04.10.1946, późne popołudnie – Polska, las pod Piechowicami.
Kapitan Aleksjejew miał swoje może i dziwne, ale skuteczne metody. Na przykład takie, że na terenie zajmowanego przez swoje biuro kompleksu, nigdy nie prowadził odpraw do działań w terenie. Bo kto w końcu wie, czy nie usłyszały by tego jakieś niepożądane uszy. A nawet, gdyby ktoś był jednak uprawniony, to po co ma znać jego małe tajemnice? Po co ma się zastanawiać, dlaczego niektórych aresztuje, a niektórych jednak przepuszcza? I czy na pewno wszystkie konfiskowane przy zatrzymywanych towary i dewizy zgłaszane są wyższym przełożonym? Lepiej więc było wyprowadzić konny pluton do lasu koło Piechowic i tam, na oddalonej od drogi śródleśnej polanie przekazać zadania do wykonania. Bo tym razem Aleksiejew czuł przez skórę, że „Kałmuk” czy też dla innych „Wolf”, trafił na ślad czegoś poważniejszego. Bo niby kto o zdrowych zmysłach pcha się do komunistycznej Polski przez zieloną granicę? Gdyby jeszcze mieli jakiś towar, ale z relacji „Kałmuka” nic na ten temat nie wynikało. Zresztą, typowi przemytnicy mieli swoich wspólników najdalej do dziesięciu czy piętnastu kilometrów od granicy i dalej się nie zapuszczali. Bo i po co nadmiernie ryzykować? A tych trzech z dzisiejszej nocy wybierało się ponoć aż do samego Breslau. Czyli do Wrocławia – poprawił się w myślach. – Po co? Diabli wiedzą, ale pachniało to już grubszą aferą i Aleksiejew nie mógł tak po prostu przejść nad tym do porządku dziennego. Bo przecież Breslau był kiedyś siedzibą samego Karla Hanke, gauleitera Dolnego Śląska i ostatniego reichsführera SS! Więc może to w jakiś sposób właśnie jego dotyczyło? Niezależnie od tego, nie chciał też ryzykować nocnymi zatrzymaniami tuż po przekroczeniu granicy. W zamieszaniu i ciemnościach ktoś jednak mógł zbiec, a to by groziło oczywistą dekonspiracją jego źródła informacji. Najcenniejszego jakie posiadał. Przekazał więc szczegółowe zadania podzielonemu na trzy drużyny plutonowi i w końcu zadał sakramentalne pytanie.
- Wszystko jasne?
- A nie można by ich wcześniej zgarnąć? – stojącemu na czele plutonu porucznikowi Ganbatowi wywód Aleksiejewa jakoś nie trafił do przekonania. – Czy naprawdę ten przewodnik musi ich ciągnąć aż do Szklarskiej Poręby?
- Musi. Zbyt łatwo mogliby się rozpłynąć w lasach przed Szklarską, w trudnym terenie i w ciemnościach. A tak, nasz człowiek doprowadzi ich praktycznie na otwarty teren i to wtedy, gdy będzie już świtać. Dopiero wtedy ich zgarniemy, kiedy przewodnik wskaże im kierunek i pójdzie w swoją stronę. A teraz, na noc przemieścimy się tu – skinął na porucznika i pokazał mu punkt na mapie. – Głęboko w lesie jest stara, jeszcze niezagospodarowana poniemiecka gajówka i spokojnie można tam będzie przenocować. Nawet przy rozpalonym ognisku – dodał, widząc niezbyt starannie maskowane niezadowolenie.
- Ale ona nie ma dachu. To ruina. Kiedyś już tam byliśmy.
- Nieaktualne informacje poruczniku. Byłem tam miesiąc temu, wraz z polskimi pogranicznikami z WOP – u. Nadleśnictwo w Szklarskiej Porębie z wiosną planuje ją aktywować i dach już został zrobiony. Nie ma jeszcze tylko drzwi i okien, ale przy małym ogniu nie powinno wam to w niczym przeszkadzać!
04.10.1946, wieczór – Niemcy, Görlitz – Polska, Zgorzelec, przejścia graniczne miedzy radziecką strefą okupacyjną a Polską.
Do Görlitz dojechali jeszcze przed siedemnastą. Na dworcu przeczekali niewielki przelotny deszcz i wreszcie tuż przed osiemnastą, praktycznie na godzinę przed planowaną zmianą służby, pojawili się na rosyjskim przejściu granicznym. Rosyjskim, chociaż pełnili tam służbę również pierwsi niemieccy strażnicy, swoją gorliwością i służbistością wspomagając leniących się już często zwycięzców ze Wschodu. I na takiego właśnie Niemca Lachmut i Lischka trafili w pierwszej kolejności, przez żołnierza przy szlabanie skierowani do budynku posterunku.
- No to pokażcie te wasze papiery! Co, nie rozumiecie? – dodał, widząc przybrane przez nich głupawe miny.
- Trochę rozumieć – sztucznie łamanym niemieckim Lischka próbował załagodzić sytuację. – Proszę – wyciągnął dokumenty do Niemca.
- Pole? – popatrzył w papiery, a później na Lischkę. Ten też jest z Polski? – wskazał z kolei na Lachmuta.
- Ja, to znaczy tak. Wracamy do swojego kraju.
- Teraz? A dlaczego nie wcześniej?
- Byliśmy na robotach przymusowych. A później każdy z nas chorował.
- Na co?
- Ja na pylicę płuc. Pracowałem w kopalni – Lischka potężnie przy tym zakasłał.
- A ty? – strażnik z kolei wskazał na Lachmuta.
- Trochę wstyd powiedzieć. Na syfilis.
- Kiedy go podłapałeś?
- Wiosną ubiegłego roku.
- Co? To może jeszcze chcesz mi powiedzieć, że jako zwycięzca pieprzyłeś jakąś Niemkę i to od niej się zaraziłeś? No, mów ty polska świnio!
Błysk wściekłości na twarzy Lachmuta jak szybko zagościł, tak jeszcze szybciej zgasł. Dawno już wytrenowany odruch błyskawicznie nakazał mu ukryć swoje uczucia i tylko obecność Rosjanina sprawiła, że wulgarny i agresywny strażnik stał jeszcze na własnych nogach.
- No, odpowiesz mi wreszcie? – Niemiec podszedł bliżej.
- To była prostytutka. Podobno Holenderka – dodał, chcąc zakończyć eskalującą w zdecydowanie złym kierunku sytuację.
- I tak ci nie wierzę. To teraz pokażcie te swoje manele.
- Słucham? – Lischka udał, że nie rozumie.
- Nie dociera? Wywalajcie wszystko z plecaków i z kieszeni.
Nie było rady. Wykładali więc wszystko ze swoich bagaży, budząc coraz większe zainteresowanie obecnego w pomieszczeniu Rosjanina.
- O! Reichsmarki! Chyba nie będą wam już potrzebne – Niemiec bez skrupułów wyjął je z dłoni Lischki i schował banknoty do swojej kieszeni. – A dolary też chyba nie – w oczywisty sposób współpracując przy uprawianiu tego procederu z milczącym dotąd Rosjaninem, wyciągnął zielony zwitek w jego kierunku. – To nie jest waluta, którą płaci się w tej waszej Polsce.
Przesadził. A w każdym razie trafił na takich, na których nigdy w życiu trafić nie powinien. Bo gdyby to byli prawdziwi, często jeszcze zastraszeni Polacy, ten numer pewno by przeszedł. I do głowy mu nie przyszło, że tym razem właśnie przekroczył cienką linię między życiem a śmiercią. Nie okrada się w tak bezczelny sposób zawodowego zabójcy. Również w sytuacji, kiedy odziedziczona jeszcze po wcześniejszych hitlerowskich rządach pogarda dla słowiańskich podludzi wzmacniana jest butą, arogancją i wspierającą go obecnością sowieckiego zwycięzcy ze Wschodu. Nawet więc nie zauważył kiedy porwany z pulpitu biurka ciężki żeliwny dziurkacz, bardziej przypominający przyrząd do walk ulicznych niż niewinny sprzęt biurowy, swoim ostrym kantem rozwalił mu skroń. Rosjanin też nie zdążył zareagować. Złapany przez Lachmuta za uszy, błyskawicznie został sprowadzony do parteru, gdzie potężne kopniecie kolanem w nos, a następnie dwa uderzenia twarzą o podłogę zmiażdżyły mu czaszkę, kończąc jego ziemską wędrówkę.
- Kurwa! I co teraz? – działający dotąd na zasadzie zabójczego instynktu Lischka, dopiero po chwili zdał sobie sprawę z powagi sytuacji. – Przecież nas zajebią!
- Zamknij dziób! – Lachmut był bardziej opanowany. – To mleko już się rozlało. Zbieraj nasze graty, odbierz pieniądze, a ja tymczasem zaciągnę ruska na krzesło. Oprę go łbem o biurko i chociaż przez jakiś czas będzie wyglądał, jakby spał. A tego twojego zaciągniemy do kibla! Szybciej, bo jak tu zajrzy ten sołdat spod szlabanu, to…
Półtorej minuty później posterunek wyglądał tak, jakby nigdy nic się tam nie stało. Niemca nie było, Rosjanin siedział oparty twarzą o ułożone na biurku ramiona i tylko niewielka czerwona plama na podłodze mogła zdradzać, że wydarzyło się tam jednak coś nadzwyczajnego. Już mieli wychodzić, gdy Lachmut wpadł na jeszcze jeden pomysł.
- Dawaj pieczątkę!
- Jaką znowu pieczątkę?
- Jak to jaką? Tą dużą, z biurka. Podstemplujemy nasze papiery, okażemy przy szlabanie i jazda stąd.
Żołnierz przy szlabanie nie był specjalnie zdziwiony, że duża, czerwona pieczęć z sierpem i młotem przystawiona została na jakichś papierach w języku angielskim czy też niemieckim. Spojrzał na dobrze znane i wyraźnie widoczne rodzime symbole, pociągnął za sznurek i szlaban powędrował w górę. No, bo skoro sam komandir przystawił taką pieczęć… Nie czekali, aż szlaban całkiem się podniesie, pochylili się i szybkim, pewniejszym już krokiem przeszli przez most na Nysie. Na polską stronę.
- Czyli przybywacie ze strefy amerykańskiej?
- Tak jest, panie poruczniku. Byliśmy tam za okupacji na przymusowych robotach, a później jeszcze długi czas w szpitalu – Lischka demonstracyjnie zakasłał. – Ja leczyłem się na pylicę płuc. Szwabska kopalnia wyszła mi bokiem.
- Tu już nie ma żadnych panów. U nas mówimy obywatelu poruczniku – przeglądający właśnie papiery Lachmuta młody oficer, starał się sztywno trzymać nieznanego im dotąd regulaminu. – A dlaczego te pieczątki przystawili wam na papierach ze szpitala?
- Nie wiemy. Zresztą trudno się było porozumieć, bo obsada posterunku po drugiej stronie mówiła tylko po rosyjsku.
- To nie było tam żadnego Niemca? Po takich robotach, to chyba nieco mówicie w tym parszywym języku?
- Nie było. Tylko sami Rosjanie.
- Swoją drogą, macie trochę szwabski akcent – oficer popatrzył na nich uważniej. – Prawie jak rodowici Niemcy.
- To przez te lata niewoli. Ale tutaj, miesiąc czy dwa i znów będziemy mówić jak przed wojną.
- To dokąd teraz się wybieracie?
- Ja do Poznania. Tam mieszkałem przed wojną. A kolega aż do Jasła.
- Gdzie to jest?
- Południowo - wschodnia Polska. Mam tam też rodzinę.
- W porządku. Zaczekajcie chwilę. Muszę jeszcze wpisać wasze dane w rejestr przejść.
Spojrzeli po sobie. A potem na zegarki. Jeżeli za rzeką odkryją dwa trupy i zdążą jeszcze zaalarmować polską strażnicę, to…
Nie zdążyli. W niespełna pięć minut oficer wpisał odpowiednie dane i o dziwo, życzył im jeszcze szczęśliwego powrotu w rodzinne strony. A potem kazał otworzyć szlaban.
- W nogi! – Lachmut zareagował pierwszy, gdy tylko znaleźli się ze najbliższym rogiem. – Bo jak nas tu dorwą, to z naszej skóry nie zostanie nawet strzęp!
Osiem minut później zza nieodległej jeszcze rzeki dobiegł do ich uszu cichnący już odgłos licznych wystrzałów. A chwilę później odgłos syreny alarmowej, w oczywisty sposób wyjącej po polskiej stronie. Tyle, że wbrew deklarowanym na posterunku kierunkom, nie udali się oni bezpośrednio na wschód. Idąc poboczem drogi i kryjąc się w przydrożnych krzakach na widok każdego przejeżdżającego tamtędy pojazdu, już po godzinie szybkiego marszu dotarli do Sulikowa, całe siedem kilometrów na południe, gdzie znów zmienili kierunek. Świt miał ich zastać dwadzieścia kilometrów dalej na wschód, gdzie śmiertelnie zmęczeni postanowili zamelinować się na całe pół dnia w lesie pod Lubaniem.
04.10.1946, po godz.19.00 – granica czechosłowacko – polska.
Wyruszyli tuż po osiemnastej. Uraczeni jeszcze przez małżonkę Pavla obfitą kolacją, pozbierali swoje rzeczy, wrzucili plecaki na pustą już pakę Studebakera i powoli ruszyli. Williams z Pavlem w szoferce, Jaroslav z Kowalskym i Moore’m z tyłu.
- To już strefa przygraniczna. Nikt nas tu nie zatrzyma? – po dwóch czy trzech minutach jazdy Williams zwrócił się do kierowcy.
- Nie ma obawy. Tutejsi pogranicznicy nie mają takiego sprzętu jak my. My z napędem na wszystkie osie wjedziemy wszędzie. Oni nie i dlatego na tę drogę się nie zapuszczają.
Faktycznie. Objeżdżając Harrachov z zachodniej strony zapuścili się w takie wertepy, że aż trudno było uwierzyć, że poradzi tu sobie jakikolwiek pojazd. Niejednemu z Amerykanów przypomniały się też dawniejsze wodne szkolenia, kiedy to na długiej, jakby złośliwej fali Atlantyku musieli walczyć z odruchami choroby morskiej.
- Długo tak jeszcze?
- Dziesięć do piętnastu minut – Pavel spojrzał na zegarek z fosforyzującą tarczą. Zatrzymamy się jakiś kilometr od granicy. A dalej poprowadzi was Jaroslav.
- Ty od razu zawracasz?
- Oczywiście. Ale też i nie odjeżdżam. Muszę na niego zaczekać. Przecież chłopak nie będzie drałował na piechotę kilkanaście kilometrów po lesie i w nocy.
Komentarze
Prześlij komentarz