- I mamy to wszystko zapamiętać ? – Lachmut popatrzył sceptycznie.
- Góry tak, wysokości nie. Nie będą wam do niczego potrzebne. Ważne jest co innego. Tak jak mówiłem, wejścia są właśnie z tych dwóch gór. A tu – wyciągnął z kieszeni jeszcze kilka sporych papierów – jest to, co najważniejsze. To plany naszych obiektów wybudowanych we wnętrzach tych trzech gór, będących zresztą częścią większego projektu pod wspólnym kryptonimem „Riese”. Są też obiekty pod innymi górami, ale tamte akurat nie są dla was ważne.
Zamarli. Plany przedstawiały istny labirynt rozległych korytarzy, wykutych w – jak można było przypuszczać – litej skale, o skomplikowanej strukturze i łącznej długości liczonej w kilometrach.
- I my to wszystko mamy zbadać? A co tam właściwie było?
- Pod Wolfsbergiem praktycznie nic. Za późno to zaczęliśmy i za wcześnie dla nas skończyła się wojna. Oficjalnie i dla wszystkich widoczne są cztery wejścia, które na sto procent dokładnie już spenetrowali Sowieci. Znajdziecie je tu, tu, tu i tu – zaznaczył wyjętym z teczki czerwonym ołówkiem. – Nie ma potrzeby tam wchodzić. Jednak niezależnie od nich jest tam jeszcze jeden tunel. Tajny! Dwieście kilkanaście metrów w lewo od skrajnego – postawił kropkę na mapie. – I tym tunelem, o ile oczywiście go odnajdziecie, nie był by wysadzony i okazał by się na całej swojej długości drożny – tu Moder nie wspomniał o jego destrukcji dokonanej przez Heinricha Reschke – można dojść do wnętrza góry Mulenberg.
- A tam?
- No właśnie… Wewnątrz znajdziecie obiekt „Centrum”, czyli kompletnie wyposażoną małą montownię i laboratoria. Istnieje tam też magazyn, zamknięty na grube, pancerne drzwi. Znajdziecie go na najniższym poziomie. Za drzwiami powinniście znaleźć trzy sporej wielkości ładunki, wyglądające trochę jak takie kuliste, oplecione przewodami elektrycznymi bomby.
- Atomowe? – pytanie Lachmuta nie pozostawiało wątpliwości, że i on ma łeb nie od parady.
- Nic takiego nie powiedziałem…
- Mądrej głowie dość dwie słowie… Ale jak za takie coś, to te pięćset dolców, nawet w złotych dwudziestodolarówkach, to cholernie mało.
- Zapomnieliście już o czymś takim, jak praca dla idei?
- Dla idei? Oczywiście, że nie… Ale wtedy żył jeszcze führer!
- Czyli co? Jak go nagle zabrakło, to wszystko można mieć już w dupie? A skąd wiecie, że nie żyje?
- Radio podawało! – zdumieni spojrzeli na Modera.
- Nie wierzcie we wszystko, co oficjalnie się mówi. A wracając do waszych profitów, to i tak nieźle się obłowicie. O, potąd! – kantem dłoni Moder wymownie przejechał nad głową.
- Jak to?
- Normalnie. Bo wewnątrz będą również zwłoki. Około siedemdziesięciu pięciu czy nawet prawie osiemdziesięciu ludzi, których dopadła tam śmierć.
- To o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi?
- O potwierdzenie tego wszystkiego, o czym właśnie mówię. Według niesprawdzonych ale wiarygodnych ustaleń, klucz do drzwi z trzema ładunkami prawdopodobnie znajdziecie w szufladzie biurka zastępcy dowódcy obiektu. Na drzwiach będzie odpowiednia tabliczka. To będzie jednoosobowy pokój, a były tam takie tylko cztery, wiec łatwo znajdziecie. Weźmiecie klucz, otworzycie nim pancerne drzwi, wejdziecie do wewnątrz, sprawdzicie co tam jest, a następnie zamkniecie pomieszczenie. Klucz zaś przyniesiecie mnie.
- A jak go tam nie będzie? To jak wtedy tam wejdziemy?
- Wtedy raczej nie wejdziecie, chociaż słyszałem, że jakby co, wytrych to dla was nie nowina. Niezależnie od tego dostaniecie jeszcze aparat fotograficzny. Nasza, dobra „Leica”. Wewnątrz będzie film na dwadzieścia cztery zdjęcia. To powinno wystarczyć, aby potwierdzić wykonanie zadania.
- Czyli, nawet jak nie znajdziemy klucza i nie pokonamy tych drzwi kluczami lub wytrychem, ale chociaż je sfotografujemy, to zadanie też będzie wykonane?
- Tak. To powinno wystarczyć, chociaż oczywiście byłoby znacznie lepiej, gdybyście jednak sfotografowali będące wewnątrz ładunki.
- A gdyby się zdarzyło… – Lischka pokręcił głową.
- Co znowu?
- Może być tak, że w ogóle nie da się tam wejść. Że wejścia będą wysadzone. Co wtedy? Uzna pan wykonanie zadania?
- No, cóż… Zrobicie zdjęcia tych wysadzonych fragmentów. I jeżeli tylko ten materiał będzie wiarygodny…
- Jasne. To teraz jeszcze dwie kwestie. O co chodzi z tymi zwłokami i gdzie jest wejście z góry Ramenberg? Bo wspomniał pan i o nim.
- O co? To proste – Moder postanowił w pierwszej kolejności wzmocnić ich motywację. – Co najmniej pięćdziesięciu z tych umarlaków to jedni z najlepszych naszych naukowców, którzy pod koniec wojny pracowali przy zapowiadanej przez führera „Wunderwaffe”. Wielu z nich przywiozło tam wszystkie swoje oszczędności, zapasy gotówki, złota, srebra, biżuterii czy innych wartościowych rzeczy, nie chcąc albo nie mogąc pozostawić ich na pastwę losu. W końcu nie każdy ma rodzinę, której by można bezgranicznie zaufać…
- To będzie tam strasznie śmierdziało – Lachmut wymownie złapał się za nos. – Nie wiem, czy da się to wytrzymać.
- Wytrzymasz. Leżą tam od początku maja ubiegłego roku, więc nie powinno być aż tak źle. W końcu minęło już siedemnaście miesięcy.
- Niby tak… Ale co do gotówki, jeżeli znajdziemy tam tylko reichsmarki, to będą już gówno warte.
- Spokojnie. Wiesz może, co to jest dywersyfikacja?
- Coś związane z dywersją? – wyrwał się Lischka.
- Nie do końca. Jest to po prostu korzystanie z różnych możliwości. W ciemno możesz więc założyć, że tacy bogaci, a jednocześnie niegłupi ludzie, nie postawili tylko na jeden rodzaj waluty. Wcale się nie zdziwcie, gdy znajdziecie tam również pokaźne zasoby dolarów, funtów czy franków szwajcarskich.
- A właściwie, to kto ich tak załatwił? Bo chyba nie Sowieci. Gdyby to byli oni, zostały by tam już tylko gołe ściany i nasza wyprawa byłaby kompletnie bez sensu.
- Nie musisz wiedzieć – zniecierpliwiony już tymi gadkami Moder podniósł głos. – A wracając do tych nieszczęśników, jadąc tam zabierali wszystko co mieli i to wszystko jest tam nadal. W ich pokojach, w kieszeniach ubrań, w szufladach nocnych szafek, pod poduszkami, materacami i diabli wiedzą jeszcze gdzie. Mówiłem już, że można się naprawdę nieźle obłowić i jak się dobrze przyłożycie, wszystko to będzie wasze. Będziecie ustawieni do końca życia – dodał – widząc ich radosne spojrzenia i nagły zapał. – A co do Ramenberga, tu również było, a może i dalej jest wejście pod Mulenberg. O tędy – wyciągnął ostatni plan ukazujący wymieniony obiekt. – Właściwa sztolnia wejściowa – pokazał na planie – bo jak widzicie, są tu też i inne, prowadziła w lewo i w prawo. Po lewej była radiostacja i kilkunastoosobowa załoga. Było tam również pomieszczenie depozytowe, na ładunki, które do dzisiaj są pod górą Mulenburg. Natomiast tunel po prawej prowadził tam, gdzie powinniście wejść, ale jak jest teraz, niestety nie wiemy.
- Damy radę, szefie – Lischka odpowiedział za obydwu. – Nie takie już zadania wykonywaliśmy. Ale z tego, co nam pan tu opowiedział wynika, że ktoś tam jednak już był, a cała ta historia strasznie śmierdzi.
- Czyli?
- To proste. Skoro wiadomo o tych nieboszczykach, to znaczy, że ten ktoś był tam z nimi i to prawdopodobnie w maju ubiegłego roku. A później wyszedł na zewnątrz. To by też świadczyło, że jakieś wejście jednak tam jest, o ile oczywiście go nie wysadził. Gość, który nim wyszedł, prawdopodobnie nie był sam, bo w pojedynkę tylu by nie ukatrupił. No, chyba, że dosypał im do żarcia lub picia jakiejś niezbyt szybko, ale cholernie skutecznie działającej trucizny, na którą w dodatku nie mieli żadnego antidotum. A skoro wiemy jeszcze, że pozostały przy nich różne kosztowności, to sprawa staje się jeszcze bardziej dziwna. No bo niby jak? Zostawić tyle dobra i nic nie wziąć dla siebie? To tak, jakby nie przerżnąć panienki, która sama by zdjęła majtki i wystawiła nam gołą dupę. Jednym słowem, był tam albo jakiś cholerny zboczek, albo kompletny debil i psychopata.
- Dość! Jak było nie będę wam tłumaczył, bo ta historia jest już zakończona.
- Bez urazy szefie. Ja tylko tak głośno myślę, bowiem im więcej wiemy, tym większą mamy szansę. Niezależnie zaś od tego, jest jednak jeszcze jedna sprawa. Dolary czy inna zachodnia waluta zawsze wzbudzą zawiść i ciekawość, a my przecież nie możemy rzucać się w oczy. Potrzebne są więc tamtejsze pieniądze. Nie będziemy przecież wieźli ze sobą latarek, baterii, lin czy innego, mogącego się tam przydać sprzętu. Byłoby to zbyt podejrzane. Tak więc to co potrzebne, musimy kupić albo zorganizować sobie na miejscu. Nie powinno być z tym większych problemów, bo zawsze znajdzie się jakiś górnik, który będzie chciał zarobić na wynoszonych po cichu z zakładu fantach. Z tego co wiemy, Polacy pozostawili też w tym rejonie sporo naszych, niemieckich górników, niezbędnych przy ponownym uruchamianiu i eksploatacji tamtejszych kopalni. Z nimi zaś dogadamy się bez trudu.
- Oczywiście – Moder nie zamierzał już dyskutować. – Idziemy teraz na jakiś obiad, a później do samego wieczora studiujecie te mapy i plany. Jutro zresztą też. Macie je znać na pamięć i na wyrywki. Jednocześnie, jutro wieczorem przywiozę wasze nowe dokumenty osobiste, zaświadczenia ze szpitali, polskie pieniądze, trochę dolarów – bo przecież niby będziecie wracać z Zachodu – i jeszcze zrobię wam mały egzamin z topografii tego rejonu.
- Egzamin? – wytrzeszczyli oczy.
- A co? Myślicie sobie, że puszczę was tak w ciemno? Jeżeli to wszystko naprawdę ma wypalić, to musicie być właściwie przygotowani. Bo wyruszycie najpóźniej pojutrze.
03.10.1946, wieczór – Niemcy, Norymberga, amerykańska strefa okupacyjna.
- No dobra, chłopaki! Skoro egzamin już za nami, przechodzimy do konkretów. To dla jednego, to dla drugiego – Moder wyciągnął z przepastnej teczki dwa pakiety w dużych, szarych kopertach.
Wzięli je w dłonie, rozerwali. Lachmut pierwszy wyciągnął zawartość i od razu spojrzał na dokumenty. Miał w ręku mocno zniszczony polski, jeszcze przedwojenny dowód osobisty, z którego spoglądało na niego jego własne oblicze. – To jak ja właściwie się teraz nazywam? – zamruczał i po chwili pełen satysfakcji uśmiech spłynął na jego usta. – Marcin Gajda – przeczytał głośno. – I to jeszcze z Poznania, który znam całkiem nieźle.
- Znałeś! – Moder natychmiast go poprawił. – Wiosną ubiegłego toku toczyły się tam ciężkie walki, a z tego co już wcześniej ustaliliśmy, ulica przy której rzekomo mieszkałeś w dużej części legła w gruzach. Ty w tym czasie przebywałeś na przymusowych robotach w Zagłębiu Ruhry. Tak więc jakby co, jedziesz na Dolny Śląsk w poszukiwaniu lepszego życia.
- Jasne, szefie – Lachmut szelmowsko zmrużył oko. – O! – dodał jeszcze po chwili. – Jest i stosowna okupacyjna „kennkarte”. Zawód – mechanik. Nieźle. Znam się na tym. A tu – rozwinął papier opatrzony kilkoma niebieskimi pieczęciami – zaświadczenie ze szpitala. To niby na co ja tak długo chorowałem?
- Co, Nie umiesz czytać? Na syfilis! A przypadkiem nie zapomnij, że „kennkarte” wydawano tylko mieszkańcom tak zwanego Generalnego Gubernatorstwa. Tak więc poznański adres jest inny, a po przymusowym przesiedleniu do GG też jest inny. Wpisaliśmy tam adres warszawski, bo po tym ich powstaniu z sierpnia 1944 – go roku, całe to miasto leży teraz w gruzach. Żadnych archiwów i niewielu świadków. Zwłaszcza, że wpisaliśmy ci adres z dzielnicy Wola, gdzie na początku powstania zgładzono co najmniej kilkanaście tysięcy cywilów.
- Zgładzono? – uśmiech Lachmuta był niemal szyderczy. – Miałem kumpla, który mi opowiadał jak tam było. Po prostu wymordowano ich i to nie kilkanaście, a raczej kilkadziesiąt tysięcy.
- Dobra – Moder nie zamierzał dyskutować. – Jak było tak było, faktem jednak jest, że z tej dzielnicy świadków jest po prostu najmniej. A teraz jeszcze przejrzyj resztę i naucz się tego na pamięć. Czas nagli i nie ma co zwlekać. Wyruszacie jutro rano. – A ty? – zwrócił się do Lischki. – Poznałeś już swoje polskie nazwisko?
- Zenon Misiak, do usług. Kierowca. Zamieszkały… – popatrzył z niedowierzaniem. – Jasło? A co to za pieprzona dziura? Gdzie to w ogóle jest?
- Miasteczko w południowo – wschodniej Polsce. Ale już go nie ma.
- Jak to nie ma?
- Normalnie. Nie istnieje. We wrześniu 1944 – go roku znalazło się w strefie przyfrontowej. Rozpoczęto więc w okolicy akcję wysiedleńczą. Najpierw wywieziono mieszkańców kilkunastu wiosek w okolicy, a trzynastego września rozpoczęto wysiedlanie ludności z samego Jasła. Istniała też na tym terenie silna organizacja konspiracyjna tej ich Armii Krajowej, więc litości być nie mogło, tym bardziej, że odnotowaliśmy przypadki zbrojnego oporu. Finalnie, po opróżnieniu miasta z ludzi, wysadzono, zburzono i podpalono wszystko, co tylko się dało. Oceniamy, że zniszczenia w jego zabudowie sięgnęły nawet 97 procent.
- A ludzie? Rozumiem, że przeżyli?
- Część zginęła, część wywieziono, nieliczni uciekli.
- Czyli mogą być tam jednak jacyś świadkowie?
- Prawdopodobnie tak. Ale tym akurat się nie martw. Nikt w zachodniej Polsce nie będzie sprawdzał jakiejś zakichanej mieściny na wschodzie. Praktycznie nie ma jeszcze takiej możliwości, bo cała leży w gruzach. No, a teraz zakasłaj!
- Słucham? – Lischka popatrzył z niedowierzaniem.
- Nie słyszałeś? Zakasłaj!
- Ehe, ehe! – usłyszał w odpowiedzi.
- No i o to chodziło. Według tych papierów pracowałeś przecież w kopalni, gdzie nabawiłeś się pylicy płuc. Zresztą, właśnie na nią byłeś niby leczony. I teraz właśnie ten kaszel będzie dla ciebie najlepszą legitymacją. Ludzie będą się bali, że to jednak była gruźlica. A gdyby jakaś wojskowa władza - na przykład już na granicy - zainteresowała się tobą jako potencjalnym poborowym, to po tych papierach i po takim kasłaniu szybko się od ciebie odczepią. W najgorszym przypadku skierują cię na jakieś badania, na które nigdy się przecież nie stawisz. Tak samo i ty – Moder ponownie zwrócił się do Lachmuta. – Niby zostałeś wyleczony, ale wystarczy stwierdzić, że objawy kiły powróciły. Więc i ciebie nikt raczej nie zawlecze do tego ich ludowego wojska. Zresztą, nie powinniście być tam dłużej niż tydzień, czy półtora.
- Damy radę, szefie!
- To nie wszystko. Tu są jeszcze dwa następne komplety dokumentów – Moder wyciągnął z teczki następne koperty.
- Niemieckie? – przejrzeli je szybko.
- A ty jak myślałeś? Że wrócisz tu na polskich? Na polskich to mają cię tam wpuścić, ale o wypuszczeniu to już zapomnij. Wypuścić was mogą tylko wtedy, gdy będziecie posiadać nasze, niemieckie papiery. Dopiero wtedy spokojnie wyjedziecie jako przymusowo wysiedleni gdzieś z pod Breslau, Glogau czy Oppeln. Oczywiście w pierwszą stronę te papiery musicie sobie wszyć w wasze ciuchy. Pod podszewkę, w rękaw, kołnierz czy coś takiego i w taki sposób, aby nikt i nigdy ich nie znalazł. Bo wtedy jakby co, wezmą was za szpiegów, a tamtejszy Urząd Bezpieczeństwa cackał się z wami nie będzie.
- Cholerne ryzyko, szefie…
- I dlatego zapłata jest właśnie w złotych monetach. A teraz jeszcze przeliczcie dolary, reichsmarki, polskie złotówki, przejrzyjcie pozostałe papiery, ubrania na drogę, niezbędny sprzęt i co tam jeszcze. Kontakt po powrocie w Monachium, na ten numer telefonu – podał im kartkę. – Nauczcie się na pamięć i zniszczcie. A jutro rano w drogę!
Komentarze
Prześlij komentarz