Przejdź do głównej zawartości

ATOMOWY POKER 228

 

- W porządku. To gdzie jest ta droga?

- Tutaj – wyciągnął ostatni szkic.

- A co to jest, do cholery? – Williams nie potrafił ukryć zdziwienia. Szkic nie przedstawiał bowiem jakiegoś planu, a raczej widoczek rysowany tuszem, niezbyt wprawną, albo raczej nawet czysto amatorską kreską.

- To jest miejsce, którym wejdziecie do wewnątrz. Na zboczu góry Mulenberg znajduje się mniej więcej tu – zaznaczył ołówkiem niewielką kropkę na rozłożonej przed nimi mapie. – Wiem, że to brzmi mocno enigmatycznie, ale lepszej wskazówki po prostu nie ma. Co prawda było tam jeszcze jedno wejście, a raczej wjazd, jeszcze z okresu budowy tego obiektu. Został on jednak przywalony setkami, a może i tysiącami ton skały i do tego jeszcze dodatkowo zamaskowany. A wracając do istniejącego i realnego wejścia… U podnóża nieregularnie popękanej, a przez to maskującej zarys wejścia skały rosną trzy sosny, a kilka metrów nad wejściem są krzaki tarniny. Podobno w pobliżu innych takich krzaków nie ma. Więc jeżeli je znajdziecie…

- A jak to cholerstwo wygląda? – Kowalsky popatrzył na majora. – Bo tam, gdzie się wychowywałem, takie chyba nie rosły.

- A tak! – McFarland do końca opróżnił swoją teczkę. – Przewidziałem sytuację i przyniosłem wam to – otworzył duży atlas przyrodniczy, gdzie zakładka wskazywała interesujące ich strony. – Tak wygląda tarnina w okresie wiosny, tak latem, a tak jesienią – po kolej wskazywał rysunki i zdjęcia. – Z uwagi na porę roku, was będzie interesować ten ostatni rysunek.

- Popatrzyli, podawali sobie z ręki do ręki.

- Jasne?

- Yes, sir! – Moore odpowiedział regulaminowo. – Ale jak tam wejdziemy?

- To akurat jest proste. Naciśniecie skałę.

- Słucham? – twarz Williamsa przybrała wyraz takiego zdumienia, że McFarland o mało się nie roześmiał.

- Tak jak powiedziałem. Skałę. O, mniej więcej tutaj – pokazał na rysunku. – Jest tam taki, zbliżony do trójkąta fragment, wystający na około pięć czy siedem centymetrów, wielkości dwóch męskich dłoni. Znajduje się na wysokości ramienia. Z tym, że trzeba nacisnąć z siłą około trzydziestu kilogramów.

- E, tyle to mały pikuś…

- Też tak myślę. A teraz porozmawiajmy o tym, co zastaniecie w środku.

- Coś więcej niż te bomby?

- Pierwsze z czym się zetkniecie, to ponad siedemdziesiąt trupów, leżących tam od maja ubiegłego roku.

- O cholera! To kto ich tak załatwił?

- Nieważne. Ważne, że tam są, a wy nie będziecie tym już zaskoczeni.

- Będzie smród…

- Może nie za bardzo. Jest tam przecież grawitacyjny system wentylacyjny, a przez blisko półtora roku powinno się już porządnie przewietrzyć.

- No, dobrze. To teraz o tych bombach…

- W porządku. Po wejściu i zamknięciu „drzwi”, co zrobicie pociągając za dźwignię wewnątrz, również z siłą trzydziestu kilogramów, będziecie mieli do pokonania dwieście dziewięćdziesiąt siedem schodków, co daje w pionie około sześćdziesięciu metrów. Na dole traficie do niewielkiej komory, z przesuwaną w bok drewnianą ścianą. Wychodząc stamtąd znajdziecie się w najgłębszej części obiektu, na tak zwanym poziomie technicznym. I znajdziecie tam grób!

- Co? – wszyscy trzej wytrzeszczyli oczy.

- No co? Nie wiecie co to jest grób? – McFarland przez chwilę bawił się ich zdziwieniem. – Grób jak grób. Leżą tam zwłoki jednego z zabitych, który jako jedyny został tam pochowany, bo reszta leży gdzie popadnie. A mówię wam o tym dlatego, abyście się zbytnio nad tym nie zastanawiali. W kuchni poziom wyżej, zastaniecie też zwłoki gościa w esesmańskim mundurze skrepowanego elektrycznym kablem, przywiązanego do rury kanalizacyjnej i z przestrzelonym łbem. Nad tym też nie musicie się zastanawiać. Był to wyjątkowy bydlak i dostał za swoje. Wracając zaś do meritum, najważniejsze tam będą grube pancerne drzwi, za którymi złożono te trzy ładunki. Oznaczone będą takim symbolem – narysował na kartce schemat oznaczenia.

- A jak je pokonamy? Jest tam jakiś palnik gazowy, czy coś podobnego? Bo chyba będą zamknięte?

- Otworzycie je kluczem.

- Czyli mamy coś takiego?

- Nie mamy, ale będziemy, a właściwie będziecie go mieli. Klucz znajduje się na następnym poziomie, których ogółem jest aż trzy. Wejdziecie tam do jednoosobowego pokoju, na którego drzwiach przymocowano blaszaną tabliczkę z napisem „Zastępca Dowódcy”. W szufladzie stojącego tam biurka powinniście znaleźć klucz do pancernych drzwi. Otworzycie to pomieszczenie, założycie ładunki wybuchowe, ustawicie dwunastogodzinny zapalnik czasowy i wykonacie zdjęcia.

- Zdjęcia? Jak to?

- Normalnie. Trzeba udokumentować to, co macie tam wykonać. Potem, dla spotęgowania niszczącego efektu wybuchu zamkniecie drzwi i opuścicie obiekt. Droga powrotna będzie taka sama jak ta, która was tam zaprowadzi.

- Zaraz… Jeszcze o tym nie mówiliśmy. A wracając do wysadzania... Rozumiem, że wobec tego musimy znaleźć się tam w sposób tajny i nielegalny. Bo przecież legalnie nie będziemy tam podróżować z zapalnikami czy materiałami wybuchowymi. A mając przy sobie taki trefny towar, musimy mieć też broń. Bez tego ani rusz!

- Oczywiście. Na wszelki jednak wypadek materiał wybuchowy będzie w kształcie imitującym kostki zwykłego mydła. Podobno można się nimi nawet umyć! A zapalnik czasowy, który odpali wszystkie trzy ładunki naraz, na zewnątrz będzie zwykłym budzikiem jaki normalne można kupić w każdym cywilnym sklepie.

- Chwila… A tam na miejscu nie ma żadnych materiałów wybuchowych? Bo jakby jakieś były, to by nam znakomicie ułatwiło sprawę. Moglibyśmy ich użyć.

- Niby są, ale nasi specjaliści radzą, aby ich nawet nie dotykać. Wytwarzane były w warunkach wojennych i przy upadającej gospodarce III Rzeszy, gdzie już czasem nie dotrzymywano norm bezpieczeństwa, a i kontrola techniczna często zawodziła. Ponadto nie da się stwierdzić, na ile są chemicznie stabilne. Od półtora roku nie ma tam przecież ogrzewania, więc w temperaturze siedmiu czy maksymalnie dziewięciu stopni Celsjusza i przy panującej w podziemiach wszechobecnej wilgoci mogły się stać wyjątkowo niebezpieczne.

- Ale ile to będzie na nasze?

- Co na nasze?

- No, te stopnie Celsjusza. Ile to będzie na stopnie Fahrenheita?

- A, o to chodzi… To jakieś 44,6 do 48,2 stopni.

- Czyli cholernie zimno. Zwłaszcza przy panującej tam wilgoci… Całe szczęście, że nie zamierzamy tam długo zabawić. 

- A jeszcze jedna rzecz – tym razem Kowalsky pokręcił głową – Nie wywoła to przypadkiem eksplozji atomowej?

- Nie. Do tego musiałby zadziałać oryginalny układ zapłonowy bomb. Więc nie ma żadnego ryzyka.

- A droga przerzutu? Przecież nasza strefa okupacyjna nie styka się z terenem Polski. Między nami jest jeszcze strefa sowiecka, albo tereny Czechosłowacji. Tak czy siak, to co najmniej dwieście pięćdziesiąt kilometrów w linii prostej. A do tego Waldenburga to chyba i ze trzysta.

- Rzeczywiście tak jest. Strefa sowiecka jest przy tym znacznie bardziej niebezpieczna, więc pokonywać będziecie teren Czechosłowacji.

- Jak?

- Ciężarówką. Granice są jeszcze słabo strzeżone, więc przemyt kwitnie w najlepsze. Z tamtej strony uciekają z reguły zagrożeni przez komunistów ludzie, do nich z kolei szmugluje się towary niedostępne na tamtejszym rynku. I tak to głównie działa.

- Będziemy więc udawać przemytników?

- Nie całkiem. Bo to wy sami będziecie przemycanym ładunkiem. Tu, na granicy z Czechosłowacją mamy już kilku pograniczników, którzy po same uszy siedzą w naszej kieszeni. Przepuszczą was bez mrugnięcia oka. Dalej będzie czekał człowiek z ciężarówką, również przez nas odpowiednio opłacony. Przewiezie was jako Polaków wracających do ojczyzny aż za miejscowość Harrachov, prawie pod samą granicę z Polską. Dostaniecie zresztą na to stosowne papiery. Uznaliśmy, że to najlepsze rozwiązanie, bo te dokumenty będą dobre również w Polsce. Tuż przed granicą przejmie was następny przewodnik. Trzeba będzie cholernie uważać, bo chociaż nasi czescy przyjaciele twierdzą, że jest bardzo skuteczny i można mu zaufać, ale to jednak Niemiec. Podobno posługuje się pseudonimem „Wolf”.

- Podobno? To nic więcej o nim nie wiemy?

- Niestety. To jeden z nielicznych Niemców, których z tamtych terenów jeszcze nie wysiedlono. Jak dotąd nie zdołaliśmy go dokładnie sprawdzić.

- „Wolf”… - Moore pokręcił głową. – To może on jest z tego ich Werwolfu?

- Tak jak powiedziałem. Dotychczas nie zdołaliśmy go dokładnie sprawdzić i dlatego musicie cholernie uważać. A sam „Wolf” ma was bezpiecznie przeprowadzić przez granicę na wysokości miejscowości nazywanej teraz Szklarska Poręba. Kilkanaście kilometrów dalej jest Jelenia Góra, dawniej Hirschberg, ale to was już raczej nie powinno interesować. Chociaż… – McFarland zastanowił się chwilę. – Mamy niestety pewne sygnały, że nadal jest tam jakaś wojskowa komendantura czy też nawet kontrwywiadowcza placówka Sowietów i to podobno dość aktywna. Były też informacje, że mieli tam nawet konny pluton Kałmuków, przystosowany do pościgów w górach. Jak jest na chwilę obecną niestety nie wiemy, więc musicie być podwójnie czujni. Od Szklarskiej Poręby będziecie się już sami kierować na wschód, mając po drodze dzisiejsze Kowary, dawniej Schmiedeberg – pokazał na mapie – i dzisiejszą Kamienną Górę, dawniej Landeshut. A później skierujecie się już na południe od Wałbrzycha i tam jest wasz cel.

- To trochę daleko – Williamsowi nie bardzo się to podobało. – Zejdzie się ładnych parę dni, zanim zdołamy tam dotrzeć, a i kto wie, na co natkniemy się po drodze. Nie można by nas podrzucić gdzieś bliżej naszego celu? Albo tak, jak w tej całej Czechosłowacji, zorganizować jakiś środek transportu?

- Kombinowaliśmy z generałem, ale na dzień dzisiejszy tylko taki wariant wchodzi w grę. Poza tym, nie chcemy was przerzucać zbyt blisko Gór Sowich. To by mogło zdemaskować wasze zadanie. A środek transportu, to chyba musielibyście sobie po prostu ukraść. Niestety – dodał widząc ich zawiedzione miny. – Ale teraz już odetchnijcie. Idziemy na obiad – spojrzał na zegarek – a do wieczora, korzystając ze swoich wcześniejszych doświadczeń, jeszcze raz przemyślcie sprawę. Może sami coś jeszcze wymyślicie albo będziecie mieli jakieś własne uwagi. Obiecuję, że w razie czego nie będziemy na nie przymykać oczu. Przestudiujcie też mapy, które wam zostawię, bo musicie je znać na pamięć i na wyrywki. Nawet gdybym  miał was z nich egzaminować w nocy o północy!

 

02.10.1946, południe – Niemcy, Norymberga, amerykańska strefa okupacyjna.


            - Lachmut, stary draniu! – Lischka z rozmachem potrząsnął jego dłonią. – Znowu razem i znów ku chwale ojczyzny.

- Chwała chwałą, ale tym razem dbajmy raczej o własny interes. A te złote dwudziestodolarówki dziwnie skutecznie wzmogły moją motywację.

- A ja ich jeszcze nie dostałem…

- Masz! – wchodzący właśnie za Lachmutem Moder wyjął z teczki niewielkie zawiniątko i wcisnął Lischce w dłoń. – Dwanaście sztuk. Przelicz. A reszta, tak jak mówiłem. Po wykonaniu zadania.

- No dobra, ale co to za zadanie? Bo jak na chwilę obecną wiemy tylko, że w Polsce, i że ściśle zwiadowcze.

- Bo tak rzeczywiście jest. A propos… Masz tu jakąś dobrą kawę?

- Mam. Nawet nie dobrą, a bardzo dobrą. Brazylijską. Kupiłem ją od Amerykanów.

- To zaparz i poważnie pogadamy.

 

            Dwadzieścia minut później, wśród unoszącego się w pokoju egzotycznego aromatu, z wewnętrznej kieszeni swojego płaszcza Moder wyciągnął kilka sporych arkuszy. – Słuchajcie uważnie – zaczął powoli – bo teraz każde słowo będzie ważne. Tu są cztery płachty naszej niemieckiej mapy, kilometrówki. Noszą numery 448, 449, 473 i 474.

- Okolice Waldenburga! – jeden rzut oka na rozkładane płachty wystarczył Lachmutowi do określenia terenu.

- Tak. To rzeczywiście są okolice Waldenburga, chociaż Polacy zmienili już tę nazwę i to dwukrotnie. Zaraz po wojnie nazwali je Borowieck, a od maja tego roku nosi nazwę Wałbrzych.

- Też coś – Lischka aż się skrzywił.

- A ty co? Masz trudności z polskim?

- Nie, dlaczego… Znam polski i bez problemów potrafię to powtórzyć.

- To powtórz – Moder nie zamierzał cokolwiek pozostawiać przypadkowi.

- Wałbrzych – Lischka spojrzał jakby urażony.

- W porządku. To teraz przechodzimy do konkretów. Teren znacznie zawężony i będący właściwym obiektem naszego zainteresowania – rozłożył następną mapę.

Tym razem popatrzyli już mniej pewnie. Na samym górze arkusza widniał napis „Topographische Karte”, ze skalą 1:25000. Uwagę przyciągał też numer 5364, z widniejącym obok napisem „Wüstegiersdorf”. Na dole zamieszczono informację, że „4 cm der Karte = 1 km der Nature” oraz, że mapę wydano w roku 1944.  Na samym dole było jeszcze uzupełnienie, iż całość wykonano w Breslau, na podstawie map opracowanych w roku 1934.

- Wüstegiersdorf? – popatrzyli zgodnie.

- To dzisiejsza Głuszyca, ale nie o nią  nam chodzi. Popatrzcie tu – wskazał palcem jeden ze szczytów.

Spojrzeli. Palec Modera wskazywał szczyt o nazwie Mulen – B, z wysokością określoną na 770,3 metra.

- No i co z tą górą?

- Z samą górą nic. Ważne jest to, co kryje się wewnątrz niej.

- Ale chwila – Lischka jeszcze raz popatrzył na dół arkusza. – Przecież ta mapa jest nieaktualna!

- Jak nieaktualna? – Moder nie zrozumiał.

- Normalnie. Wydano ją na podstawie map opracowanych dziesięć  lat wstecz. A i przez ostatnie dwa lata sporo się tam mogło zmienić. 

- Lischka… – Moder nie pierwszy już raz tracił do niego cierpliwość. – Myślisz, że ta góra się gdzieś przesunęła? Albo, że teraz jest tam jezioro?

- Nie… Oczywiście, że nie.

- No to zachowaj te swoje mądrości wyłącznie dla siebie. A teraz patrzcie dalej. Na północny wschód leży miejscowość Zedlitzheide, zakichana dziura, której aktualnej polskiej nazwy na razie jeszcze nie ustaliliśmy. Znacznie ważniejszy jest Dorfbach, leżący na południowy wschód i na dzień dzisiejszy nazywany Rzeczką. To takie dwa punkty orientacyjne, na podstawie których łatwo można zlokalizować Mulen – B.

- Czyli mamy wejść do wnętrza góry? Jest tam jakaś sztolnia, czy coś takiego?

- Z tego co wiemy, to nie. Były dwa wejścia, ale nadal nie wiemy w jakim są stanie. W dodatku nie były to wejścia bezpośrednie, ale z dwóch pobliskich gór, we wnętrzach których były inne obiekty. Popatrzcie teraz tu – wskazał palcem na pobliskie szczyty. – Od północnego zachodu mamy górę Wolfs – B, o wysokości 811 metrów nad poziomem morza, a od zachodu nieco niższą, nazywaną Ramen – B, o wysokości 713,4 metra.

 

Komentarze