w jednym z berlińskich szpitali. To na razie tyle! A teraz posłuchajcie jeszcze majora i do roboty!
10.09.1946 – Niemcy, francuska strefa okupacyjna, wieś niedaleko Koblencji.
Czy marzenia się spełniają? Czasem tak, ale żeby aż takie? Przez ostatnie czterdzieści osiem godzin już kilka razy szczypał się w ramię, aby sam sobie potwierdzić, że to co właśnie przeżywa nie jest zwykłym snem. Słodkim, cudownym, ale tylko snem. Wciąż też podlegał huśtawce nastrojów, rozpoczętych dwa dni temu widokiem zza okna, po którym miał już stąd odejść i tylko zwykły przypadek, jakiś niewytłumaczalny sentymentalizm, zmienił mu osąd sytuacji. A gdyby raz jeszcze tam nie zajrzał? Aż wstrząsnął się cały, mając przez chwilę uczucie, jakby cały świat walił mu się na głowę. Wziął jednak głęboki oddech i szerzej otworzył oczy. Nie… Teraz już nie ma sensu rozpamiętywać, co by było gdyby… Ważne jest tylko to, co tu i teraz!
Siedząc w głębokim, pozostałym jeszcze po poprzednich właścicielach fotelu, spojrzał w zalane słońcem okno. Piękna była ta wczesna jesień, tak jak i piękna była świeżo odzyskana Truda. Bo przecież miał już chwile głębokiego zwątpienia, zwłaszcza tam, w Argentynie, gdy początkowo nie miał pomysłu, jakim cudem mógłby tu i do niej wrócić. Cud się jednak zdarzył i po ponad roku od zakończenia wojny znalazł wreszcie swoją przystań. Na jak długo? Na razie o tym nie myślał, rozkoszując się błogą bliskością kochanej kobiety. Tak… Kochał, był kochany i to na razie było dla niego najważniejsze. Rozkoszował się tą myślą, gdy właśnie usłyszał jej dobiegający z podwórka głos.
- Heinrich, jesteś tam?
- No, proszę cię… – podszedł do okna spoglądając na jej wdzięczną sylwetkę i trzymany w ręku koszyk pełen śliwek. – Przecież umówiliśmy się, że już nie jestem żaden Heinrich. Od przedwczoraj jestem Paul Haaze, tak jak i ty nie jesteś już żadną Gertrudą. Jesteś teraz Hildą Haaze, moją żoną. Dokumenty, które to potwierdzają, leżą przecież w szafie, na półce.
- Fałszywe.
- Nie do końca. Są prawdziwe, chociaż tak naprawdę nie nasze. Ale skoro na chwilę obecną bezspornie potwierdzają naszą tożsamość, to nie będziemy tego zmieniać. Tym bardziej, że mieszkasz tu już od maja ubiegłego roku i znają cię przecież pod tym nazwiskiem. Jesteś tu też zameldowana, a w wydziale ksiąg wieczystych oboje figurujemy pod tym nazwiskiem jako współwłaściciele tegoż gospodarstwa. A pocztówka, którą po wojnie ode mnie dostałaś, również jest na takie nazwisko.
- Wiem – podeszła bliżej i przez okno dała mu gorącego całusa. – Przepraszam, ale przez te wszystkie lata tak się jakoś przyzwyczaiłam.
- Już dobrze – nie umiał się na nią gniewać. – Tylko proszę cię. Trzymajmy się tych ustaleń, bo nigdy nic nie wiadomo. Życie jest czasem pełne zwrotów i to często kompletnie niepożądanych. A przecież chyba oboje chcemy już spokojnie żyć.
- A ty się jeszcze czegoś boisz?
- Ja? Nie do końca, ale nie lubię przykrych niespodzianek. Mówiłem ci już kiedyś… Byłem ważnym naukowcem, zatrudnionym przy najbardziej tajnych projektach zbrojeniowych upadłej już III Rzeszy. Nie byłem jednak żadnym nazistą, ale tak się jakoś złożyło, że w żaden sposób nie mogłem się już z tego wyplątać. Z resztą, kiedyś ci może o tym więcej opowiem. Na razie zaś, wolę pozostać tu, jako anonimowy rolnik. Ewentualnie otworzę jakąś kuźnię czy też niewielki warsztat mechaniczny. Zbyt wielu bowiem mnie jeszcze szuka, zwłaszcza tych ze wschodu. A ja jakoś dziwnie nie lubię zimna.
- Rosjanie? Przecież tu jest strefa francuska! Tu ich nie ma.
- Nie szkodzi. Nawet sobie nie wyobrażasz, jakie mają wpływy i jakby co, do czego są zdolni. A poza tym…
- Co?
- Może i nic, a może jednak coś więcej. A przy okazji… Lubisz brodaczy?
- Brodaczy? – popatrzyła na niego dziwnym wzrokiem. – Chyba nie chcesz tu zapuścić brody?
- Jeszcze nie wiem , ale to nie jest wykluczone. Czasem trzeba zmienić wygląd. Bo jeszcze i inni mogą mnie poszukiwać.
- Ale… – popatrzyła mu uważnie w oczy. – Chyba nie jesteś żadnym zbrodniarzem? Bo pokazywali nam tu filmy. Wszyscy musieliśmy je oglądać.
- Jakie znowu filmy? O czym ty mówisz?
- No, o obozach – umilkła na chwilę, po czym kontynuowała. – O obozach masowej zagłady, z barakami i krematoriami, pełnymi trupów i więźniów zagłodzonych prawie na śmierć. Wyglądali jak chodzące szkielety. Straszne…
- O cholera! Ty też to oglądałaś?
- Musiałam… Poprowadzili wszystkich dorosłych i to pod bronią. Nie pozwalali zasłaniać oczu. Tych, którzy próbowali odwracać głowy, bili.
- Francuzi?
- Oczywiście. Ale najgorsi są Marokańczycy.
- Jacy znowu Marokańczycy?
- To tacy niby Francuzi, ale z Maroka czy też z innych kolonii. Jakaś ich jednostka stacjonuje gdzieś pod Koblencją, podobno też włóczą się tu po terenie. Listonosz mnie przed nimi ostrzegał, tak, że ogólnie rzadko stąd wychodziłam. Bo zdarzyło się tu w okolicy już kilka morderstw i kilkanaście gwałtów. I podobno była to ich sprawka.
- A ten listonosz? Zaglądał tu do ciebie?
- A co? Jesteś zazdrosny? – zaśmiała się cicho.
- No, wiesz? Nie o to chodzi. Po prostu muszę wiedzieć jak się ustawiać, zwłaszcza wobec tych, którzy cię tu znają. Ale i tych, których dopiero poznamy.
- Nie musisz się przejmować. Listonosz jest po sześćdziesiątce i to on dostarczył mi pocztówkę od ciebie. A jak tu przejeżdża, to kiedy mnie widzi dzwoni dzwonkiem przy rowerze. Czasem też przystanie przy płocie, aby nieco pogadać.
- A po tej kartce ode mnie… Pytał się o coś?
- Czy pytał? Zobaczył, że podpisałeś Peter i spytał, czy to mój mąż. Oczywiście potwierdziłam. Ale ty teraz będziesz występował jako Paul…
- Nie szkodzi. W razie czego powiem, że jakoś nigdy nie lubiłem swojego imienia. Brzmiało zbyt z angielska. Wolałem, aby wołano na mnie Peter, bo tak mi jakoś bardziej pasowało. Też na „P”, ale brzmiało znacznie lepiej.
- No, nie wiem… To chyba kwestia gustu. Ale chodźmy już do kuchni. I jak mi tylko nieco pomożesz, zrobię ci pyszne pierogi. Ze śliwkami!
Komentarze
Prześlij komentarz