Przejdź do głównej zawartości

ATOMOWY POKER 231

 

            - I co? – po jakichś dziesięciu kilometrach kierowca odezwał się pierwszy. – A nie mówiłem, że to najlepsze auto?

- Miałeś rację – Williams nie zamierzał zbytnio komplementować Czecha. – Rzeczywiście. Chodzi jak szwajcarski zegarek. Ale w tym tempie zajedziemy zdecydowanie za wcześnie – spojrzał na prędkościomierz, którego wskazówka oscylowała między 55 a 60 km na godzinę. Musimy się gdzieś przyczaić.

- Nie zajedziecie. Dwieście pięćdziesiąt kilometrów stąd mój kuzyn ma spore gospodarstwo rolne. To prawie pięć godzin jazdy, jeszcze przed Harrachovem. Tam wyładujemy wiezione na pace ziemniaki – gestem kciuka wskazał w tył. – Odpoczniemy, poczekamy do zmroku i pojedziemy dalej. Kuzyn pojedzie z nami i na granicy nawiąże kontakt z „Wolfem”. A później - „Ariivederci”!

- To tam z tyłu masz ziemniaki? I wieziesz je do gospodarstwa rolnego? Przecież to nielogiczne. To tak, jakbyś woził drewno do lasu.

- Nie tak bardzo. Wiozę sadzeniaki. To świeżo kwalifikowana odmiana, odporna na wiele chorób. Daje lepsze plony niż poprzednio uprawiane. Mam tu nawet na to odpowiednie papiery – poklepał się po kieszeni. 

- No, tak…  – A właściwie to skąd masz tę maszynę? – Williams zagadnął chcąc zmienić temat. – Bo nikt ci jej przecież nie dał za darmo.

- Oczywiście, że nie. Jak nas tu szóstego maja ubiegłego roku wyzwalano od Szkopów, byłem akurat w Pilźnie. Dotarły tam oddziały amerykańskiej 16 Dywizji Pancernej, a później jeszcze 2 Dywizji Piechoty i jacyś – podobno ochotnicy – strzelcy belgijscy. Jaja były jak diabli, bo szkopski generał von Majewski najpierw podpisał kapitulację, a później na oczach swojej żony i podwładnych strzelił sobie w łeb!

- Słyszałem co nieco o tej historii. A ten Studebaker?

- Normalnie. Amerykanie byli u nas do listopada. Zatrudniłem się u nich jako kierowca zaopatrzenia. Woziłem co się dało, ale głównie piwo.

- Piwo?

- Oczywiście. Żołnierz jak nie ma co robić, to pije, pali, z nudów wszczyna bójki i łazi na dziwki. Z dziwkami było krucho, no to pili ile się tylko dało. Nie na darmo mamy tam przecież najlepszy chyba browar na świecie, Pilsner Urquell. I śmiem twierdzić, że produkują tam najlepsze piwo, a sporo już takich trunków próbowałem – poklepał się po wydatnym brzuchu. – Miałem w browarze pewne znajomości i woziłem im do kasyna pełne ciężarówki. Więc jak stąd odchodzili, odwdzięczyli mi się tym Studebakerem. Mieli ich od cholery i nikt tam u nich specjalnie ich nie liczył. A co to dla nich jedna maszyna w tą, czy w tamtą…

- Jasne… – Williams miał identyczne zdanie. Mieli przecież tych ciężarówek tyle, że wysyłali je nawet Rosjanom w ramach akcji Lend – Lease. Był to prawdziwy wół roboczy na wszystkich alianckich frontach. Studebaker którym właśnie jechali był wersją US – 6, dzięki napędowi 6 na 6 mogącą wjechać praktycznie w każdy teren. Wyposażony w ponad pięciolitrowy silnik o mocy 95 koni mechanicznych, paląc około 38 litrów benzyny na 100 kilometrów, przy 150-ciolitrowym baku mógł na jednym tankowaniu przejechać 390 kilometrów. I tylko prędkość maksymalna nie była specjalnie imponująca, bowiem przy pełnym obciążeniu ledwo przekraczała 70 kilometrów na godzinę. Nie o prędkość tu jednak chodziło, więc Williams nie podejmował już tematu.

 

04.10.1946, południe – Niemcy, Drezno, radziecka strefa okupacyjna.


            Granicę miedzy strefami amerykańską i radziecką przekroczyli bez problemów. Amerykanina w ogóle nie zainteresowała kierująca się na wschód dwójka Polaków, a i rosyjski żołnierz pobieżnie tylko sprawdził ich dokumenty. Za posiadane i wciąż honorowane we wszystkich strefach okupacyjnych emitowane jeszcze przez III Rzeszę niemieckie reichsmarki, kupili bilety kolejowe, a następnie przez Plauen dotarli właśnie do Drezna. I chociaż będąc weteranami większości frontów minionej wojny myśleli, że widzieli już wszystko, widok śródmieścia przerósł wszelkie ich wyobrażenia. Owszem, wiedzieli, że w nocy z 13 na 14 lutego ubiegłego roku połączone powietrzne siły angielsko - amerykańskie w liczbie ponad ośmiuset bombowców dokonały nalotów dywanowych na miasto, koncentrując się zwłaszcza na Starówce, a następnie w ciągu dnia wykonały poprawkę, desygnując nad cel jeszcze ponad trzysta bombowców, to jednak skala zniszczeń totalnie ich zaskoczyła. Ówczesna wojenna propaganda ministra Goebbelsa podawała dane, że zginęło tam nawet dwieście tysięcy ludzi, głównie cywilów, a całkowite zniszczenia w śródmieściu objęły obszar aż trzydziestu dziewięciu kilometrów kwadratowych i zdawało się, że jednak może być to prawda. Mając ponad półtorej godziny do pociągu mającego odchodzić w kierunku Gorlitz, pochodzili trochę wśród sterczących pośród martwych ulic ruin, aż wreszcie Lischka zdecydowanie potrząsnął głową.

- Wracamy. Nic tu po nas.

- Też tak myślę – Lachmut miał podobne zdanie. – Zjedzmy jeszcze coś na dworcu i pakujmy się do następnego pociągu. Proponuję, aby na zmianę trochę się w nim przespać, bo granicę lepiej przekraczać już wieczorem. Mniej wtedy światła, służba już zmęczona i oczekująca na zmianę, a więc mniej czujna. A za granicą, dla bezpieczeństwa powinniśmy odskoczyć od razu co najmniej ze dwadzieścia czy nawet trzydzieści kilometrów. Później prześpimy gdzieś do południa i obierzemy już właściwy kierunek. Oczywiście jako legalni, spokojni i praworządni polscy obywatele – cichy śmiech zakończył ten wywód.

 

04.10.1946, południe – tereny Czechosłowacji, przed miejscowością Harrachov.  


            Ciasny skręt odchodzący od głównej drogi doprowadził ich do położonego wśród pól sporego gospodarstwa rolnego, gdzie po wjeździe na podwórko przywitał ich kuzyn kierowcy. Samo gospodarstwo nosiło wszelkie cechy niemieckiej proweniencji, gdzie dom, stodoła i obora tworzyły regularny czworobok, od frontu spięty wysokim murem z czerwonej cegły. Obronny charakter obiektu potęgowała prowadząca do wewnątrz masywna brama i niewielkie rzadkie okna na zewnątrz, dopiero w obrębie podwórza przechodzące w normalny wymiar.

- Jak w jakiejś średniowiecznej fortecy – rozejrzawszy się, Williams zagadnął do kierowcy.

- To typowe niemieckie budownictwo. Zresztą jeszcze do lata ubiegłego roku mieszkali tu Niemcy. Wygnano ich, tak jak i wszystkich Szkopów z okolicy, która wreszcie przeszła w nasze, prawowite ręce. 

- Ale to chyba praca nawet kilku pokoleń? – Williams popatrzył po wiekowych już murach.

- Nie ma ich co żałować. Gospodarz był zajadłym hitlerowcem, członkiem NSDAP i znanym w okolicy wrogiem czeskiej ludności. Donosił na nich do Gestapo i nawet przejął dwa sąsiednie gospodarstwa po zadenuncjowanych przez siebie Czechach. Spotkała go więc zasłużona kara. O, ahoj Jaroslav! – zwrócił się do podchodzącego właśnie do auta około trzydziestoletniego mężczyzny o ciemnych włosach. – Jak tam nasze sprawy? Nic się nie zmieniło?

- Ahoj Pavel! Wszystko w porządku. Sprawa nagrana i cały czas aktualna. Wysiadajcie. Żona przygotowała obiad, później jeżeli chcecie możecie się nawet przespać, a wieczorem wyruszymy dalej.

            Nie było więc na co czekać. Wysiedli, kierując się wskazaniami Jaroslava, który szerokim gestem zaprosił ich do dużego pokoju stołowego. Stały tam już przygotowane talerze, sztućce, kufle na piwo, a i dziesięć minut później pani domu wystawiła na stół dwa olbrzymie półmiski wypełnione parującymi grubymi kluskami.

- A co to jest? – Moore w oczywisty sposób widział je po raz pierwszy.

- Jak to co? Knedle! Nasza, co prawda nieco sezonowa, ale prawdziwie narodowa potrawa. Kończy się właśnie sezon na śliwki i znajdziecie je w środku. A gdy jeszcze polejecie je słodką śmietanką i poprawicie jasnym piwem…

Nie było potrzeby dłużej zachwalać. Zajadali się, jakby nie jedli od kilku dni i mieli tak głodować dalej. Rozsiedli się potem ociężali, z zaokrąglonymi brzuchami, z litrowych chyba kufli powoli wysączając złocisty trunek.

- No i co tam jeszcze ciekawego? – zagaił wreszcie Pavel. – Będzie coś do przekazania?

- A o co chodzi? – zainteresował się Williams.

- Zarabiamy nie tylko na przewozach takich jak wy. Cenne są również informacje.

- Wy takie macie?

- A dlaczego nie? Ludzie czasem lubią pogadać. Chociażby jak ten „Wolf”. A potem przekazujemy je takim jak wy. No, wiecie… Tam na granicy z waszą strefą. Niektóre są naprawdę cenne. 

- Na przykład?

- Na przykład? – Jaroslav powoli i jakby z namysłem wysączył następny łyk piwa. – Na przykład to, że latem ubiegłego roku Rosjanie przywieźli w okolice kopalni „Bergfreicheit” w Schmiedebergu jakichś swoich uczonych. Podobno geologów.

- No i co z tego?

- Jak to co? Ta kopalnia leży teraz w Polsce. Na dzień dzisiejszy nazywa się „Wolność” i jest to miejscowość Kowary. A przed wojną obok rud żelaza wydobywano tam tak zwaną blendę uranową!

- Co?

- Blendę, czyli inaczej mówiąc smółkę uranową. Ma ona od 60 do nawet 80 procent UO2. Tutaj jest to wiedza dość powszechna, bowiem pracowało tam wtedy sporo Czechów, w tym również kilku naszych inżynierów. W tamtym czasie nikt na to nie zwracał uwagi, ale jeżeli uran, to z tego co już teraz ogólnie wiadomo, będzie się to wiązało z bombami atomowymi. W przypadku ruskich, to właściwie stuprocentowa pewność. Mało?

- A ty skąd o tym wszystkim wiesz?

- Od „Wolfa”. Pracował tam zaraz po wojnie, razem ze swoim ojcem. Zresztą stary podobno nadal tam pracuje jako niemiecki fachowiec, na chwilę obecną jeszcze nie do zastąpienia. A sam „Wolf” latem ubiegłego roku widział tam oddział konny rosyjskiego wojska na czele z oficerem. I tych geologów.

- Robią tam coś?

- Nie wiem. Tego mi już nie powiedział. Ale fakt jest faktem. I sądzę, że nie zmyślał. A ten uran to teraz pewnie nawet cenniejszy od złota i za taką informację wasi przełożeni powinni nam naprawdę dobrze zapłacić. Chyba się nie mylę? – zakończył z chytrym uśmieszkiem.

- Chyba nie – Williams  postanowił zakończyć śliski temat. Domysły domysłami, ale raczej niech nie będą tacy pewni siebie.

 

04.10.1946, wczesne popołudnie – Niemcy, francuska strefa okupacyjna, wieś w pobliżu Koblencji.


            Wypełniony świeżo skoszoną zieleniną i ciągnięty przez Henryka ręczny wózek, raz i drugi niebezpiecznie zakołysał się na pochyłej, piaszczystej polnej drodze. Do tego stopnia, że aż wysunęły się z niego i spadły na ziemię przewożone obok kosy grabie.

- Podniesiesz Hilda? – zwrócił się do niej imieniem, do którego wciąż powoli się przyzwyczajała.

- Oczywiście, Paul – odparła z rozbawioną miną i podniosła grabie. – Myślę też, że nic złego się nie stanie, jak nasze kury nieco zaczekają na te witaminy – wskazała ręką na zawartość wózka.

- To znaczy?

- Pojedźmy przez ten lasek – spojrzała w bok. Nadrobimy może z pół kilometra, ale tam droga bez piachu. I bez bocznych pochyłości.

- Skoro tak mówisz… – Henryk bez wahania skręcił w bok. Nie pierwszy już raz kosili to zielsko na skraju swojego gospodarstwa, przepuszczając je następnie przez sieczkarnię i dodając do kurzej paszy, ale jeszcze nigdy nie jeździł przez przylegający do jego ziemi lasek. Może i rzeczywiście tak będzie lepiej…

 

            Dziesięć minut później, kiedy to wydawało się, że za chwilę wyjadą już z głębokiego cienia, idąca obok Truda nagle zwolniła kroku.

- Zatrzymaj!

- Co się stało? – spojrzał zaniepokojony.

- Tam! – przystanęła i spojrzała w prawo. – Popatrz!

Rzeczywiście. Słoneczne, przebijające się przez korony drzew refleksy świetlne ujawniły leżący wśród więdnących już paproci rower, a chwilę później w przylegającym do nich gęstym zagajniku usłyszeli też jakieś przyciszone głosy.

- To chyba rower listonosza… Tylko co mu się stało? – Truda wstrzymała oddech.

- Nie wiem. I lepiej stąd chodźmy – wyczuwając nieokreślone niebezpieczeństwo delikatnie złapał ją za ramie. – Zostawię cię w domu, wrócę i zobaczę co tu się dzieje.

            Nie zaszli daleko, bowiem nagle z lasku wyszło dwóch mężczyzn. Ubrani tak jak i reszta miejscowych, ostentacyjnie zagrodzili im drogę, a spojrzenie wstecz ujawniło i trzeciego, zachodzącego od tyłu.

- A wy co się tu plączecie? – pytanie jednego z nich nie miało w sobie ani krzty uprzejmości.

- A co? Nie wolno? – Henryk powoli zbliżył się do wózka, na którym znajdowała się wbita w zielsko kosa. – Chyba każdy może tedy przechodzić?

- Może i tak. W ogóle to kim jesteście? – najmniej uprzejmy nie wykazywał ani krzty empatii, a i reszta nieznajomych patrzyła na nich spode łba.

- A wy? – Henryk postanowił nie pokazać po sobie jakiejkolwiek bojaźni. – Jesteście z policji, czy też może książkę piszecie?

Zatkało ich. Popatrzyli po sobie, dwaj z nich wyjęli noże.

 – Zaraz nam zaśpiewasz, co z ciebie za ptaszek i dlaczego nas szpiegujesz. Albo też i ona – jeden z nich wskazał na Trudę.

- Tak? – nagłym ruchem Henryk wyrwał kosę z zielska. – Tylko spróbujcie… Zaraz tu polecą wasze głupie łby.

Stanęli. Porozumieli się wzrokiem i przesuwając w bok rozszerzyli swój krąg. A potem i trzeci wyciągnął nóż.

- Skoro po dobroci nie chcecie gadać…

- A to u was, to też jest niby po dobroci? – Henryk wskazał na ich noże. Zajął przy tym postawę jak do koszenia i tak machnął kilka razy trzymanym w dłoniach narzędziem, aż powietrze zafurczało.

- Zmuszasz nas do tego, czego byśmy nie chcieli…

- Ja was zmuszam? A kto pierwszy wyciągnął to żelastwo? – Henryk wskazał podbródkiem na ich dłonie.

- Stać!!! Stać!!! – rozległo się nagle i z lasku wypadł jeszcze jeden człowiek. – Ja go znam. To miejscowy gospodarz i jego żona. Są w porządku.

Odwrócili się. To znany im już listonosz tak się wydarł, że napastnikom aż ręce opadły.

- Herr Neugebauer? – Henryk był autentycznie zdziwiony. – O co tu chodzi?

- O co? Niestety, wygląda na to, że mimo woli znaleźliście się w niewłaściwym miejscu i czasie. Dajcie im już spokój – zwrócił się do napastników – A pan herr Haaze,  proszę dziś wieczorem być w domu. Przyjdę z jednym z obecnych tu panów, napijemy się, pogadamy, coś tam się wyjaśni. Zresztą i tak mieliśmy wkrótce z panem porozmawiać. Tyle, że tym razem naprawdę po dobroci! 

 

Komentarze